Выбрать главу

Odzyskiwała z wydzielin ciała wodę pitną, jadalną żywność i powietrzne zdatne do oddychania. I dysponowała wystarczająco zaawansowaną technologią, żeby utrzymać swój „Protoplazmatyczny System Inteligencji” przy życiu, dopóki użytkownik nie otrzymał bezpośredniego uderzenia w serce, mózg albo górną część kręgosłupa.

Żadna z tych rzeczy nie pocieszała jednak żołnierzy podczas wkładania hełmu. Nieudane próby założenia pancerza podczas pierwszego miesiąca treningu były spowodowane faktem, że żołnierze nie potrafili sobie poradzić z wetknięciem głowy w hełm, wstrzymaniem oddechu i odczekaniem, aż galareta, kotłując się i kłębiąc, utworzy kieszenie do oddychania i patrzenia. Czas, który musiał upłynąć, zanim pancerz był gotowy do użytku, wydawał się wiecznością.

Galareta działała też jako namiastka urządzenia do tłumienia sensorycznego, co mogło prowadzić do nieszczęśliwych wypadków. Broń i sprzęt jednostek należało stale modyfikować. Bez zwrotnych danych z punktów dotyku pancerze miały tendencję do niszczenia wszystkiego w zasięgu ręki.

Ponieważ przez galaretę i tak nie można było niczego zobaczyć, hełm był całkowicie matowy. Użytkownik widział tylko wysokiej jakości obraz z malutkich diod laserowych świecących w ścianie hełmu. Nie trzeba było kręcić głową, kiedy chciało się spojrzeć w bok. Żołnierze widzieli przesuwający się obraz zupełnie jakby za pomocą joysticka. Do tego też trzeba się było przyzwyczaić. Nie miało się wrażenia ruchu, więc można było dostać choroby lokomocyjnej, a poza tym mogło się nagle okazać, że patrzy się w tył z powodu niewłaściwego ustawienia sterowników wizyjnych. W analogiczny sposób stymulowano wyrostki sutkowe w uszach, żeby przenosić dźwięk.

Dla wygody pancerz pozwalał użytkownikowi ruszać głową na boki, ale tylko powoli. Ponieważ diody wykonywały różnorodne sztuczki z wizją, obraz na krańcach pola widzenia był właściwie lepszy niż w normalnych warunkach. Poprawiono też jakość dalekich i bliskich obrazów. Do tego dochodziły jeszcze szczególne życzenia, jak wyświetlanie „nad głową”, ukazywanie schematów uzbrojenia, przybliżanie obrazu, dzielenie obrazu na części i sześćdziesiąt siedem innych możliwości.

— Podpułkownik Youngman jest teraz zajęty i nie zauważy niczego, dopóki nie zdetonujemy ładunków. A kiedy to zrobimy, zostaniesz bohaterem za przejęcie inicjatywy, bo będzie to jedyny sposób, żeby uratować prawe skrzydło Korpusu.

— Jest aż tak źle? — zapytał inżynier, zastanawiając się, jak bardzo przygnębienie kolegi było uzasadnione.

— Tom, posiekają nas na sałatkę, a ja nie widzę żadnego innego pieprzonego sposobu, żeby to zmienić. Po dzisiejszej akcji nazwisko Youngmana będzie wymawiane jednym tchem z nazwiskiem Custera, tylko że George Armstrong miał za sobą wspaniałą karierę, zanim ją schrzanił. Ustaw ładunki. I niech będą duże. Chcę, żeby wyleciały wszystkie szyby w megawieżowcach. Na rozstawienie ładunków zostało jeszcze najwyżej czterdzieści minut.

— Dobra, pieprzyć pułkownika — powiedział oficer i wzruszył ramionami. — Masz rację, nikt nie zauważy, chyba że trzeba będzie je wysadzić. Mam zaminować obydwa bulwary? A co z siódmym pułkiem kawalerii?

— Tak, jeśli kawaleria zacznie się wycofywać, będzie im potrzebna osłona. — Urwał. — A oto i nasze wojsko.

— Co? — zapytał porucznik i spojrzał przez okno w stronę miejsca oczekiwanego pojawienia się wroga.

— Garstka, cholerna trzódka Indowy zbliża się w tę stronę — powiedział Mike, kiedy przełączył obraz z pozycji dowódcy zwiadowców na daleki widok. — Każ chłopakom brać się do pracy, Tom. Już!

Porucznik Eamons nieznacznie skinął na pożegnanie i bezceremonialnie wypalił swoim M-200 dziurę w ścianie.

Gdy wyszedł przez nią na zewnątrz budynku, jego pancerz dowódczy pozwolił mu opaść lekko jak piórko dziesięć pięter w dół. Reaktory termonuklearne megawieżowców stanowiły niewyczerpane źródło energii, a to był najszybszy i najzabawniejszy sposób zejścia na dół. W batalionie zakazano tego „niestrategicznego” manewru, ale jednostka właśnie w taki sposób miała zaatakować wroga w chwili jego dostrzeżenia, więc cóż znaczyła jeszcze jedna dziura?

Miało to tyle samo sensu, co zakaz budowy fortyfikacji obronnych, żeby „nie ujawnić głównej linii obrony”. A czy cały batalion atakujący Posleenów nie ujawni tej linii? Mike miał rację, posiekają ich na sałatkę.

Tom rozglądał się wkoło podczas powolnego opadania i po raz kolejny był zdziwiony widokiem znajomych elementów. Weź Nowy Jork, szklane fasady budynków i styl bliźniaczych wież WTC. Zwiększ ich wysokość do tysiąca czterystu siedemdziesięciu metrów, a długość krawędzi podstawy do tysiąca ośmiuset czterdziestu metrów, a będziesz miał właśnie to, co tutaj. Głębokie, mroczne kaniony ulic przypominały te, które można było znaleźć w każdym większym mieście na Ziemi, tyle tylko, że te tutaj były głębsze i ciemniejsze. Kiedy porucznik wylądował, przypomniał sobie o jeszcze innych różnicach. Ciążenie miało nieco mniejszą wartość, a światło słoneczne odznaczało się zielonkawym fluoroscencyjnym odcieniem. Słońce Diess było też jaśniejsze, płonęło jak acetylenowa pochodnia, oświetlając ubitą warstwę gliny, która zastępowała asfalt; napędy grawitacyjne nie wymagały specjalnej nawierzchni. I żadnych roślin, nawet najmniejszych źdźbeł trawy albo zieleni w doniczkach na oknach. Porucznik przeszedł przez przypominający pieczarę portal na parterze, który podobnie jak kilka innych służył za wjazd i wyjazd dla pojazdów, i żwawym krokiem zagłębił się w długi, rozbrzmiewający echem korytarz.

— Przekaźnik: pokaż trasę do miejsca zbiórki mojego plutonu i połącz mnie z sierżantem plutonu.

Nadszedł czas na działanie.

Mike nadal przyglądał się rosnącej grupie uchodźców na Bulwarze Sisalav. Zmniejszył obraz do jednej czwartej powierzchni wizjera i obserwował w czasie rzeczywistym, jak Indowy wchodzą do sektora batalionu. Usłyszał w sieci komunikacyjnej kompanii, którą monitorował, wołania „Wstrzymać ogień” i uśmiechnął się. Małych Indowy naprawdę z wielkim trudem można było pomylić z wrogiem. Włochate, karzełkowate dwunogi szły pieszo, pokryte żółtawym pyłem drogi, i nie niosły żadnych bagaży. Najwyraźniej nie odczuwali ludzkiej potrzeby zachowania majątku.

— Przekaźnik: gdzie jest ich środek transportu? — zapytał zaciekawiony Mike.

Nie było samochodów, ciężarówek ani nawet pchanych ręcznie taczek, których można by się spodziewać w podobnej sytuacji u ludzi.

— Nie potrzebują, więc praktycznie nikt go nie posiada. Prawie żaden Indowy nie opuszcza megawieżowca w ciągu całego swojego życia; właściwie tylko nieliczni wychodzą poza mały obszar, piętro albo sektor. Niektórzy nigdy nie opuszczają pokoi, w których mieszkają. Wszystko, czego potrzebują, mają w budynku, mieszkaniu, zakładach produkcji żywności i łaźniach.

— Dokąd teraz pójdą?

— Nie ma żadnego wsparcia dla uchodźców. Jeśli nie mogą niczego produkować, są zbędni. Niektórzy znajdą może posady służebnych, niektórzy o wybitnych zdolnościach otrzymają pracę, ale znaczna większość zapewne umrze z głodu lub wycieńczenia.

Mike zadrżał; im więcej wiedział o galaksjańskim etosie, tym mniej mu się on podobał.

— Pokaż schemat systemu wodno-kanalizacyjnego Qualtren i Qualtrev wraz z informacją o średnicy rur i miejscach dostępu.

Zastanowiło go, że schemat był tak prosty. Używano tylko niektórych wyższych kondygnacji, a przestronne sutereny i kanały były zupełnie puste. Podczas drugiej wojny światowej Rosjanie i Niemcy intensywnie wykorzystywali kanały. Przynajmniej teraz Posleeni nie strzelaliby do Indowy, gdyby schowali się pod ziemią.