— Dobra, przekażę mu. A tak z ciekawości, coś ty wymyślił?
— No więc moglibyśmy umieścić za nami osobiste pola siłowe i odblokować tunel — powiedział i wskazał na rumowisko — to by zalało ten obszar jak komorę powietrzną.
— Dobra — powiedział sierżant Green i jeszcze raz spojrzał na stertę. — Przekażę porucznikowi. A teraz zbierz swoją drużynę.
— Się robi — powiedział Duncan i odszedł od ściany. — Mam tylko nadzieję, że porucznik będzie wiedział, co robić potem — skończył.
Sierżant Green podszedł do miejsca, gdzie stał porucznik O’Neal. Jednolity pancerz dowódczy poruszył się, co oznaczało, że porucznik zauważył sierżanta.
— Sir — powiedział Green na tajnym kanale — możemy porozmawiać?
— Jasne, sierżancie. Chyba powinienem nazywać pana moim zastępcą. Ale jakoś nie czuję się jak dowódca.
Mówił zdecydowanym głosem z wymuszoną nutką humoru, ale w tle przebijało zmęczenie.
— Chyba obydwaj zostaliśmy rzuceni na głęboką wodę, poruczniku — powiedział podoficer.
— Tak, ale nie wolno nam zatonąć, sierżancie. Właśnie dlatego zarabiamy tak dużo forsy — powiedział oficer tonem podnoszącym na duchu.
Green był dla O’Neala w pewnym sensie zagadką. Nie uczestniczył w programie szkoleniowym Wiznowskiego, więc Mike nie miał okazji poznać jego metod. Wydawał się jednak bardzo ambitnym i zdolnym podoficerem. Lepiej, żeby tak było.
— Zgadza się, sir. Dobra, problem polega na tym, że żołnierze wiedzą, że siedzimy po uszy w gównie, sir, a ja nie mam pojęcia, co z tym zrobić. Była jedna propozycja, ale moim zdaniem jest dosyć wątpliwa.
Green przedstawił Mike’owi sugestię Duncana. Mike kiwnął głową i odbył krótką rozmowę z przekaźnikiem.
— Tak — powiedział. — Chyba się uda. Proszę podziękować Duncanowi, znowu coś mu zawdzięczam. Musimy jednak być pewni, zanim skoczymy w ogień. Zaczniemy, kiedy tylko porozumiem się z dowództwem.
— Może pan nawiązać łączność przez te wszystkie skały?
Green był zadowolony, że dowodził nimi właśnie ten porucznik. Najwyraźniej nie tylko znał się na rzeczy, ale chętnie też przyjmował dobre propozycje. Na początku rozmawiał tylko z Wiznowskim, ale Wiz był oficjalnym ekspertem batalionu. Kiedy Wiz powiedział Greenowi, skąd pochodziły wskazówki i ekspertyzy, porucznik zyskał szacunek w oczach podoficera. Zastanawiał się, ilu jeszcze dowódców kompanii dało się w ten sposób zwieść.
— Jasne — powiedział bez namysłu Mike — komunikatory działają nie tylko w zasięgu wzroku i po prostu wchodzą na odpowiednią częstotliwość.
— Rozumiem, sir. — Natychmiastowa odpowiedź była kolejną podnoszącą na duchu oznaką kompetencji oficera. — Dobra, kiedy zaczniemy operację, sir?
— Wkrótce. Sądzi pan, że byłoby lepiej wyruszyć od razu, czy najpierw odpocząć, a dopiero potem wyruszyć?
Mike wyświetlił schemat proponowanej trasy w taki sposób, żeby obaj mogli go zobaczyć.
— A czy będziemy się mogli zatrzymać gdzieś po drodze, sir?
Powinien lepiej orientować się w schematach, ale brak przeszkolenia w zakresie działania systemu wciąż dawał mu się we znaki.
— Chyba tak.
Mike podświetlił kilka możliwych miejsc odpoczynku.
— W takim razie proponuję, żeby wyruszyć jak najszybciej, sir. Żołnierze są podenerwowani i jeśli nie przemieścimy ich na otwartą przestrzeń, zaczną wariować. I tu pojawia się drugi problem.
— Jasne, sierżancie, broń i energia.
Pięćset kilometrów! Siedemdziesiąt dwie godziny! Mówiłem im, żeby używali antymaterii!
— Tak, sir, albo raczej brak broni. Większość z nas nie ma nawet pistoletu.
— Cóż, na razie broń nie jest nam potrzebna, a później coś znajdziemy, niech się pan nie martwi. A co z tą drugą grupą, gdzie oni są?
— Sierżant Brecker dowodzi osiemnastoma ludźmi, sir, w tym dwoma inżynierami. Byli około dwustu metrów dalej, w innym tunelu. Przekopują się teraz do nas.
— Kiedy tu dotrą, rozpoczniemy drugą fazę. Potrzebuję tych inżynierów, ale przydadzą się też wszyscy inni.
— Poruczniku O’Neal — wtrącił się przekaźnik. — Major Pauley może już z panem rozmawiać.
— Dobrze, połącz mnie. Sierżancie, proszę nakazać żołnierzom, którzy nie pracują nad ewakuacją, żeby kopali tunel w stronę sierżanta Breckera i jego ludzi. Muszę porozmawiać z batalionem.
— Tak jest, sir.
W głosie sierżanta wyraźnie zabrzmiała ulga. Zaczął ze swoimi podkomendnymi przekopywać się do drugiej grupy, zadowolony, że misja była jasno określona.
Przekaźnik zaćwierkał na znak rozpoczęcia nowego połączenia.
— Majorze Pauley, mówi porucznik O’Neal.
— O’Neal? Czego chcesz, do cholery?
— Sir, dowodzę obecnie żołnierzami, którzy przeżyli wybuch i są pod Qualtren. Oczekuję rozkazów, sir.
Mike patrzył, jak podoficer prowadzi grupę przez rumowisko. Pierwszy żołnierz w pancerzu, który dotarł do przeciwległego krańca tunelu, chwycił i wyciągnął kawałek gruzu. Sterta natychmiast się osunęła i zapadł się fragment stropu, przysypując w jednej chwili innego żołnierza. Wśród przekleństw na prywatnym kanale Green, wymachując rękami, nakazał grupie pracować z większą ostrożnością.
— A kto, u diabła, dał ci dowództwo? — zapytał stanowczo oficer przez sieć komunikacyjną.
— Kapitan Wright, sir — odpowiedział O’Neal.
Oczekiwał wprawdzie pewnego oporu, ale surowość głosu Pauleya zbiła go z tropu.
— A gdzie jest Wrigth, do cholery?
— Mogę złożyć raport, sir?
— Nie, cholera. Nie chcę twojego przeklętego raportu. Pytam, gdzie jest kapitan Wright.
Oficer dyszał dziwnie, jak podczas obscenicznej rozmowy telefonicznej.
— Kapitan Wright jest nieosiągalny za pomocą dostępnego nam sprzętu, majorze. Powierzył mi dowództwo nad żołnierzami, którzy mogą się poruszać, a sam wprowadził się w stan hibernacji.
— Niech mnie szlag trafi, jeśli pozwolę dowodzić moim wojskiem jakiemuś sierżantowi nie wiadomo skąd — powiedział major łamanym głosem, a jego wypowiedź zakończyła się wysoką, urwaną nutą. — Gdzie, do diabła, jest reszta oficerów?
— Jestem tu jedynym oficerem zdolnym objąć dowództwo, majorze — odpowiedział rozsądnie O’Neal. — Jest tu jeszcze tylko czterech starszych sierżantów i pięciu sierżantów, sir. Tylko ja jestem oficerem.
— Nie mam czasu na twoje wyliczanki — warknął dowódca. — Połącz mnie z innym oficerem.
— Sir, mówiłem już, że nie ma tu innych oficerów.
— Cholera, poruczniku, dawaj mi tu zaraz kapitana Wrighta albo postawię cię przed sądem wojennym!
— Sir — powiedział pobłażliwie Mike.
Zaczął zdawać sobie sprawę, że major Pauley nie najlepiej kontaktuje.
— Sir… — zaczął znowu.
— Cholera, poruczniku, sprowadź mi tu tych żołnierzy, i to już! Potrzebne mi wszystkie oddziały! Nie mam czasu na pieprzenie w bambus. Połącz mnie z kapitanem Wrightem!
— Tak jest, sir. — Mike nie wiedział, co zrobić, ale na początek należało zakończyć tę rozmowę. — Poprowadzę żołnierzy do pańskiej lokacji możliwie najszybciej i przekażę kapitanowi Wrightowi, żeby się z panem skontaktował tak szybko, jak się da.
— Tak jest lepiej. I zwróć mu dowództwo, do cholery. Jak śmiesz uzurpować sobie prawo do wydawania rozkazów, ty mały szczeniaku? Oddam cię za to pod sąd wojenny! Zamelduj się zaraz u mnie!