— Sierżancie — na pewno był to sierżant, choć trudno było dostrzec belki floty na jego ramieniu — mamy mnóstwo problemów…
— Nie chcę słuchać o problemach, szeregowy, chcę usłyszeć odpowiedzi.
— Sierżancie, nie mam żadnych. Przykro mi.
Na twarzy szeregowego niemal pojawiły się łzy, i sierżant musiał dostosować się do nowej sytuacji.
— Co tu się, kurwa, dzieje? — zapytał, puścił żandarma i wygładził kołnierzyk jego munduru.
Potem odwrócił głowę i spojrzał na odległe płomienie.
— Co tu się, kurwa, dzieje? — zapytał jeszcze raz i potrząsnął głową.
— Słuchaj… proszę posłuchać — poprawił się szybko żandarm. — Pieprzona sytuacja wymknęła się spod kontroli.
— Sierżancie — powiedział drugi żandarm — przykro mi, że tak spieprzyliśmy sprawę z tą odpowiedzią, ale naprawdę nie wiemy, gdzie wysłać pańskich żołnierzy.
Pierwszy żandarm pokiwał głową na znak zgody.
— Po pierwsze, w zeszłym tygodniu musieli przenieść parę jednostek, bo ich koszary spłonęły podczas zamieszek.
Wtedy część żołnierzy zwiała, a reszta mieszkała w otwartych koszarach. Kiedy chcieli ich przenieść, wybuchły o to zamieszki. A gdziekolwiek są rozruchy, zadymiarze biorą się do palenia baraków mieszkalnych, więc może już nawet nie być miejsca, gdzie można zakwaterować pańskich żołnierzy…
— Cholera jasna — szepnął były żołnierz piechoty morskiej.
Usłyszał, że rekruci wysiadają za nim z autobusu, i podniósł głos.
— Dajcie tu Stewarta, Ampele’a, Adamsa i Michaelsa. Reszta, ptaszyny, wracać do autobusu!
Podczas gdy dowódcy drużyny zbierali się, Pappas stał w przepisowej pozycji na spocznij i patrzył na migoczące płomienie. Lekko wydął wargi w zamyśleniu.
— Macie jakąś pomoc? — zapytał.
— Niewiele, sierżancie — powiedział żandarm. — Żołnierze trzech, czterech batalionów są spokojni, ale nawet z nimi są czasem problemy. I nie można ich użyć do tłumienia rozruchów, bo trudno by było odróżnić jagnię od wilka. — Szeregowiec urwał i potrząsnął głową. — Prawdziwy pierdolnik, sierżancie.
— Dla ciebie „panie sierżancie”.
— Dobra, prawdziwy pierdolnik, panie sierżancie.
Żandarm stłumił śmiech.
Pappas odwrócił się do zebranych dowódców drużyny.
— Mamy tu niezły burdel, chłopaki, ale musimy sobie dać radę. Najwyraźniej wojsko straciło kontrolę nad jednostkami. — Odwrócił się z powrotem do żandarma. — O ilu jednostkach mówimy?
— Dwie dywizje, kilka dodatkowych jednostek Korpusu i batalion uderzeniowy floty. Największe problemy mamy jednak z jednostkami posiłkowymi i kilkoma z batalionu piechoty. Sęk w tym, że większość starszych oficerów i podoficerów jeszcze tu nie dotarła, więc mamy tylko garstkę pieprzonych rekrutów i wyrzutków z innych jednostek. Gdybyśmy mieli pełny korpus oficerów i podoficerów, dalibyśmy sobie radę, tak przynajmniej twierdzi nasz komendant, ale dopóki wszyscy się nie zjadą, dalej tak będzie.
Pappas skinął głową i odezwał się znowu.
— Powiem wam, jak to załatwimy. Po pierwsze, nie zabieramy autobusu w ten pierdolnik. Więc musimy iść. Ale nie będziemy taszczyć plecaków, żeby się dowiedzieć, gdzie nas mają zakwaterować. Więc, Ampele, pierwsza drużyna pilnuje bagaży.
— Panie sierżancie…! — chciał zaprotestować pierwszy żandarm.
— Wyładujemy tu cały bagaż. — Rozejrzał się. — Tam, przy strumieniu. — Pokazał kierunek skinięciem głowy. — Siadać na tyłku i czekać na wsparcie. Jak znajdziemy nasze kwatery i jednostkę, przyślę transport i pluton po bagaże.
Ale bądźcie świadomi, że mogą was zaatakować.
Spojrzał na żandarmów, a oni kiwnęli głowami.
— Tak — powiedział całkiem już rozbudzony drugi żandarm. — Kręciły się tu już grupy uzbrojonych dezerterów.
Jak was zaatakują, będziemy was wspierać — ciągnął — ale nie możemy strzelać, dopóki nie otworzą do nas ognia — dodał kwaśno.
— Więc bądź gotowy na wszystko. Zostawiam cię tutaj, bo ufam, że nie dasz się kropnąć i nie zostawisz swoich ludzi. Niech ci się we łbie nie poprzewraca od tego pieprzonego komplementu. I lepiej dobrze pilnuj naszych bambetli. — Pappas pomyślał przez chwilę i postanowił zadać jeszcze jedno pytanie. — Hmm, przekazali wam coś o innych zasadach traktowania oddziałów floty uderzeniowej…?
— Tak, panie sierżancie — odpowiedział pierwszy żandarm. — Jesteście nietykalni. Na szczęście flota uderzeniowa nie sprawia większych problemów poza terenem koszar. — Urwał i zastanowił się przez chwilę. — No, bo dla mnie — dodał — CID to już inna historia.
— Dobra — powiedział Pappas. — Zabierzemy jeszcze trzy drużyny — skinął głową w odpowiednim kierunku — żeby dołączyły do formacji kontaktowej.
Wydął policzki w zamyśleniu.
— Wezmę trzech członków pierwszej drużyny jako grupę kwatery głównej. Idźcie powoli, marsz. Miejcie oczy otwarte i rozglądajcie się. Niech jeden zespół idzie przodem, a drugi go ubezpiecza. Rozmawiajcie ze sobą, nie ścieśniajcie się, ale i nie idźcie w rozsypkę. Jeśli jedna drużyna wpakuje się w coś, z czym nie będzie mogła sobie poradzić, niech pozostałe dwie udzielą jej wsparcia. Jak wpadniemy w cudze bajoro, będą z nas chcieli zrobić mięso armatnie, więc skopcie im dupę i nie cackajcie się z nimi, po prostu musimy się szybko przedrzeć przez teren obozu.
Wziął mapę, którą podał mu żandarm.
— Dobra — ciągnął, patrząc na mapę przy słabym oświetleniu, i żałował, że nie przysłano im jeszcze wojkularów.
— Jesteśmy pewnie przy tej drodze koło lądowiska dla helikopterów, tuż u podnóża gór. — Spojrzał w ciemność. — Zaraz przy ogniu.
Potrząsnął głową.
— Stewart — odwrócił się do drobnego szeregowca — druga drużyna ma swoje zadanie. Żadnego szabrownictwa po drodze; nie tylko jest to wbrew przepisom, ale też nie ma na to, kurwa, czasu. Zrozumiano?
— Tak jest, sir — powiedział młodzieniec.
Stał w przepisowej pozycji na spocznij, a jego twarz była śmiertelnie poważna.
— Nie mów do mnie więcej „sir”, Stewart — powiedział sucho Pappas. — Wygląda na to, że znowu muszę zarabiać na życie — westchnął ciężko. — Cóż, nie może być chyba gorzej niż w Wietnamie? — Zastanowił się przez chwilę. — Mają broń palną? — zapytał żandarma, pogrążony w myślach.
Szeregowy skrzywił się.
— Niewiele. Zasadniczo zabieramy broń, jak tylko się pojawi. Tylko to pozwala nam powstrzymać rozlew krwi.
Mają jednak dużo noży i pałek — ostrzegł.
Pappas kiwnął głową.
— Zabierajcie po drodze wszystko, co wygląda na broń. Kolejność marszu jest następująca: drużyny druga, czwarta i trzecia. Ja będę szedł między drugą i czwartą. Trzecia, Adams, niech uważa na trasę odwrotu. Jeśli zajdą nas od tyłu, będziemy musieli ich zgnieść.
— W porządku, sierżancie — powiedział były kapral szkoleniowy.
— Dobra, pamiętajcie, żeby się nie grupować, ale pozostawać w zasięgu wzroku innych drużyn. Przedstawcie swoim ludziom sytuację.