Выбрать главу

Tymczasem Mike zebrał wokół siebie podoficerów i wstępnie ustalił kolejność marszu. Inżynierowie okazali się nagle niezbędni dla powodzenia misji. Przemieszczali się prawie tak samo szybko jak piechota, którą wspierali, mimo że ich pancerze były tak obciążone sprzętem, że wyglądali jak chodzące kiście winogron. Większość sprzętu stanowiły ładunki wybuchowe i zapalniki. Mimo że istniała cała masa sposobów, żeby detonować ładunek wybuchowy, najlepsze z nich były chwilowo niedostępne. Więc zamiast zabrać tylko materiały wybuchowe i zapalniki, żołnierze postanowili spróbować czegoś innego. Rzeczywiście mieli przy sobie dwadzieścia kilogramów C-9, z czego część zużyli podczas kopania tuneli, ale była to tylko drobna część ich bagażu.

Magazyn pancerza dzielił się na przegrody, z których każdą przeznaczono na odpowiedni rodzaj materiałów wybuchowych. Teraz żołnierze otworzyli przegrody i zaczęli rozdawać podtrzymujące na duchu pakunki. Każdy wziął po pięćdziesiąt ładunków i zapalników. Zapalniki były dość inteligentnymi urządzeniami, które można było zaprogramować do wysadzenia ładunku o odpowiedniej porze lub po otrzymaniu sygnału. Dodatkowo pluton rozdzielił między siebie zapasy C-9, tak żeby każdy miał przy sobie co najmniej pół kilograma; to powinno wystarczyć na ich potrzeby.

Najwięcej problemów sprawiał fakt, że do strefy oblężenia trzeba było dojść po powierzchni planety. Nie starczyłoby im czasu, żeby przemieszczać się systemem wodociągowym. Mike miał pewien plan, ale czuł, że spotka się z ostrym sprzeciwem, kiedy zdradzi go żołnierzom. Morale żołnierzy Mike’a wzrosło jednak, kiedy przeprowadził ich przez pierwsze zakole tunelu, a szczególnie kiedy znaleźli się na względnie bezpiecznym terenie.

Teraz musieli znowu wejść w ogień walki, ale gotowi byli, tak jak to czynią żołnierze od niepamiętnych czasów, wykonać każdy jego rozkaz i pójść za nim jak w dym.

31

Fort Indiantown Gap, Pensylwania, Sol III
02:43, 5 sierpnia 2002

— Sierżancie — powiedział cierpliwie Pappas — miałem długi, cholerny dzień. I nie jestem, kurwa, w najlepszym nastroju, żeby wysłuchiwać tych dupereli. Mam tu pluton i muszę go gdzieś umieścić, do cholery. Potrzebny mi środek transportu i kwatery. Nie potrzebuję natomiast waszego pieprzenia.

Pappas cieszył się, że kompania ma swojego zarządcę koszar. Podoficer miał na sobie tylko połowę munduru, bo najwyraźniej spał, kiedy znalazł go Adams, i był potwornie upierdliwy, ale Pappas i tak się cieszył. Żeby jeszcze tylko udało mu się choć w niewielkim stopniu przywrócić zarządcy poczucie rzeczywistości.

— Przykro mi, sierżancie — upierał się otyły podoficer, wymachując kopią rozkazów, którą wręczył mu Pappas. — To nie wystarczy, żebym wpuścił pańskich ludzi do koszar. Rozkazy mogą być sfałszowane.

Spojrzał na grupkę żołnierzy czekających w ciemności.

Rozmowa odbywała się w snopie światła dużej latarni wiszącej nad drzwiami jednego z baraków. Każdy barak mieścił pluton. Kompania potrzebowała pięciu baraków. Pięć rejonów kompanii tworzyło z kolei teren batalionu z kwaterą z jednej strony i barakami dla starszych podoficerów z drugiej. Bataliony były pooddzielane od siebie ulicami i placami apelowymi. Brak oświetlenia sprawiał, że wszystko wyglądało jak jeden wielki labirynt budynków.

Pappas spurpurowiał ze złości. Z trudem się powstrzymał przed złajaniem tego durnego palanta.

— Zdajecie sobie, mam nadzieję, sprawę — powiedział niebezpiecznie cicho — że macie do czynienia z waszym nowym pierwszym sierżantem?

Groźba nie zrobiła jednak żadnego wrażenia.

— Cóż — powiedział nonszalancko podoficer — musimy najpierw sprawdzić, co powie na to pierwszy sierżant Morales.

Pappas wyglądał na niepocieszonego.

— Jest tu jeszcze jeden pierwszy sierżant? — zapytał.

Nie zgadzało się to z informacją, jakiej mu udzielono, ale w Indiantown Gap nic nie odpowiadało warunkom, o których czytał w raporcie.

— Cóż — powiedział zarządca z lekko wzburzonym wyrazem twarzy — sierżant Morales jest starszym sierżantem — przyznał. — Ale pełni funkcję pierwszego sierżanta tej kompanii — zakończył z przekonaniem.

Pappas popatrzył na sierżanta przez chwilę, a potem palnął się w czoło. Co oni tu zrobili? Otworzyli dom wariatów czy co? pomyślał. Pochylił się w stronę podoficera.

— Spójrzcie no dokładnie tutaj — powiedział i wskazał na ramię. — A teraz policzcie te belki! Ile ich jest?

— Trzy — powiedział podoficer bez cienia wcześniejszej pewności siebie.

— A ile ma ich Morales?

— Dwie.

— Wiesz, co to znaczy, ty pieprzony szczylu? — nie wytrzymał Pappas.

Odwrócił się i spojrzał podoficerowi prosto w oczy.

Usta sierżanta rozciągnęły się w nerwowym grymasie, a w oczach stanęły mu łzy.

Pappas otworzył szeroko oczy.

— Czyżbyś zaczynał płakać? — zapytał z niedowierzaniem.

Po twarzy zarządcy spłynęła łza i podoficer zaszlochał.

Pappas cofnął się i wniósł oczy ku niebu.

— Boże święty, dlaczego ja? — zapytał. — Gdzie jest, kurwa, podoficer sztabowy? — rzucił.

— Nie wiem, kto to jest — powiedział pucołowaty sierżant.

— Jak, do diabła, sierżant może nie wiedzieć, kto to jest podoficer sztabowy batalionu? — zapytał Pappas.

I nagle uderzyła go pewna myśl.

— Od jak dawna jesteś sierżantem? — spytał.

— Miesiąc.

Sierżant nadal chlipał, ale nie ciekły mu już łzy.

Pappas potrząsnął głową i kontynuował przesłuchanie.

— Czy to jest twoja pierwsza jednostka?

Sierżant przytaknął bez słowa.

— Od jak dawna tu jesteś?

— Od kwietnia.

— Kwietnia! Jesteś w pieprzonej flocie od pół roku i już zostałeś sierżantem?!

— Szczególne okoliczności, sierżancie — powiedział głos w ciemnościach.

Wysoki żołnierz stanął w snopie żółtego światła.

— Lepiej się nie mieszaj, Lewis — syknął zarządca. — Albo wiesz, co się stanie.

— Zamknij się — powiedział Pappas. — Jak jeszcze raz będę chciał usłyszeć od ciebie takie gówno, ścisnę ci łeb, aż samo wypłynie.

Przyjrzał się przybyszowi w żółtym świetle. Jego szary jedwabny uniform był zadbany i wyprasowany, a żołnierz miał starannie ułożone włosy. Nosił oznaczenie rangi młodszego podoficera, ale było jasne, że na mundurze jeszcze niedawno widniały belki sierżanta.

— Jakie szczególne okoliczności? — zapytał i spojrzał na pulchnego podoficera. — No bo… — wskazał na delikwenta.

— W kompanii brakuje obecnie starszych podoficerów — odpowiedział kwaśno przybysz. — Kurde, nie brakuje nam chyba tylko kłopotów.

— Przywiozłem nowych żołnierzy do kompanii — powiedział Pappas i całkowicie zignorował bezużytecznego zarządcę. — Potrzebne mi kwatery.

— Nie może pan tu ich umieścić — powiedział z uporem zarządca.

Pappas w końcu stracił cierpliwość. Wyciągnął rękę i chwycił otyłego sierżanta za kołnierz. Uderzył nim o drzwi baraku i podniósł go do góry, tak że znaleźli się twarzą w twarz.

— Wyjaśnię ci to jeszcze raz — powiedział lodowatym głosem. — Jeśli usłyszę od ciebie jeszcze choć jedno słowo, które nie będzie odpowiedzią na bezpośrednie pytanie, osobiście zerżnę ci tyłek. Zro-zu-mia-no?