Sierżant Reese krzyknął i strzelił zgodnie z wektorem celu na wyświetlaczu hełmu. Posleeni stali za osłoną beczułek, ale okazało się, że moc karabinu grawitacyjnego pozwalała na ich przebicie i wzięcie nieprzyjaciół pod bezpośredni ostrzał.
Właściwie Posleenów nie trzeba już było trafiać. Beczułki w całym magazynie wypełniał olej uzyskany z glonów. Indowy używali go do gotowania. Był tak samo powszechny jak olej kukurydziany, a pięć milionów Indowy z Qualtren potrzebowało go tak dużo, że zbudowano magazyn o powierzchni pół kilometra kwadratowego.
Tak samo jak olej kukurydziany miał dość wysoką temperaturę zapłonu, ale w pewnych warunkach łatwo się palił, a nawet wybuchał.
Uranowy śrut wystrzelony z karabinu grawitacyjnego leciał z prędkością bliską ułamka prędkości światła.
Projektanci dokładnie wyliczyli parametry, tak żeby uzyskać jak największy efekt kinetyczny przy jak najmniejszej jonizacji i związanym z nią promieniowaniu. W rezultacie powstał pocisk w kształcie kropli łzy, który śmigał nieopisanie szybko. Przy nim każda kiedykolwiek wyprodukowana kula wydawała się nieruchomo zawieszona w powietrzu. Uranowy śrut był o wiele szybszy od meteorytu i jeśli nie natrafił na przeszkodę, opuszczał orbitę planety i czynił nawigację kosmiczną bardzo ryzykownym zajęciem. Przeszywał atmosferę z takim wigorem, że wybijał elektrony z atomów i cząsteczki gazu stawały się jonami. Energia uwolniona podczas jego przelotu była tak duża, że tworzyła elektromagnetyczną falę uderzeniową. Po przejściu pocisku atomy z powrotem się łączyły.
Uwalniały się fotony i ciepło, powstawały rodniki, ozon i kule Bucky’ego. Głównym produktem ubocznym były strumienie naenergetyzowanych jonów, łudząco podobne do błyskawic. Tak samo gorące i tak samo naenergetyzowane. Naturalna świeca zapłonowa.
W ciągu dwóch sekund tysiąc tych niszczycielskich kul przebiło pięćdziesiąt beczułek oleju. Jedna kula wystarczyłaby, żeby rozprowadzić zawartość beczułki w dwóch do trzech tysiącach metrów sześciennych powietrza.
Następne kule natrafiały już tylko na opary i zgodnie z niezmiennymi prawami fizyki leciały dalej, przebijając kolejne beczułki. Olej z tysięcy beczułek zamienił się nagle w gaz i osiągnął gęstość zapłonu jak w tłoku w silniku Diesla. W rezultacie powstała bomba oparowa, najlepszy po bombie atomowej wynalazek wojskowej technologii Ziemian, a suterenowy magazyn stał się cylindrem Diesla. Dla sierżanta Reesa cały świat stanął nagle w płomieniach.
Magazyn znajdował się dwa poziomy pod ziemią. Niżej było jeszcze sześć pięter, Bulwar Sisalav przebiegał w odległości trzystu pięćdziesięciu metrów, a Aleja Qual ciągnęła się w odległości stu pięćdziesięciu metrów.
Wybuch oparów oleju wygryzł krater o średnicy dwustu metrów, głęboki aż do fundamentów, rozbebeszył budynek na kilometr w górę i wysadził wszystkie ładunki podłożone zgodnie z planem Jerycho. Fala uderzeniowa wymiotła wszystkie sprzęty z budynku aż na Sisalav i Qual, i wypluła na zewnątrz pozostających na parterze żołnierzy.
Zginęły wszystkie nie opancerzone stworzenia w budynku: trzysta dwadzieścia sześć tysięcy Indowy i osiem tysięcy Posleenów. Ładunki wybuchowe zadziałały planowo i skruszyły sto dwadzieścia głównych belek konstrukcyjnych.
Z zaskakującą gracją wysoki na milę budynek przechylił się na północny zachód i powoli, jak gdyby klękając na znak czci, upadł na Daltrev i zablokował Sisalav i Qual, miażdżąc przy tym południowo-wschodni kwadrant Daltrev.
Zgniótł jeszcze więcej Posleenów i całkowicie powstrzymał natarcie wroga z masywu na Qualtrev.
Zgodnie z przygotowanym wcześniej planem, kiedy po pięciu minutach zmechanizowane niedobitki kompanii Alfa i Bravo opuściły Qualtrev, wybuchły też ładunki w tym budynku. Budowla spoczęła w poprzek Alei Anosimo, oparła się o resztę Daltrev i uniemożliwiła Posleenom marsz przez sektor batalionu i wzdłuż głównej osi ataku na sektor siódmego regimentu kawalerii. Teraz niedobitki batalionu mogły bez przeszkód wesprzeć oddziały kawalerii.
O ile było jeszcze co wspierać.
Mike jęknął i otworzył oczy. Tak mu się przynajmniej zdawało, ale świat był tak samo czarny jak przedtem, a jemu kręciło się w głowie. Albo coś było nie w porządku z jego wewnętrznym uchem, albo leżał na plecach z nogami powyżej głowy.
— Poruczniku O’Neal — powiedział przekaźnik najmilszym głosem — nie oślepł pan, po prostu nie ma światła.
— Reflektory pancerza — wymamrotał oszołomiony Mike.
— Najpierw powiem panu, gdzie pan jest. Co pan pamięta?
— Ból głowy.
Przekaźnik poprawnie zinterpretował wypowiedź jako medyczną prośbę i wybrał trzy leki z apteczki.
— No — powiedział Mike po jakichś dwóch minutach walki z ciemnością — tak lepiej. A teraz powiedz, gdzie jestem? I włącz te cholerne światła.
— Co pan pamięta? — przypomniał pytanie przekaźnik.
— Wszedłem do magazynu w suterenie Qualtren.
— Pamięta pan, co się stało w suterenie?
— Nie.
— Pamięta pan sierżanta Reese’a?
— Tak. Żyje?
— Ledwo. Natknęliście się na Posleenów. Podczas ostrzału sierżant Reese przebił kinetycznym śrutem kilka beczułek oleju. Spowodowało to zapłon oparów, który z kolei doprowadził do wysadzenia ładunków Jerycho…
— Jestem pod Qualtren — Mike wyciągnął nagle przerażający wniosek.
— Tak, sir. Znajduje się pan pod około studwudziestosześciometrową warstwą gruzu.
28
Pappas miał otwarte oczy, wyprostowane plecy, splecione ręce i skupiony wyraz twarzy. Mimo to w rzeczywistości głęboko spał.
Było już po północy, kiedy autobus zajechał przed bramę Fort Indiantown Gap, pilnowaną przez członka żandarmerii wojskowej. Kierowca zdziwił się łuną ognia w oddali, ale pozdrowienie żandarma odciągnęło całą jego uwagę od płomieni. Wychylił się przez okno, żeby spytać, dokąd mają jechać rekruci i pozbawiony poczucia humoru sierżant, ale zanim zdążył otworzyć usta, żandarm już udzielił odpowiedzi.
— Nie wiem, gdzie mają jechać ci skurwiele, u kogo się mają zameldować ani co mam z nimi, kurwa, zrobić. Jeszcze jakieś pytania? — zapytał agresywnym tonem pilnujący bramy szeregowiec.
Pappas zamrugał oczami i zanim się jeszcze dokładnie rozbudził, wysiadł z autobusu i chwycił żandarma tak, że ten zadyndał na kołnierzu munduru bojowego.
— Co to jest, kurwa, za odpowiedź, szczylu? — wrzasnął.
Kolega żandarma zaczął się budzić i sięgnął po pistolet marki Berretta.
— Wyciągnij broń, a już w czwartek będziesz kruszył skały w Leavenworth, zasrańcu! — powiedział rozwścieczony Pappas i wpił w drugiego żandarma swoje piorunujące spojrzenie.
Żandarm przestał sięgać po broń, poderwał się na nogi i stanął na baczność.
— Dobra — powiedział Pappas, kiedy jego gniew trochę opadł — jaki macie, kurwa, problem, szeregowy?
Opuścił żandarma, tak że jego stopy dotknęły ziemi, ale nie zwolnił uścisku.
Szeregowy miał ostatnio mnóstwo okazji do ćwiczeń walki wręcz. Ale nigdy jeszcze nikt tak szybko go nie obezwładnił, i doświadczenie to było wstrząsające. Podoficer w szarym jedwabnym uniformie, który wskazywał, że jest jednym z nietykalnych żołnierzy Sił Uderzeniowych Floty, był górą mięśni. Nikłe oświetlenie i daleki blask płomieni zmieniły go w surrealistyczną postać o niemal pierwotnej sile i furii, niczym wulkan na dwóch nogach mocnych jak konary. Szeregowiec szybko jeszcze raz przemyślał swoją sytuację.