Выбрать главу

Wielki żołnierz zerknął na gang i jeszcze raz przemyślał sprawę. Mógł zawołać własnych zbirów, ale nie była to odpowiednia pora na walkę z nieznajomymi dziwakami. Żołnierz był niemal całkowicie pewien, że rozgniótłby drobnego przybysza jak pluskwę, ale nigdy nic nie wiadomo. Przybysz wyglądał na okropnie pewnego siebie.

— Trudno coś znaleźć, koleś — powiedział wielki żołnierz i pociągnął z butelki duży łyk tequili. — Zapytaj Maracone, tam przy trybunach, on zazwyczaj coś ma.

— Gracias — powiedział Stewart, a dwudziestka nagle zniknęła z kieszeni latynoskiego żołnierza.

— De nada — powiedział Latynos i odwrócił się do swoich kumpli.

— I co? — szepnął Wilson.

— Miał nóż — powiedział cicho Stewart — i jakiś pistolet.

— Miał — powiedział z uśmiechem zastępca dowódcy.

— Miał — potwierdził Stewart bez najmniejszych oznak rozbawienia. Był całkowicie skoncentrowany na misji. — Ubijemy interes.

Nawet z daleka z łatwością można było rozpoznać dealera. Wściekły mały szeregowiec, otoczony mięśniakami i grupą kobiet w mundurach przyciętych w taki sposób, że odsłaniały pępek i nogi poniżej ud. Kobiety na pewno marzły w zimną i wilgotną jesienną noc.

— Dobra — powiedział Wilson i odruchowo rozejrzał się po okolicy w poszukiwaniu zagrożenia.

Sprawdził, czy reszta drużyny jest na miejscu i czy też się rozgląda. Tak było, i Wilson z zadowoleniem kiwnął głową. Jak ująłby to sierżant, wszystko było tip-top.

— Potem urządzę pokaz połykania mieczy — Stewart dalej wyjaśniał plany i taktykę przyszłego działania, a Wilson dbał w tym czasie o bezpieczeństwo.

Taki podział obowiązków był warunkiem przetrwania na ulicach latynoskiej dzielnicy, ale ani Stewart, ani Wilson nie zdawali sobie sprawy, że przypominało to także relacje między oficerami i podoficerami.

— Jasne.

— Trzymaj — dyskretnie podał szeregowcowi mały pistolet.

Wilson ukrył się za plecami Stewarta i szybko sprawdził magazynek dwudziestki piątki.

— Osłaniaj mnie.

Stewart ruszył w stronę dealera. Drogę zagrodził mu jeden z jego ochroniarzy, ale dealer gestem dłoni nakazał mu odejść na bok. Była to demonstracja siły, która jednak obchodziła Stewarta nie bardziej niż zeszłoroczny śnieg.

Teraz, kiedy podszedł tak blisko, mógł powalić trupem dealera i przynajmniej dwóch ochroniarzy nawet bez wsparcia Wilsona. Ależ z nich pieprzeni amatorzy, pomyślał.

— Hola — zawołał z uśmiechem. — Co masz?

— A czego chcesz? — zapytał dealer znudzonym głosem. — Mam prawie wszystko.

— Potrzebny mi jakiś mocny trunek, koleś. Jesteśmy świeżo po treningu i przyda nam się coś, co daje niezłego kopa!

Uśmiechnął się jak głupi, mały rekrut na podstawowym szkoleniu. Tak, o to chodzi.

— To będzie sporo kosztować, koleś — powiedział dealer. — Trudno dostać towar. Ci pieprzeni żandarmi tylko patrzą, żeby mi zakosić zapasy.

— Hej — powiedział Stewart i wyjął zwitek banknotów. — Mam kasę, koleś. Masz jakąś dobrą tequilę?

— Jasne — uśmiechnął się mały żołnierz.

Machnął dłonią w stronę jednej z dziewcząt, która wyjęła butelkę z pomalowanej sprayem skrzynki na amunicję.

— To będzie sześćdziesiąt.

— Jezu — powiedział Stewart i potrząsnął głową. — To rozbój.

Odliczył odpowiednią ilość pieniędzy i wziął butelkę. Jeden łyk wystarczył, żeby się upewnić, że alkohol nadawał się do przeprowadzenia planu.

— Rany! Czas na odlot!

— Tak — powiedział kwaśno dealer. — Ale gdzie indziej. Ja mam innych klientów.

— Spoko, koleś, na razie.

Stewart uśmiechnął się znowu i wrócił do drużyny.

— Snajper na trybunach — szepnął Wilson. — Nie widzę karabinu, ale gdzieś tam jest.

— Możesz go zdjąć z tyłu?

— Nie tą pieprzoną małą Astrą. Może ty, ale też nie jednym strzałem. Zresztą ktoś obstawia tyły.

— No problemo. Ludzie zawsze chętnie podziwiają talenty — uśmiechnął się Stewart.

— Jesteś pieprzonym świrem, Manuel.

— Nazywam się James Stewart. Nie zapominaj o tym.

— Jasne, a ja jestem królewna Śnieżka.

— Chusteczki — powiedział Stewart bez komentarza i wyciągnął rękę.

Członkowie drużyny podali sobie kawałki materiału i przywiązali je na końcach złamanych kijów od miotły.

Skropione wysokoprocentową tequilą stały się gotowymi do podpalenia pochodniami.

— Nadchodzi nicość — powiedział Stewart i poszedł w stronę grupy, która obstawiała sekcję trybun z dala od dealera.

— Hej, chłopaki — powiedział do białych żołnierzy.

Patrzyli podejrzliwie, jak podchodzi. Skinął na przywódcę, przysadzistego, grubego sierżanta z fałdami tłuszczu na szyi.

— Wiecie, co by się przydało na tym przyjęciu? — zapytał Stewart donośnym, rozradowanym głosem.

— Pieprzony idiota? — zapytał przywódca.

Grupa roześmiała się z ciężkiego dowcipu.

Co za Einstein, pomyślał Stewart.

— Trochę rozrywki!

Wskoczył na trybuny i wypił haust tequili z butelki. Błysnął ogień zapalniczki i Stewart wypluł alkohol w chmurze płomieni. Buchający ogień oświetlił teren i rozległy się okrzyki podziwu.

— Panie i panowie — zawołał Stewart donośnym głosem. — Witamy na największym przedstawieniu na Ziemi!

Zadziwię i urzeknę was mocą iluzji i możliwościami umysłu! Moja moc nie zna granic!

Wyciągnął pałki, podpalił je i zaczął nimi kręcić.

* * *

— Dobra — powiedział Pappas — to sygnał. Przygotować się, ruszamy.

Oczekiwanie, aż Stewart zajmie pozycję, wydawało się wiecznością, ale kiedy wreszcie zaczęło się przedstawienie, tłum istotnie ruszył się z miejsca. Sierżant postanowił zrobić to samo.

— Drużyna czwarta, w stronę Stewarta, postarajcie się podejść możliwie najbliżej. Trzecia: idźcie do środka terenu. Kiedy czwarta zajmie pozycję, skręćcie do koszar. — Potrząsnął głową. — Wszyscy chcą zobaczyć tego pieprzonego małego idiotę.

* * *

Jeszcze nigdy nie występował przed tak liczną publicznością. Żołnierze najwyraźniej byli spragnieni rozrywki.

Wszystko szło dobrze. Sztuki cyrkowe zawsze zachwycały ludzi, a tequili wystarczyło, żeby żonglować i połykać ogień.

Kiedy już się rozkręcił z magicznymi sztuczkami, nadszedł czas na wielki finał. Dał znać Wilsonowi, który podwinął rękawy, stanął naprzeciw Stewarta i spojrzał na drużynę. Ktoś rzucił mu nóż, a on rzucił go do Stewarta.

Stewart odrzucił nóż z powrotem i tak zaczęli dwuosobową żonglerkę. Któryś z pozostałych członków drużyny zaśpiewał znaną piosenkę i cyrkowcy zatańczyli na trybunach, robiąc obroty i stając na głowie. Drużyna rzucała coraz więcej przedmiotów do żonglowania. Po piętnastu minutach Stewart podrzucał już czternaście przedmiotów, łącznie z płonącymi pochodniami i dwoma nożami. Stwierdził, że czas już kończyć. Skinął na Wilsona, wyskoczył w górę z uniesioną ręką i złapał garść przedmiotów przy wtórze gromkiego aplauzu.