— Michelle, sam określiłem tę specyfikację, więc jest dobra, podoba mi się. Ale czasem trzeba trochę nagiąć przepisy. Jakie maksymalne ciążenie wytrzymał żołnierz w pancerzu podczas wybuchu oparów pod Qualtren?
— Szeregowy Slettery wytrzymał sześćdziesięciopięciokrotność ziemskiej grawitacji przez pięć mikrosekund i ponad dwudziestokrotność przez trzy sekundy — odpowiedział przekaźnik.
— Więc chyba mogę wytrzymać uderzenie w beton przy mizernej prędkości dziesięciu do piętnastu metrów na sekundę? — zapytał Mike z uśmiechem.
— Mimo wszystko systemy pancerza szeregowca wykazują pewne wewnętrzne uszkodzenia — zaprotestował przekaźnik.
— Czy pancerz nadal działa?
— Ledwo.
— Chyba że tak.
Jej uwagi były dla Mike’a dużą pomocą. Przed tą małą przygodą odbyli razem ponad trzy tysiące godzin ćwiczeń, i O’Neal, pancerz i przekaźnik stali się zgranym zespołem. Dowiódł tego fakt, że Michelle bez wezwania wyświetliła ostrzeżenie, kiedy zbliżali się do miejsca odpoczynku. Ograniczenia programowe uniemożliwiały jej wprawdzie zmianę zaleconych przez Mike’a prędkości rozwijania liny, ale mogła zasygnalizować mu potrzebę ostrego hamowania. Porucznik zastanawiał się czasem, kiedy Michelle rozwinęła taką osobowość. Większość przekaźników, z którymi miał do czynienia, była raczej nudna. Postanowił zrobić na złość Michelle i nie zwolnił aż do ostatniej chwili. Grał przekaźnikowi na nerwach.
Kiedy miejsce postoju pojawiło się w zasięgu wzroku, O’Neal nacisnął kciukiem przycisk ręcznego sterowania dźwigiem. Zatrzymał się dokładnie w chwili, gdy Michelle krzyknęła „Ach, Mike!” — Mam cię — zaśmiał się.
Brak odpowiedzi był zamierzony. Manewr hamowania rzucił Mike’a prawie aż na przeciwległą ścianę rury o przekroju trzech metrów. Poluzował linę jeszcze o kilkadziesiąt centymetrów i spróbował „przelecieć” do otworu, skręcając ciało do pozycji zwanej w nurkowaniu powietrznym „manewrem delta”. Zasadniczo polega ona na utworzeniu z ciała samonaprowadzającej strzały. Niestety zewnętrzna budowa pancerza nie nadawała się do tego manewru, i mimo że Mike’owi udało się doskoczyć do otworu, równie szybko powrócił do punktu wyjścia. Chwycił linę i spróbował odchylić się jeszcze raz, ale pokonał go nurt i geometria ruchu.
Powstrzymał wreszcie obrót szpuli przez włączenie klamer na butach, które były uniwersalnymi chwytakami, przyczepił stopy do przeciwległej ściany i zastanowił się nad swoim położeniem. Musiał przekroczyć trzymetrowy strumień wody, podczas gdy utrudniały mu to wszelkie prawa fizyki. Chwileczkę, w którą stronę działa siła grawitacji? Cóż, jej wektor był prostopadły do kierunku ruchu, więc ciążenie nie stanowiło żadnego wsparcia. Mike poluzował jeszcze trochę linę, aż znalazł się w pozycji prostopadłej do ściany, na której się zaczepił, z twarzą zwróconą w dół strumienia wody. Znowu zapomniał o grawitacji i wyciągnął ręce jak najdalej. Nie mógł dosięgnąć, był o wiele za niski. Co robić, co robić?
Buty pancerza. Uwolnił prawy but, postawił stopę z boku i znowu zacisnął klamrę. Teraz lewy but. Krok. Klamra.
— Poruczniku O’Neal? — zabrzmiał po kilku minutach zaniepokojony głos sierżanta Greena.
— Tak? — sapnął Mike.
— Wszystko w porządku, sir?
— Tak — mruknął Mike.
Walka z prawami fizyki w obecnej sytuacji przypominała wtaczanie buldożera pod górę, a pancerz tylko utrudniał sprawę. Pseudomuskulatura nie była zaprojektowana do poziomego przemieszczania się w poprzek rwącego nurtu. To znowu moja wina.
— Jestem już prawie na miejscu — sapnął. — Proszę przygotować pierwszy zespół.
— Tak jest, sir.
Wspinał się po śliskiej ścianie tunelu. Buty nie ślizgały się, co — jak ustalił Mike — należało przypisać raczej producentom Indowy niż projektodawcy-idiocie. Jednak zaczepienie ich było znacznie trudniejsze. Wreszcie postawił stopy na gzymsie i prawą ręką zapiął klamrę na ścianie w miejscu postoju. Uchwycił klamrę drugą ręką i przeturlał się z sapnięciem na spokojne wody bocznego tunelu.
— Niech będą potępieni wszyscy dyletanci — powiedział chrapliwym głosem, dysząc ciężko. — Michelle, zwiększ stężenie tlenu, zanim wpadnę w panikę.
— Słucham, sir?
— Nic, sierżancie — powiedział Mike, walcząc z pragnieniem zdarcia z siebie pancerza, żeby wziąć prawdziwie głęboki wdech. I wchłonąć wodę do płuc. Zwiększone stężenie tlenu na szczęście zaczynało już zaspokajać głód tlenowy.
— Jestem na miejscu. Proszę sprawdzić zaczepy, a ja zapnę klamrę po tej stronie.
— Tak jest, sir.
— Poślij następnego fraje…ochotnika — powiedział Mike i przypiął koniec liny do stropu.
Poluzował jeszcze kilkadziesiąt centymetrów i przypiął swój kawałek do ściany tunelu.
— Muszę was jednak ostrzec. To nie jest takie proste, jak sądziłem.
— Tak, sir — powiedział sierżant Green ze stłumionym śmiechem. — Powiem panu, że właśnie pozwolił mi pan zarobić pięćdziesiąt dolców. Założyliśmy się pięć do jednego, że się panu nie uda.
— Bardzo przepraszam. To ja zaprojektowałem te systemy i mam do nich całkowite zaufanie. — Chyba we śnie. — Trudny jest tylko ostatni odcinek.
— Ach tak, sir, jak pan uważa.
Dalsza ewakuacja ze strefy całkowitego zniszczenia była czasochłonna, ale dość bezpieczna. W miarę marszu żołnierze odkrywali nowe techniki pokonywania siły nurtu. Musieli zatrzymywać się przed nielicznymi zakrętami i przechodzić na drugą stronę tunelu. Po kolejnych trzech godzinach dotarli do pompowni w suterenie innego megawieżowca, cztery kilometry od Qualtren.
Mike upewnił się, że w okolicy nie ma Posleenów, postawił przekaźnik na straży i nakazał żołnierzom odpoczynek. On jednak musiał czuwać. Problem polegał na tym, że mimo iż O’Neal miał około pięćdziesięciu podkomendnych, nie było praktycznie żadnej broni. Ich zewnętrze uzbrojenie zostało oderwane od pancerzy podczas wybuchu i tylko kilku żołnierzy zachowało sprawne pistolety. Na szczęście wszyscy posiadali kilka tysięcy pocisków, które używały antymaterii jako źródła energii, więc z pewnością mogły się na coś przydać. Najpierw jednak Mike musiał zorientować się w ogólnej sytuacji…
Czuł się zbyt zmęczony, żeby używać systemów sterowanych głosem, więc przywołał wirtualny pulpit. Najpierw sprawdził ogólny stan bitwy. Tym razem schemat przedstawiał dużo gorszą sytuację. Masa Posleenów miała już kontakt z drugą zieloną kreską. Linia obrony, z dala od której zmechanizowane jednostki miały utrzymać Posleenów przez dwadzieścia cztery godziny, została przekroczona już po dwunastu.
Resztki jednostek zmechanizowanych zostały zepchnięte na wybrzeże plecami do morza i wzięte w kleszcze.
Mike wyświetlił schemat innego miejsca na polu bitwy i patrzył, jak obwód zawęża się, miga i znika. Osiem godzin.
A przecież projekt operacyjny zakładał utrzymanie pozycji przez osiemnaście do dwudziestu czterech godzin.
Mike zlokalizował niedobitków trzysta dwudziestego piątego pułku w rezerwie głównej linii obrony. Tylko jednostka pancerzy wspomaganych zdołała wycofać się wystarczająco szybko, żeby uniknąć okrążenia. Nie zawracał sobie głowy ustaleniem swoich bezpośrednich przełożonych. Założył, że major Pauley stracił dowództwo, co oznaczało, że dowodził nim teraz major Norton. Z punktu widzenia Mike’a sytuacja wcale się nie poprawiła. Z mapy wynikało, że amerykańska jednostka połączyła się z niemiecką.
Zakreślił okrąg wokół jednostek pancernych składających się głównie z Francuzów, Niemców i Anglików.