Выбрать главу

Po raz pierwszy zwrócił się do nich w ten sposób i wszystkich to zaskoczyło. W zasadzie nie powinno się ich nazywać żołnierzami, dopóki nie przejdą końcowych testów. To był cel, do którego wszyscy dążyli, dowód uznania pod wieloma względami cenniejszy nawet niż życie.

— To jeden z wielkich sekretów — ciągnął Pappas. — Wiecie, sekretów sierżanta. Rekruci zawsze myślą, że ich sierżanci mają swoje tajemnice, których nie można poznać, dopóki samemu nie zostanie się sierżantem. Zupełnie, jakby zdradzano nam je ostatniego dnia „Szkoły Sierżantów”.

Roześmiał się ze swojego dowcipu i wydął policzki.

— Cóż, tak nie jest. Sekrety poznaje się po prostu będąc w jednostce, w wojsku, niezależnie od tego, czy to są siły lądowe, piechota morska, oddziały uderzeniowe czy liniowe. Zazwyczaj poznaje się je w ciągu pierwszych kilku miesięcy. Ale to nie jest ten duży sekret. To jest mały sekret.

— Duży można ująć w trzech słowach — ciągnął po chwili poważnie. — „Kontrabanda jest wszędzie”. Gdzieś w koszarach zawsze są narkotyki, osobista broń palna albo ładunki wybuchowe. I zawsze kwitnie czarny rynek. Wy nie byliście ani pierwszymi, ani drugimi, ani nawet dwieście pięćdziesiątymi. Kontrabanda w koszarach jest stara jak samo wojsko. A sprzęt, który mają nam przydzielić, jest marzeniem każdego czarnorynkowego handlarza. Wszyscy w tym pieprzonym kraju chcą galaksjańskiej broni, narkotyków, zastrzyków hibernacyjnych. Cholera, nawet najmniejszy duperel GalTechu, pióra, baterie Eterna, wszystko jest warte kupę dolców. A więc zgarniemy wkrótce całą pulę; można łatwo zarobić dwanaście kawałków za jeden zastrzyk regeneracyjny.

Podniósł gałąź i podsycił dogasający ogień, przez chwilę to wydymając, to wciągając policzki w milczeniu.

— Jest jeszcze większa tajemnica — powiedział prawie szeptem. — Jedno małe zdanie. „Dopóki nie wpływa to na skuteczność jednostki, nie ma sprawy.” Znowu się uśmiechnął i rozejrzał po zebranych wokół rekrutach. Jego wzrok zlodowaciał, a uśmiech zmienił się w minę szczerzącego zęby psa.

— Waszym tatusiom, zasrańcy, nawet się jeszcze o was nie śniło, kiedy ja służyłem już w pieprzonej piechocie morskiej. Wtedy oficerowie musieli mieć uzbrojoną obstawę, żeby wejść do koszar, bo problem pieprzonych narkotyków był ogromny, a niewiele lepiej było nawet w cholernym Korpusie. Gdybyśmy musieli iść na wojnę w latach siedemdziesiątych, nikt z was by nie poszedł. W całej pieprzonej armii, czy to w piechocie, czy w artylerii, w wojskach pancernych czy powietrznodesantowych, nie było jednostki przygotowanej do walki, bo armią zawładnęli kryminaliści. Jeśli pójdziecie na wojnę z przekonaniem, że dostaliście właśnie klucz do sklepu z cukierkami, jednostka, do której traficie, będzie miała przesrane. Kiedy naprawdę będzie wam potrzebny ten cały zafajdany sprzęt, kiedy wkoło będą się rozlegać jęki mordowanych, a wasi kumple zaczną na waszych oczach umierać, zabraknie wam tego zasranego wyposażenia. Amunicja, broń i każdy rodzaj sprzętu będzie wysprzedany. A wtedy będziecie mieli przesrane. Już tak kiedyś było. I niech mnie diabli, jeśli powtórzy się to na moich oczach.

Spojrzał na ogień i wrzucił w płomienie drugą gałąź. Jego gniew powoli opadał. Wypuścił powietrze z dźwiękiem przypominającym odgłos silnika motorówki.

— Długo z tym walczyliśmy — ciągnął z ożywieniem — i musieliśmy się z tym uporać, bo takie wojsko po prostu nie może funkcjonować. W wojsku chodzi o szacunek. Jeśli wam się wydaje, że możecie mnie wykiwać, to nie macie dla mnie szacunku i nie wykonacie moich rozkazów ani rozkazów waszych oficerów, kiedy nadejdzie czas, żeby iść na śmierć.

Urwał i popatrzył na ogień, mając nadzieję, że przynajmniej niektórzy z rekrutów zrozumieli, do czego zmierza.

Ale tak naprawdę mówił do Stewarta i wszyscy o tym wiedzieli.

— Jesteście dobrzy, naprawdę dobrzy. Ale jeśli uważacie, że w tym wszystkim chodzi o pieniądze, to nie nadajecie się na żołnierzy szturmowych, bo nie zostaniecie ze mną wtedy, kiedy będziecie mi najbardziej potrzebni.

— Teraz zaczniecie poznawać tę wielką tajemnicę, możliwe, że największą. Nie zdradzę wam jej, musicie ją sami odkryć. Powiem wam tylko, że to nie jest: „Pieniądze to nie wszystko” ani nic równie banalnego. A teraz sedno sprawy: jeśli chcecie założyć pancerz wspomagany, jeśli chcecie być takimi żołnierzami, na jakich szkolicie się od czternastu tygodni, musicie wrzucić te zwitki banknotów do ognia.

Drużyna słuchała go w napięciu, zastanawiając się nad tym, co mówił. Rekruci ściskali zwitki, spazmatycznie połykali ślinę i patrzyli po sobie. Wszyscy trzymali w garści kilka tysięcy dolarów, na które ciężko zapracowali.

Stanowczo nie chcieli ich teraz stracić.

— Możecie też wstać i wrócić do obozu. Wtedy po zakończeniu szkolenia zostaniecie przeniesieni do waszych lokalnych jednostek Gwardii Narodowej. Nie będzie żadnej ciężkiej musztry ani sądu wojskowego, tylko trochę papierkowej roboty. Statystycznie będziecie mieli większe szanse na przeżycie w Gwardii. Jeśli tylko Posleeni nie zaatakują was bezpośrednio, jako gwardziści pozostaniecie na stałe w tej samej jednostce i nie będą was przenosić z jednego pola walki na drugie, tak jak w oddziałach uderzeniowych czy osłaniających. Jako żołnierze szturmowi traficie natomiast do wiecznego kotła, i niezależnie od tego, jak jesteście dobrzy, wielu z was zginie. Żeby znaleźć się w Gwardii, wystarczy zatrzymać pieniądze. To powinno być proste.

Kiedy skończył mówić, oparł się plecami o rosnącą obok sosnę i czekał na reakcję. Podrapał się w głowę krótką gałązką i automatycznie strzepnął z ramienia znajdujące się tam płatki naskórka.

Stewart wciąż świdrował go bazyliszkowym spojrzeniem. Wreszcie odezwał się.

— Moglibyśmy przyjąć pana do spółki.

Propozycja nie obraziła Pappasa, spodziewał się jej i miał nadzieję, że w ten sposób będzie mógł jeszcze raz podkreślić sedno sprawy. Poza tym był pewien, że Stewart zaproponował to tylko pro forma i nie oczekiwał, że sierżant się zgodzi.

— Nie, raczej nie. Widzisz, ja już znam ten wielki, wielki sekret.

— Tak — szepnął Stewart i po raz pierwszy spojrzał na zwitek w ręku.

Powoli ściągnął gumkę i rozłożył banknoty. Po chwili znowu ułożył je w stos i przetasował tuż pod nosem, żeby poczuć ich zapach. Jeszcze raz je rozłożył i bez słowa, z kamienną twarzą, wrzucił je do ognia. Któryś z rekrutów — nie wiadomo, który — westchnął ciężko.

— Pieniądze nie mogą być aż tak ważne, prawda? — zapytał Stewart.

— Tak, ale to nie jest jeszcze cała tajemnica — odpowiedział Pappas.

Sierżant patrzył, jak członkowie drużyny, jeden po drugim, niektórzy z widocznym ociąganiem, ale większość, o dziwo, prawie bez mrugnięcia okiem, wrzucali pieniądze do ognia.

— Dobra — powiedział Pappas zmęczonym głosem — wyśpijcie się. I mam nadzieję, że nigdy nie będziecie musieli przekonać się, jaka jest reszta tajemnicy.

Wstał i rozpłynął się w mroku.

* * *

Teraz Pappas żałował, że nie zerżnął im tyłka. W pobliżu McDonalda drużyna była bez nadzoru i, jeśli historia lubiła się powtarzać, pakowała się w jakieś kłopoty. Zauważył Ampele’a, którego jakaś ładna, choć nieco zbyt zaokrąglona młoda dama prowadziła za róg, i podbiegł do niego.

— Gdzie jest Stewart? — zapytał i wyprowadził Ampele’a zza rogu.

— Co…? Nie wiem, sir. Ja tu tylko rozmawiam z Rikki. Jeszcze minutę temu był ze swoją drużyną koło toalety.

Ruszył w stronę restauracji, ale nagle cofnął się, jak gdyby był na bungee. Ręka młodej damy była niewidoczna i Pappas miał ochotę krzyknąć „Pokażcie ręce” tylko po to, żeby zobaczyć ich miny.