Urwał na chwilę i z rezygnacją potrząsnął głową. Miał ponurą minę.
— Kurwa, co za koszmar — dodał.
— Poradzimy sobie — powiedział z przekonaniem Stewart. — Mieliśmy szkolenie, mamy pracę zespołową i dowództwo.
Uśmiechnął się do sierżanta celowniczego, zastanawiając się, dlaczego dowódca jest tak wstrząśnięty całą sytuacją.
Pappas uśmiechnął się wesoło. Stewart natychmiast zrozumiał, że sierżant uznał jego wypowiedź za szczególnie durną.
— Stewart, jesteś idiotą — powiedział sierżant łagodnie i wskazał ręką na zbuntowane jednostki w oddali. — Za rok lub dwa ci skurwiele będą nas wspierać w walce. Pomyśl o tym. Co by się stało, gdyby Posleeni wylądowali jutro?
Szeregowiec odwrócił się, spojrzał na płomienie i podrapał się w głowę. Wydął policzki i huśtał się w przód i w tył w przepisowej pozycji na spocznij.
— No tak.
Pappas nie zauważył, kiedy Stewart podniósł dwa kije od miotły, ale sposób, w jaki kręcił nimi w obydwu rękach, zdradzał wyszkolenie, które zaskoczyło nawet doświadczonego podoficera. Stewart powalił na ziemię agresywnego pijanego żołnierza, zanim ten zdążył wrzasnąć, a dwóch innych członków drugiej drużyny zaciągnęło go w krzaki. Po usunięciu przeszkody pluton dalej zagłębiał się w wir.
Wydawało się, jakby płonął cały świat. Belki i deski wyrwane z baraków płonęły poukładane w stosy na podwórzach i placach apelowych. Ogień trawił sprzęty z mieszkań żołnierzy i ogrzewał jesienną noc.
Wszędzie szwendały się małe grupki rekrutów, czasem z butelką w ręku, a czasem popalając wonne substancje.
Odgłosy w ciemnościach mówiły także o innych uciechach, którymi umilano sobie czas. Ponieważ wyglądało na to, że rozkoszne igraszki odbywały się za zgodą wszystkich zainteresowanych, Pappas zignorował je. Szczerze powiedziawszy, zapewne nie wiedziałby, co zrobić, gdyby któraś ze stron nie wyrażała zgody. Misja polegała na odnalezieniu jednostki i dołączeniu do niej. Wtedy sprawy powinny pójść łatwiej. Taką przynajmniej miał nadzieję.
Nakazał gestem dłoni, żeby druga drużyna zatrzymała się, a pluton stanął wkoło. Żołnierze stanęli na zacienionym obszarze, trzymając mnóstwo różnych pałek w rękach. Dowódcy zespołów dołączyli do sierżanta pośrodku koła. Pappas wyciągnął mapę z kieszeni i ruchem ręki polecił żołnierzom przyjrzeć się jej w migotliwym świetle odległych płomieni.
— Żeby dostać się do celu, czyli do miejsca, w którym, jak sądzą żandarmi, jest nasz batalion, musimy przejść tędy.
Pokazał na plac apelowy za budynkami. Obiekt był zaznaczony na mapie jako dawne lądowisko dla helikopterów. Obecnie w najlepsze odbywało się tam wielkie przyjęcie, płonęły liczne ogniska, a wkoło szwendało się z dobre tysiąc osób, mężczyzn i kobiet.
— Możliwe, że nie natrafimy na opór, ale to tylko przypuszczenia. Moglibyśmy obejść teren dookoła, ale zeszlibyśmy z drogi, a prędzej czy później szczęście i tak przestałoby nam sprzyjać. — Wskazał ręką na miejsce, gdzie pijany żołnierz dochodził do siebie po uderzeniu. — Jestem otwarty na sugestie.
— A może po prostu przebiegniemy przez środek, jakbyśmy byli na ćwiczeniach? — zapytał Michaels. — Mało prawdopodobne, żeby zaczepili całą formację. Co pan o tym sądzi, sierżancie?
Stewart parsknął śmiechem.
— Widzisz tu kogoś na ćwiczeniach? — zapytał.
Adams potrząsnął głową.
— Wyjątkowo muszę się zgodzić ze Stewartem. Nie wydaje mi się, żeby ktoś tu odbywał trening. Byłoby nas widać jak na dłoni.
— A jeśli się zgrupujemy, możemy wyglądać na zagrożenie — zaznaczył Stewart i przymrużył oczy.
— Dobra, zrobimy tak… — zaczął Pappas.
— Sierżancie, przepraszam, mogę coś powiedzieć? — zapytał mały szeregowiec.
Jeszcze kilka dni wcześniej przerywanie instruktorowi musztrowemu byłoby nie do pomyślenia. Jednak obecna sytuacja nie tylko wymagała pomysłów, ale też, o dziwo, Stewart czuł się w tych warunkach jak w domu.
— Dobra — powiedział sierżant — słucham.
— Myślę, że ja i chłopaki moglibyśmy odciągnąć część z nich — powiedział szeregowiec, utkwił wzrok w odległym przyjęciu, a jego brew uniosła się w zamyśleniu. — Utworzylibyśmy coś w rodzaju korytarza, a reszta z was prześlizgnęłaby się.
— Jak? — Pappas patrzył, jak szeregowiec myśli.
Zauważył już, że podczas gdy on bił Stewarta na głowę w doświadczeniu i wiedzy, żołnierz wyprzedzał go znacznie w przebiegłości i podstępach.
— Przyłączymy się do nich — ciągnął Stewart, nieświadomy spojrzenia sierżanta. — Prawie wszyscy w drugiej drużynie jesteśmy z latynoskiej dzielnicy — ciągnął mały szeregowiec. — Jesteśmy tu ziomkami, czujemy się jak u siebie w domu. Moglibyśmy znaleźć się w samym środku przyjęcia — wskazał na libację — gdyby nic nam w tym nie przeszkodziło.
Odwrócił się, spojrzał na porucznika i dostrzegł wyraz szacunku w jego oczach.
— Mówisz teraz bardziej do rzeczy niż kiedykolwiek.
Podoficer skinął głową na znak zrozumienia.
— Ruszaj.
— Ale moglibyśmy… Znam kilka sposobów na zorganizowanie atrakcji, trochę sztuczek cyrkowych. Ja i chłopaki możemy przyciągnąć ich uwagę. To otworzy korytarz, którego pan potrzebuje.
— A jak się nie uda? — zapytał Pappas.
— Będziemy uciekać jak cholera — uśmiechnął się szeregowiec.
Pappas przyjrzał mu się uważnie.
— A kiedy dotrzesz do jednostki? — zapytał z oczywistą podejrzliwością w głosie.
Stewart potrząsnął głową z wyrzutem.
— Sierżancie, nie mówię, że urządzimy sobie małe przyjęcie. Będziemy musieli wmieszać się w tłum. Ale dołączymy do was wszyscy do świtu. Będzie trudniej się wydostać niż wejść. Odciągnięcie uwagi od was będzie najłatwiejszą częścią planu.
Pappas skinął głową i popatrzył z rozwagą na szeregowca.
— Hmm. — Wydął policzki w zamyśleniu. — Wiesz, Stewart, pewnego dnia będziesz musiał mi powiedzieć, jak przemyciłeś ten twój uliczny gang przez filtry osobowe floty uderzeniowej do mojego plutonu podstawowego. — Urwał. — Wykonać.
Stewart uśmiechnął się lekko.
— Ale nie dzisiaj — powiedział z przekonaniem.
— Nie dzisiaj — zgodził się podoficer. — Jednak nie ufam całkowicie twojej ulicznej mądrości. Kiedy tylko przedostaniemy się na drugą stronę, będziemy cię obserwować, aż uznam, że wszystko jest w porządku. Nie spiesz się, będziemy tam tak długo, jak trzeba.
— Poradzę sobie, sierżancie — powiedział szeregowiec z przekonaniem.
— Dobra, więc nie będziesz miał nic przeciwko temu, żebyśmy się przyglądali? — zapytał Pappas z uśmiechem.
Stewart potrząsnął głową z rezygnacją.
— Niech będzie, szefie.
— Dobra — powiedział podoficer. — Czas na zabawę.
Stewart wytarł ręce o jedwabny uniform, zrobił krok naprzód i poklepał stojącego przed nim żołnierza w szerokie ramię.
— Hola, ’migo, ¿dónde ’stá el licor?
Zadanie wymagało, jak widać, wysokich kwalifikacji w pewnych dziedzinach.
Wielki latynoski żołnierz parsknął i odwrócił się.
— Que chingadero quiere saber, cameron?
— Hej, dopiero co przyszliśmy. Muszę się napić.
W dłoni Stewarta pojawiła się dwudziestka. Członkowie drużyny przyjęli za nim postawę twardzieli. Włożyli dłonie za pasek lub do kieszeni, wysunęli biodra do przodu i rozglądali się. Wyglądali jak garstka ziomków szukających dobrej zabawy. Stewart włożył dwa kije od miotły za kołnierz kurtki. W razie potrzeby mógł je w jednej chwili wyciągnąć.