— Tak! Kto mówi? — Kapitan Harold Wright sprawdził wyświetlacz nad głową. — A, O’Neal. Pański wspaniały pomysł zadziałał wprost wyśmienicie. Moje gratulacje.
— Byłoby całkiem nieźle, gdyby nie ten wybuch oparów, sir — powiedział Mike ze smutkiem.
Ze sklepienia niszy obsypała się garstka pyłu.
— Właśnie dlatego trzeba przewidywać wszystkie ewentualności, poruczniku. Teraz batalion jest niezdolny do walki, nie mówiąc już o tym cholernym gruzie! Ma pan jeszcze jakieś fenomenalne pomysły?
— Może przedostaniemy się na peryferie, zbierzemy rannych i dołączymy do własnych linii? — zapytał retorycznie Mike.
— A niby jak pan to sobie wyobraża? — chciał wiedzieć kapitan.
— Przekaźniki mają plany, sir. Przedostałem się na wolną przestrzeń i staram się dotrzeć na obrzeża. Potem możemy wysadzić sobie przejście.
Kapitan Wright zastanowił się przez chwilę nad planem, który wyjaśnił mu przekaźnik.
— Dobra, to może się udać. Trzeba powiadomić podoficerów…
— Sir, przekaźniki mogą sporządzić plan ewakuacji na podstawie informacji o tym, kogo tu mamy i kto z nich może się wydostać. Mój przekaźnik ma znacznie większe możliwości niż pański. Jeśli pan sobie życzy, może kontaktować się z pańskim i pomagać w trudnych kwestiach…
— Jak pewien niezwykle pomocny porucznik?
— Nie tak miało to wszystko wyglądać.
— Cóż, jakkolwiek miało to wyglądać, według schematu, który przesłał mi pański pomocny przekaźnik, jest pan tu jedynym żywym porucznikiem. Moje gratulacje, drugi oficerze — podsumował kwaśno kapitan.
— Nie mam uprawnień dowódczych, sir.
— Teraz je pan ma. Poza tym według schematu jesteśmy w znacznej odległości od siebie. Ma pan na swoim obszarze trzydziestu pięciu żołnierzy. Kiedy zbierzecie się razem, możemy skorzystać z tuneli użytkowych, żeby się spotkać. Najpierw jednak musimy się stąd wydostać. Proszę się porozumieć z pańskimi ludźmi, zwłaszcza ze starszym sierżantem Greenem, dowódcą mojego drugiego plutonu. Niech się wydostaną z gruzu, a potem zgłoszą do mnie.
— Proszę uważać na poziom energii, sir — ostrzegł Mike i spojrzał na własny opadający wykres słupkowy. — U mnie jest już dosyć niski. Możemy uzupełnić energię, jak znajdziemy źródło, ale do tego czasu…
— Racja. Niech się pan upewni, że wszyscy to wiedzą. Naprzód, drugi oficerze.
— Tak jest, sir.
Przez kilka następnych godzin żołnierze kontaktowali się ze sobą i formowały się jednostki. Ci, którzy mogli się poruszać, otrzymali rozkaz uwolnienia całkowicie zaklinowanych kolegów. Pomysł z granatami sprawdził się nieźle, oprócz przypadku jednego nieszczęsnego szeregowca, który już po uzbrojeniu granatu odkrył, że nie może ruszyć ręką. Na szczęście technologia medyczna GalTechu pozwalała na regenerację utraconej dłoni, o ile tylko udałoby się wrócić do własnych oddziałów. Szczęśliwie ból trwał dość krótko, bo pancerz prawie natychmiast zapieczętował wyrwę i znieczulił rękę, ale to doświadczenie kosztowało szeregowca sporo dowcipów na jego temat. Było jeszcze gorzej, kiedy żołnierz przyznał się, że jego ostatnie słowa przed eksplozją brzmiały „To będzie bolało”.
Po siedmiu godzinach wszyscy żołnierze, których można było uratować, dotarli do tuneli użytkowych. Nie dotyczyło to, niestety, kapitana Wrighta i trzech innych ludzi z kompanii Alfa. Byli uwięzieni w straszliwej stercie kawałków ciężkiej maszynerii. Pomimo licznych prób żołnierzy nie udało się wydostać z kupy złomu. Kiedy wyciągnięto już wszystkich innych, kapitan Wright polecił uwięzionym uruchomić system hibernacyjny, przekazał dowództwo w ręce porucznika O’Neala i sam poszedł w ich ślady.
O’Neal przyjrzał się grupie przygnębionych żołnierzy zebranych w głównym kanale wodociągowym.
Spłaszczona rura była rozbita na kawałki i zwisała w dół jaskini, którą wydrążyli żołnierze w ciągu ostatnich kilku godzin. Jeden z dowódców drużyny poszedł do drugiego końca tunelu i stwierdził, że był zablokowany właśnie na trasie, którą mogliby wybrać.
— Sierżancie Green.
— Tak, sir?
— Niech żołnierze coś zjedzą i sprawdzą broń i pancerze. Niech załadują karabiny i pistolety i zajmą się zwykłymi zadaniami. Przez ten czas powinienem dokładnie poznać teren i wtedy wydam rozkazy operacyjne.
— Tak jest, sir.
— Dobra, jeden problem z głowy. Oby tak dalej, a wszystko będzie dobrze.
— Michelle, kto z dowództwa pozostał przy życiu?
Mike nacisnął klawisze kontrolne na lewym przedramieniu i wyświetlił kolorowy schemat poziomu energii w pancerzach żołnierzy. Obejrzał go i skrzywił się. Naładuj albo giń, pomyślał z nutą czarnego humoru. Nie jesteśmy króliczkami Energizera.
— Major Pauley dowodzi obecnie niedobitkami batalionu.
— Dobra, połącz mnie. Gdzie oni są?
— Jednostka cofnęła się jakieś sześć kilometrów bezpośrednio w stronę głównej linii obrony.
— Co? A gdzie jest kawaleria?
— Jednostki amerykańskiej kawalerii rozpoczęły ogólny odwrót w głównej linii obrony. Ich siła bojowa spadła do trzydziestu procent. W innych okolicznościach należałoby je uznać za niezdolne do walki.
— Wyświetl.
Lokalny schemat zmienił się i ukazał masę czerwieni, połączoną z cienką linią zieleni. Linia nieznacznie przerywała się w kilku miejscach, a we fragmencie od strony lądu była duża przerwa oddzielająca główną masę od kolejnego małego fragmentu zieleni. Wyrwa zwiększała się i było jasne, że czerwień Posleenów wkrótce otoczy ścigane zielone jednostki pancerzy wspomaganych.
— Nadal się jeszcze wycofuje — powiedział Mike, patrząc, jak jednostka pancerzy wspomaganych przesuwa się ku wątpliwemu schronieniu, jakie mogła dać główna linia obrony.
— Tak.
— Czy ma kontakt z przełożonymi? — zastanawiał się na głos porucznik.
— Nie mam możliwości monitorowania komunikacji z dowództwem — stwierdził przekaźnik.
— Świetnie. Połącz mnie.
— Linia jest w tej chwili zajęta. Połączę, jak się zwolni.
— Dobra.
Mike znowu przyjrzał się schematowi, odruchowo rozprostowując i zaciskając dłoń. Przekaźnik automatycznie dostosował opór rękawicy do oporu, jaki stawiałby przyrząd gimnastyczny, którego zwykle używał Mike.
— Czy schemat tej nieprzerwanej czerwonej masy jest dokładny, czy może są w niej jakieś wyrwy?
— Informacja opiera się na odczytach z sensorów audiowizualnych, więc jest dość dokładna. Proponuję przed wydostaniem się na powierzchnię odejść daleko od terenu bitwy.
Przekaźnik podświetlił na mapie obszary o prawdopodobnie małej liczbie Posleenów.
— Dobra, gdzie jest najbliższy kanał odpływowy? — zapytał Mike. — Musimy się stąd jakoś wydostać. — Urwał na chwilę i dwa razy zacisnął rękawicę. — Hej, skąd, u licha, wytrzasnęłaś teraz tę informację, a nie wiedziałaś tego przed atakiem? — zapytał z gniewem.
— O czym pan mówi? — zdziwił się przekaźnik.
— Kiedy czekaliśmy na atak Posleenów, mogłem liczyć tylko na strzępy informacji od Indowy i Himmitów.
— Pytał pan o dane wywiadu batalionu — powiedział przekaźnik.
— Tak — potwierdził niecierpliwie Mike.
— Nigdy nie pyta pan mnie — powiedział przekaźnik.
Mike prawie wyczuł w tym pretensję. Zastanowił się nad tym i miał ochotę po prostu skończyć rozmowę.
W chwilach takich jak ta nienawidził pancerzy wspomaganych. Gdyby nie miał na sobie tony ceramitu i plastycznej stali oraz grubego na pięć centymetrów hełmu, mógłby palnąć się w czoło, uderzyć głową w mur albo przynajmniej pokiwać nią. W obecnej sytuacji stał jednak tylko w miejscu i czuł się jak idiota. Wziął głęboki wdech.