27
— Puk, puk, mogę do was dołączyć? — porucznik O’Neal użył lokalnej sieci.
Wiedział, że w sąsiednim pokoju byli żołnierze kompanii Charlie, ale nie wiedział, którzy. Przekaźnik mógł mu powiedzieć, ale był zbyt zajęty, żeby go o to spytać. Poza tym osobiście znał bardzo niewielu żołnierzy tej kompanii.
Zważywszy na to, jak bardzo byli zdenerwowani, lepiej było uprzedzić ich, że wchodzi do środka, zamiast wtargnąć bez pytania.
— Proszę bardzo — powiedział sierżant John Reese, kiedy spojrzał przez ramię.
Przez podwójne drzwi przeszła krępa postać, ciągnąc sanie grawitacyjne wyładowane bronią i amunicją. Wśród sprzętu znalazło się jeszcze jedno M-300 i wyrzutnia rakiet hiperszybkich. Reese rozpoznał w przybyszu porucznika O’Neala; budowa ciała była bardzo charakterystyczna. Porucznik najwyraźniej uważał się za przygotowanego.
— Mogę w czymś pomóc, sir? — Reese skinął na odpowiedzialnego za amunicję szeregowego Pata McPhersona, żeby pomógł przy rozładunku.
— Dzięki. Chciałbym przyłączyć się do zespołu, jeśli to nie kłopot.
Pancerz Mike’a wyświetlił mu przed oczami nazwiska i stopnie także ubranych w pancerze postaci w pomieszczeniu. Była to sekcja ciężkiej broni z dowódcą drużyny. Ich własne ciężkie działo grawitacyjne M-300 stało w pozycji do strzału, a amunicja w pojemnikach tylko czekała na użycie. Wszyscy trzej członkowie zespołu kucali pod zewnętrzną ścianą, a ich ekrany siłowe zabezpieczały prawdopodobną trasę nadejścia wroga. Poświata chylącej się ku zachodowi gwiazdy F-1 przybrała dziwną fioletową barwę i pancerze pokryły się lekkim odcieniem purpury.
— Tam do czorta, żaden kłopot, sir. Przyda się nawet najmniejsza pomoc — powiedział asystent, specjalista czwartego stopnia Sal Bennett.
— Czyżby trzymały się was kiepskie żarty, specjalisto? — zapytał Mike z udawaną srogością.
— Och, do czorta, sir. Nie to miałem na myśli!
— Wiem, wiem, to tylko mały brak powagi, co? Mały brak powagi, rozumiecie?
Drużyna zaśmiała się, a Mike zaczął rzucać trzydziestokilogramowe pojemniki z amunicją pod ścianę.
— Michelle, pokaż trójkolorowy schemat rozmieszczenia Indowy, Posleenów i Ziemian w sektorze dziewięcioblokowym.
Przekaźnik wyświetlił trójwymiarowy schemat dziewięciu megawieżowców i zaczął rysować grupki Posleenów, Ziemian i Indowy na czerwono, zielono i niebiesko. Zieleń tworzyła zwarty stożek w narożnikach Qualtren i Qualtrev i kilka mniejszych punktów z tyłu. Schemat przedstawiał duże skupiska Indowy w Saltren i Saltrev, które przesypywały się jak niebieski piasek w klepsydrze w dół kondygnacji Qualtren i Qualtrev. Na Bulwarze Sisalav widniał zwarty strumień koloru niebieskiego, ale tuż poza zasięgiem wzroku, wokół występu Daltren/Daltrev strumień szybko robił się czerwony.
— Zaraz ich zobaczymy — powiedział Mike, wypił łyk wody, kucając za lichą osłoną ściany, i nastawił wyrzutnię rakiet hiperszybkich na automatyczny ostrzał.
— Musimy czekać na rozkazy, zanim otworzymy ogień. Na co tak patrzysz?
— Michelle, przełącz hologram do pancerzy drużyny — powiedział Mike, kiedy skończył nastawiać wyrzutnię, żeby strzelała dziesięć metrów od obiektów, które on brał na cel.
Następnie zaczął montować M-300 po przeciwnej stronie pozycji drużyny i nastawił działo w ten sam sposób.
Mike mógł teraz kontrolować strumień ognia nie tylko swojego karabinu laserowego, ale też dwu innych sztuk ciężkiej broni. Nie było trudno przystosować się do takiej techniki ani ustawić sprzęt w odpowiedni sposób. Ale batalion oczywiście nie był przygotowany.
— Ha — powiedział po chwili sierżant Reese — nie wiedziałem, że tak można.
— Wy nie możecie. Tylko pancerze dowódcze mają dodatkowe możliwości przetwarzania i gromadzenia danych.
Przez chwilę panowała cisza, a potem Mike odezwał się obojętnym tonem.
— Idą tu.
Słowa zaskoczyły sierżanta Reese’a i żołnierz odwrócił wzrok od hologramu, i spojrzał w głąb ciemniejącego kanionu.
— Przekaźnik — powiedział. — Powiększenie sześć, podkręć obraz i stabilizuj.
Kąt widzenia zmniejszył się, a obraz pojaśniał.
Sposób działania sytemu stabilizacji, zjawiska świata odmienne od rzeczywistych zawsze przyprawiały go o mdłości. Obraz na ekranie wizyjnym sprawiał, że Reese po prostu nie czuł się najlepiej. Dostał gęsiej skórki i oblał go zimny pot. Nagle bardzo zachciało mu się sikać i zaschło mu w gardle. Kiedy Pat zaczął wymiotować, Reese musiał się do niego przyłączyć.
Posleeni odzyskali kontrolę nad przednimi szeregami i bezlitosna rzeź zaczęła się na nowo. Po obu stronach drogi z megawieżowców wybiegali spóźnieni Indowy i próbowali umknąć nadciągającej hordzie. Przyjazne, płochliwe istotki, które mordowali Posleeni, stały się żołnierzom niemal bliskie, a widok ich rzezi był wstrząsający.
Indowy zawsze mówili, że w strachu nie ma nic złego, ale z pewnością nie mieli na myśli tak wielkiej zgrozy, tak ogromnej trwogi. Mimo że pancerze dawały ochronę przed wieloma rodzajami broni, rozwidlone miecze Posleenów miały niesamowicie cienkie ostrza i mogły pokroić pancerz wspomagany na kawałki z łatwością, z jaką pani domu rozcina kurczaka. Kiedy Posleeni bezlitośnie nacierali na uciekających Indowy, Reese mógł myśleć tylko o tym, że noże są skierowane w jego stronę i cały świat zdaje się tonąć w blasku stali.
Nie potrafił tego zrozumieć. Był jednym z dzielnych, nieustraszonych żołnierzy wojsk powietrznodesantowych.
W ciągu pięciu lat służby ponad pięćdziesiąt razy skakał ze spadochronem, odnosząc czasem przypadkowe zranienia, i nigdy nie dostawał z tego powodu mdłości. Uwielbiał sytuacje, które u innych wywoływały dreszcz przerażenia. Śmiał się w duchu z kolegów, którzy bledli, trzęśli się i z zamkniętymi oczami szli za dźwiękiem huczącego za drzwiami samolotu wiatru. Kochał widok spadochronów otwieranych w powietrzu, widok ziemi, samolotu i nieba, chaotycznie wirujących jak w kalejdoskopie w ciągu pierwszych krótkich momentów po wyskoczeniu z maszyny. Otwarcie spadochronu przynosiło niemal rozczarowanie, a lądowanie było źródłem rozgoryczenia. Ale nie odczuwał nigdy strachu. Teraz się bał.
Reese nie mógł znieść widoku bezbronnych Indowy, mordowanych z zimną krwią. Ich drobne postacie i umiłowanie jaskrawych kolorów sprawiały, że wydawali mu się niemal dziećmi. W miarę zbliżania się Posleenów Reese coraz mocniej przyciskał M-232 do ramienia i pocierał zamek karabinu.
— No, dalej, chodźcie.
Kiedy przesunął wzrok na wyświetlacz poziomu amunicji, nie czuł łez płynących mu po policzkach ani odoru przeciążonego systemu podtrzymywania życia. Jego strach z wolna przechodził w gniew, ślepą, dziką furię, kiedy zbliżały się do nich te złe żółte potwory.
— Chodźcie, łotry.
Mike znowu wyciągnął magazynek i tym razem przyjrzał mu się uważnie. Tak, ostre kule w środku. Włożył magazynek z powrotem i nacisnął przycisk ładowania. Z niemal niesłyszalnym zgrzytem pierwszy pocisk ze zubożonego uranu w kształcie kropli wsunął się na miejsce. Mike miał wrażenie, jak gdyby patrzył na świat przez grubą wodną osłonę. Rozpoznał to uczucie jako strach i zignorował je. Jego umysł pracował szybciej niż kiedykolwiek w życiu. Miał gotowy plan działania na każdą ewentualność. Przygotowywał się do tej chwili tak ciężko, że teraz odnosił wrażenie, jakby już ją kiedyś przeżył: śmiertelne déjŕ vu.