Выбрать главу

— „I zdaje się, jak gdybym raz już był na scenie tej” — zanucił cicho, a przekaźnik, który poprawnie zidentyfikował to jako prywatną wypowiedź, nie przesłał piosenki przez sieć. — „I kiedyś przez noc ten sam przy mnie szalał tłum…” — Kompania Charlie, czekajcie.

Mike przycisnął kolbę do ramienia. Powiedz o dużej liczbie celów.

— „I arlekiny w tańcu tym też ze mną ujrzeć chciej…” — Ognia!

Ponad trzysta karabinów i broni maszynowej, połączony ogień kompanii Charlie i Alfa oraz cztery terawatowe lasery zalały hordę Posleenów wiązkami skupionego światła i metalicznych błyskawic. Cała falanga wrogów doznała szoku, a jedna trzecia jej przednich szeregów zniknęła wśród srebrnych błysków eksplozji pocisków relatywistycznych.

Kurwa, na piątkę! ucieszył się Mike w duchu. Kurwa, działa! Skopią nam dupę, bo jest ich cholernie dużo, ale ten pieprzony sprzęt działa!

Wyrzutnia zaczęła wypluwać hiperszybkie rakiety kinetyczne, które śmignęły na teren oznaczony jako wrogi, a po chwili przyłączył się M-300.

Tysiące pozostałych przy życiu Posleenów podniosło broń w kierunku źródła ostrzału.

— „Bo to, co dostaniemy w zamian…” — szepnął Mike i wycelował w tylne szeregi wroga.

W przedniej falandze pozostało osiem tysięcy wojowników i dwudziestu Wszechwładców. Pancerze wspomagane były odporne na większość rodzajów broni, ale przeciw nim było jeszcze piętnaście ciężkich laserów i pięć wielokrotnych wyrzutni rakiet hiperszybkich z automatycznym systemem naprowadzania, dziewięćset sztuk broni rozpryskowej kaliber 3 milimetry i czterysta pięćdziesiąt ręcznych wyrzutni rakiet. Kiedy huragan ognia uderzył w pozycje batalionu, bitwa przerodziła się w orgię wzajemnego niszczenia. W ciągu dwóch minut po pierwszej salwie zabito jeszcze sześć tysięcy Posleenów, ale zginęło też ponad sześćdziesięciu spadochroniarzy, a dwudziestu zostało rannych. I tu bitwę przegrano; spadochroniarzy było niewielu, a martwych Posleenów zastąpił kolejny zwarty strumień oddziałów wroga. Kiedy zmniejszyła się siła ognia batalionu, Posleeni ruszyli naprzód, sunąc jak żółta lawina w stronę źródła ostrzału.

Ciężki laser przesunął się w stronę kompanii Charlie i skosił snopem światła budynek skrywający Mike’a i drużynę. Czwarty specjalista Bennet na zawsze pożegnał się z rodzinnym Trenton w New Jersey. Laser ciął po skosie, załamując ściany do środka, i na chwilę oślepił drużynę wznieconą przez gruz chmurą pyłu. Skupiona wiązka minęła o włos sierżanta Resse’a, zamazując hologramowe projekcje w jego hełmie, i rozpłatała specjalistę Bennetta od lewego ramienia po prawą pierś, pomimo pola siłowego i wysoce ogniotrwałego pancerza.

Laser smagnął przód pancerza, którego masa nie pozwoliła na jego całkowite rozcięcie. Straszliwy żar skupionej wiązki światła zamienił tors żołnierza w parę i chmury lotnego wapnia. Pancerz nie rozpadł się pomimo wypalonej w nim wyrwy szerokości trzech centymetrów, a szczątki Bennetta trysnęły z otworu jak woda sodowa ze wstrząśniętej butelki.

Laser wskazywał brygadzie wojowników Wszechwładcy kierunek ognia. Karabiny i ręczne wyrzutnie rzygnęły na nieszczęsnych członków zespołu szerokim strumieniem rakiet i pocisków rozpryskowych. Rakiety na szczęście trafiały w cel z dużą niedokładnością. Żołnierz trafiony jednym z pocisków miałby chyba największego na świecie pecha, ale Bogini Losu nie ma swoich ulubieńców.

Porucznik O’Neal i sierżant Reese zostali gwałtownie odrzuceni w tył gradem metalu. Przez chwilę O’Neal odpowiadał na ogień, kierując strumienie kul tak, jak to ćwiczył, a jego prototypowy pancerz chronił przed burzą ognia. Szeregowy McPherson nie miał tyle szczęścia. Dwie trzymilimetrowe kule przeszyły jego magazyn amunicji na brzuchu, zdetonowały ukryte wewnątrz granaty, topiąc panele wydmuchowe w morzu aktynicznego ognia, i przeszły przez zewnętrzną warstwę pancerza. Pancerz McPhersona zaczął podskakiwać nierówno w powietrzu i machać kończynami, kiedy dwa pociski hiperszybkie oddawały energię kinetyczną. Po dwóch sekundach, kiedy wszystko wreszcie się skończyło, dowodem całego zdarzenia były tylko dwie małe dziury, jedna nad lewym biodrem, a druga prawie dokładnie w miejscu pępka. Ulewa bezpośredniego ognia przeszła w małą mżawkę, a sierżant Reese ruszył w kierunku szeregowca.

— Zostaw — powiedział O’Neal, skanując teren w poszukiwaniu celu.

— Miał konwulsje! — powiedział Reese, zaskoczony i zły, że porucznik przeszkadza w udzieleniu pierwszej pomocy.

— Nie żyje. Sprawdź telemetrię. Konwulsje nie… — powiedział i odwrócił się, żeby zatrzymać żołnierza, ale było już za późno.

Sierżant Reese zwolnił blokadę hełmu i ze środka wypłynęła czerwona masa, nieprzyjemnie kojarząca się z sosem do spaghetti. Reese dostał torsji, kiedy głowa McPhersona wytoczyła się z hełmu i ugrzęzła w masie, która została z ciała szeregowca. Z wnętrza pancerza wyciekł zabarwiony na czerwono ochronny żel.

— … sprawiają, że wykonuje się pełny obrót i pół śruby w powietrzu. Chodźmy, sierżancie, czas wiać.

O’Neal wyjął z sań grawitacyjnych kasetę nabojową, załadował karabin, wziął dwa pudełka i ruszył do drzwi.

— Chodź. Oni nie żyją, my tak. I niech tak zostanie.

Przez następne pół godziny sierżant Reese był jak w transie. Zapomniał swój stopień wojskowy, nazwę jednostki, nawet nazwisko. Potrafił tylko iść za porucznikiem O’Nealem i strzelać, kiedy mu kazano. Pamiętał mgliście, jak przez sen, widoki z różnych okien i szybkie strzały, zanim przechodzili do następnej pozycji. Pamiętał rozkaz porucznika Browninga, drugiego oficera, który łamiącym się z przerażenia głosem nakazał odwrót do Saltren.

Pamiętał niezrozumiałe polecenia porucznika O’Neala, żeby skruszyć ładunkami wybuchowymi belki i łuki architektoniczne. Pamiętał także niskie stropy jasno oświetlonych korytarzy, którymi kroczył z poruszającym się z kocią gracją niskim porucznikiem. Sierżant wrócił do okrutnej rzeczywistości dopiero przy pierwszym bliskim spotkaniu z Posleenami.

Znajdowali się w suterenie i przemieszczali w nieznanym kierunku wzdłuż ściany olbrzymiego magazynu. Półki były zastawione rzędami zielonych kauczukowych beczułek z olejem. Kiedy porucznik minął jeden z rzędów, obydwa przekaźniki wykrzyknęły spóźnione ostrzeżenie. Grupa około pięćdziesięciu Posleenów w towarzystwie jednego Wszechwładcy otworzyła w kierunku porucznika O’Neala ogień ze wszystkich dostępnych rodzajów broni.

Na grzbiecie pancerza znajdowały się wydajne kompensatory bezwładności. Umieszczono je tam, żeby nie dopuścić do uszkodzenia najważniejszych części ciała użytkownika przez siły bezwładności. Porucznik O’Neal wybił się w powietrze i odskoczył od źródła zagrożenia — zadziałał instynkt wyrobiony podczas setek godzin ćwiczeń — a przekaźnik nastawił kompensatory na maksymalną wydajność. Miało to zmniejszyć ryzyko, że kule przebiją pancerz Mike’a, tak jak stało się to z szeregowcem; z odległości, w jakiej znajdowali się Posleeni, możliwości penetracyjne kul były nieporównywalnie większe.

Brak bezwładności pozwalał przesunąć pancerz w bok albo odepchnąć go do tyłu, jak gdyby ważył nie więcej niż koliber. W połączeniu z grubością pancerza pozwoliło to na skuteczne odbicie pierwszego strumienia pocisków, ale pancerz stał się wywrotny jak piłeczka pingpongowa podczas huraganu. Kule wybiły Mike’a w górę, obróciły kilka razy w powietrzu, uderzyły nim o ścianę i rzuciły na bok.