— Proszę pani — powiedział łagodnie Pappas — mogłaby nas pani zostawić na chwilę samych?
Jej dłoń niechętnie puściła żołnierza, a sierżant zdecydowanie odciągnął Ampele’a za rękę.
— Skoncentruj się. Pomyślisz o ślicznotkach, jak dotrzemy do Indiantown Gap.
Wszedł do restauracji i kątem oka zauważył, jak członek drugiej drużyny ucieka przez służbowe wejście.
Sierżant dopadł do drzwi, zanim się zamknęły, zatrzymał się, rozejrzał i ruszył w stronę toalety.
— Sierżancie, Wilson pobiegł tędy — zauważył Ampele.
— Tak, ale tu chodzi o Stewarta. Zastanawiam się tylko, czy to nie jest podwójny blef.
Otworzył, a raczej chciał otworzyć drzwi męskiej toalety. Coś je blokowało.
— Stewart! Otwieraj te cholerne drzwi albo licz się z konsekwencjami! — z całej siły pociągnął za klamkę. — Raz! Dwa!
Rozległ się trzask, jak gdyby gwałtownie usunięto jakąś blokadę, i drzwi otworzyły się. Dziewięciu członków drużyny tłoczyło się w niezbyt dużej toalecie. Wszyscy co do jednego patrzyli na niego, jakby nagle oszalał.
— O co chodzi, sierżancie? — zapytał Stewart, kiedy odszedł od pisuaru, a inny rekrut zajął jego miejsce. — Te drzwi okropnie się zacinają jak na McDonalda.
— Dobra, gdzie ona jest? — zapytał Pappas i odwzajemnił jego lodowate spojrzenie.
W toalecie unosił się zwykły zapach rozwodnionego moczu, ale z zapachem tym mieszała się też delikatna woń tanich perfum.
— Gdzie jest kto, sierżancie?
— Ta druga. Ta, której nie napuściłeś na Ampele’a.
Dowódca plutonu wyglądał na zaskoczonego; znowu się okazało, że sierżant był dwa kroki przed nim.
— Nie mam pojęcia, o kim pan mówi, sierżancie — powiedział Stewart z miną niewiniątka. — W tej toalecie nie ma kobiet — ciągnął, zataczając ręką koło po stłoczonych w pomieszczeniu członkach drużyny — a wszedł pan przez jedyne drzwi.
Wzruszył ramionami i potrząsnął głową, jakby dziwiły go nagłe urojenia sierżanta.
— Ampele, zostań tu. Stewart — powiedział i położył umięśnioną dłoń na ramieniu starszego szeregowego — czeka nas jeszcze jedna mała pogawędka.
Pappas wyprowadził rekruta z toalety i powiódł go w głąb jesiennej mgły na dworze.
— Jeśli mówię coś raz — powiedział łagodnie, kiedy przyparł szeregowca do ściany restauracji — to tak, jakbym mówił dwa razy — ciągnął, przyciskając rondo wojskowego kapelusza do górnej części nosa Stewarta, i przytknął palec do jego piersi. — Nie rób ze mnie wała. Myślę, że nadajesz się na oficera, ale jak na razie wygląda na to, że skończysz w Leavenworth. Ta głupia suka schowała się w drugim szybie wentylacyjnym na lewo od pisuaru i jest niewątpliwie wystraszona na śmierć. W toalecie był zapach perfum i kawałki pokruszonej cegły przy szybie, które chcieliście ukryć. Każ swojej drużynie wrócić do jadalni, wyprowadź dziewczynę z toalety i zamelduj się u mnie, jak skończysz, czy to jasne?
— Jak kryształ, sierżancie.
Nutka kpiny w głosie szeregowca rozzłościła Pappasa i nagle, jak grom z jasnego nieba, przyszło mu do głowy rozwiązanie problemu. Uśmiechnął się złowrogo. Na ten widok w oczach szeregowca pojawił się wyraz niepokoju.
— Od tej chwili nie jestem na służbie — powiedział Pappas, śmiejąc się w duchu z przerażenia Stewarta. — Jeśli coś źle pójdzie — ciągnął — będzie to twoja wina — palec twardy jak skała znów naparł na pierś Stewarta. — Całkowicie umywam ręce, kapujesz? Jeśli ty coś spieprzysz — palec — zabieram ci belkę. Jesteś starszym szeregowym, więc masz coś do stracenia. Jeśli oni coś spieprzą, ty — palec — tracisz belkę. Odpowiadasz za wszystko, dopóki nie dotrzemy do hotelu; ogłoszę to w autobusie jeszcze zanim odjedziemy. To powinno oduczyć cię głupich dowcipów. Czy wyrażam się jasno?
— Jasno, sierżancie — potwierdził Stewart i zbladł.
— Ja i Ampele odpoczniemy sobie podczas dalszej podróży, bo za wszystko ty odpowiadasz. Jeśli coś pójdzie źle, dojdzie do publicznego pijaństwa, sprośnych zaczepek, wkurzą się czyiś ojcowie, zostaną okradzeni jacyś sklepikarze, któryś rekrut zwymiotuje w miejscu publicznym, to poleci — palec w klatkę piersiową — twój tyłek.
Przez całą noc i cały jutrzejszy dzień. Zamierzam spać jak dziecko. Czy to jest absolutnie, całkowicie, kryształowo jasne?
— Tak, sierżancie.
— Cieszę się.
Podoficer roześmiał się od ucha do ucha, a jego białe zęby zalśniły na tle szerokiej śniadej twarzy.
— Życzę miłego dnia.
Reszta podróży była już jak piknik.
26
Porucznik O’Neal zdjął magazynek z karabinu grawitacyjnego M-200 i popatrzył bezmyślnie na tysiące pocisków w kształcie kropli, które znajdowały się wewnątrz. Włożył magazynek z powrotem i powtórzył całą czynność.
— Czy mógłbyś przestać? — zapytał porucznik Eamons.
Obydwaj czekali przy oknach w północno-zachodnim narożniku megawieżowca Qualtren. Kąt widzenia był jeszcze większy, niż ocenił oficer wsparcia ogniowego, i żołnierze mogli sięgnąć wzrokiem na odległość tysiąca ośmiuset czterdziestu dwóch metrów, aż do następnego skrzyżowania. Dalej widok przesłaniał megawieżowiec Naltrev. Budowla ta wraz z siostrzanym megawieżowcem Naltren mieściła pluton zwiadowczy batalionu, i górna część systemów wizyjnych O’Neala wyświetlała obraz, który widział dowódca zwiadowców.
— Gdzie są twoi ludzie, Tom? — zapytał Mike.
— Na dole.
— Mają coś do roboty?
O’Neal wciąż śledził obraz z systemów wizyjnych dowódcy. Obraz trząsł się z powodu migotania osobistego pola siłowego, które włączono w miejscu oczekiwanego ataku, i nieprzyjemnego nawyku porucznika Smitha — gwałtownego kręcenia głową jak koń odpędzający muchę. Powodowało to ruch obrazu po skosie w górę i w prawo.
Wątpię, żeby w ogóle zdawał sobie sprawę, że tak robi, pomyślał Mike, wyjmując magazynek i wkładając go z powrotem, ale wolałbym, żeby przestał.
— Czy mógłbyś, proszę, przestać, Mike?! I dlaczego pytasz? Nie, siedzą sobie tylko i trzymają palec na spuście karabinu.
— Przestać co? — zapytał Mike ze wzrokiem skupionym jak wiązka lasera chirurgicznego na widoku z hełmu. — Każ im rozstawić ładunki wybuchowe w poprzek Anosimo i Sisalav na Linii Sal, a potem ładunki C-9 w miejscach, których lokalizację prześlę do ich przekaźników.
— Hola, Mike. Fajny z ciebie gość i jesteś ode mnie starszy o cały stopień, ale niech mnie diabli, jeśli narażę dla ciebie karierę. Pułkownik zabierze mi belkę, jeśli to zrobię.
Porucznik próbował potrząsnąć głową, ale przeszkodził mu w tym organiczny żel w hełmie.
Galaretowata substancja wypełniała hełm i wnętrze pancerza. Podnosiła koszt produkcji pancerza o ponad jedną trzecią i stanowiła jedyną część projektu, która zasadniczo nie była pomysłem O’Neala.
Kiedy zakładało się hełm pancerza wspomaganego, miało się wrażenie wkładania głowy w pełne dżemu wiadro.
Substancja amortyzowała jednak najpotężniejsze uderzenia i spełniała wiele innych istotnych funkcji. Odczytywała na przykład przez własną sieć neuronową zamiar ruchu użytkownika i odpowiednio do tego poruszała pancerzem.