— Atakujemy, sir. Nie mamy wyjścia.
— Rozumiem. Sierżancie Duncan? Druga drużyna.
— Dlaczego po prostu nie pójdziemy tam, gdzie jest ciężka maszyneria, poruczniku? — zapytał Duncan.
— Zabierze nam to około godziny przy naszej obecnej prędkości. Za bardzo zboczylibyśmy z trasy.
Mike poczuł, że po raz pierwszy może prowadzić dialog ze swoimi podoficerami. Dużo się uczył z ich odpowiedzi.
— A więc jaka decyzja?
— Atakujemy.
Odpowiedź była szybka i niemal entuzjastyczna.
— Sierżancie Wiznowski?
— Wybijmy ich do nogi, sir — powiedział Wiz z nietypową u niego drapieżnością. — Nie wydaje mi się, żebyśmy mieli wybór, a mam ochotę skopać kilka tyłków.
Zawtórował mu stłumiony pomruk w sieci komunikacyjnej plutonu.
— Sierżancie Green?
— Na nich, sir.
— Dobra. Cieszę się, że podzieliliście się ze mną swoim zdaniem. Idziemy po energię. A teraz, kto ma prawdziwe doświadczenie w walce na noże, wrestlingu i poważnej sztuce wojennej? Czyli czy ktoś wygrał jakieś walki oprócz bójek w barze? Potrzebuję kogoś, kto potwierdzi tę informację, nie wystarczy mi wasze słowo. Dowódcy drużyn, zbierzcie tę informację od żołnierzy. Macie trzy minuty.
Patrzył z zadowoleniem, jak drużyny dzielą się na gestykulujące grupki. Z ruchów rąk zgadywał, że żołnierze bronili swoich umiejętności bojowych, ale kiedy przełączył się na zewnętrzne systemy dźwiękowe, jeden z żołnierzy trzepnął go niechcący pięścią w rękę i rozległ się odgłos uderzenia.
— Druga drużyna! Cisza! — warknął sierżant Green, zanim O’Neal zdążył cokolwiek powiedzieć.
— Przepraszam za to, sierżancie — powiedział sierżant Duncan.
Dopiero wtedy Mike zorientował się, kto narobił hałasu. Wydał polecenie Michelle, żeby przy każdym żołnierzu pojawiało się oznaczenie nazwiska, kiedy tylko Mike spojrzy w tym kierunku. Los pięćdziesięciu ośmiu istnień ludzkich zależał od jego właściwych decyzji, a on znał z nazwiska tylko sześciu, może siedmiu żołnierzy. Zostały dwie minuty. Dość czasu, żeby skontaktować się z górą.
— Michelle, spróbuj połączyć się z generałem Housemanem.
— Połączyłam się z kwaterą główną — powiedziała po chwili. — Generał Houseman już idzie.
— Dobra, dziękuję.
— Nie ma za co.
— O’Neal, jak wygląda sytuacja? — zapytał wprost generał.
— Oczywiście kończy nam się moc, generale. Musimy zboczyć nieco z trasy, żeby naładować pancerze. Za około godzinę wrócimy na kurs. Na pewno będziemy przemieszczać się szybciej, kiedy będzie więcej energii.
— W porządku, niech będzie. Jak zamierzasz uzyskać energię?
Mike powiedział mu.
— Jesteś pieprznięty, O’Neal — zaśmiał się ponuro oficer. — Uda się?
— Nie ma powodu, żeby się nie udało, sir. Nie potrafię przewidzieć siły oporu Posleenów, ale powinniśmy ten opór stłumić. Martwię się tylko posiłkami. Są jakieś szanse?
— Wyślę wahadłowce, kiedy będziecie gotowi na spotkanie. Zaznaczam jednak, że nie wszystkie do was dotrą.
Wszechwładcy mogą wystrzelać wahadłowce z broni swoich pojazdów jak kaczki.
— Bardziej potrzebna mi broń niż ludzie, sir. Proszę nie wysyłać żołnierzy.
— Miałem nadzieję, że to powiesz — powiedział z ulgą generał. — Nie wiem, czy cofnąłbym wsparcie, ale im więcej o tym myślę, tym mniej mi się to podoba.
— Proszę po prostu załadować wahadłowce amunicją, karabinami, granatnikami i bateriami do pancerzy, i pozwolić nam zająć się resztą. Proszę wysłać wahadłowce na zdalnym sterowaniu.
— Tak właśnie zrobimy. Zawiadom mnie, jak już się spotkacie.
— Tak jest, sir.
— Koniec.
— Dobra, żołnierze — ciągnął Mike, a Michelle automatycznie przełączyła go z powrotem na kanał komunikacyjny plutonu — kim są szczęśliwi zwycięzcy Gwiezdnej Loterii Diess? Druga drużyna?
— Tylko ja — powiedział sierżant Duncan.
— Chyba nie przypominam sobie twoich wyczynów — zaśmiał się Mike. — Ale pamiętam, że dziesięć lat temu miałeś cios jak kopnięcie muła. Cieszę się, że jesteś ze mną. Dalej. Pierwsza drużyna?
— Lyle, Knudsen i Moore, sir — powiedział sierżant Kerr.
— Brzmi jak nazwa kancelarii prawniczej w Minneapolis.
— Tak, sir — zaśmiał się sierżant Kerr. — Cóż, Lyle i Knudsen znają kung-fu. Widziałem kiedyś kilka ich turniejów. Są dobrzy. A Moore… — Wskazał na wyjątkowo duży pancerz wspomagany obok siebie, a usłużny przekaźnik wyświetlił: „Specjalista czwartego stopnia Moore, Adumpaya”.
— … był chyba największy w swojej klasie — dokończył O’Neal.
— Grałem też w piłkę, sierżancie. Poradzę sobie — zabrzmiał aksamitny bas.
— Jasne. Trzecia?
— Cóż, sir — powiedział sierżant Brecker. — Nikt z nas właściwie nie spełnia kryteriów, ale ja się zgłaszam.
Uprawiałem wrestling w szkole średniej i jestem pewien, że też sobie poradzę.
— Zgadzam się, ktoś musi reprezentować pańską drużynę. Zwiadowcy?
— Ja pójdę, sir — powiedział sierżant Wiznowski. — Nic mnie nie powstrzyma.
Mike sprawdził stan energii zespołu i wyraził zgodę; wszyscy świecili na żółto, ale żaden nie zbliżał się jeszcze to poziomu krytycznego.
— Dobra, oto plan — powiedział Mike i polecił wyświetlić wszystkim członkom plutonu mapę. — Zwiadowcy pójdą do pomieszczenia leżącego dwa sektory od elektrowni — powiedział i podświetlił odpowiedni obszar.
— Pomiędzy tym pomieszczeniem a elektrownią jest korytarz w prawo, a potem dziesięć metrów na lewo.
Sprawdzamy korytarz i idziemy do drzwi elektrowni, a reszta plutonu zostaje tutaj. Kolejność marszu jest następująca: Wiz, Moore, ja, Lyle, Knudsen, Duncan, Brecker — ciągnął.
— Wiz, zabezpieczasz korytarz. Czujniki budynku wskazują, że drzwi są zablokowane. Moore, wyważasz drzwi i na ziemię. Ja wchodzę i strzelam do wszystkiego, co się rusza, potem idą Lyle, Knudsen i Duncan. Wchodzi Moore. Brecker, pilnujesz drzwi. Przesyłam wektory marszu do waszych systemów. Posleeni usunęli albo zniszczyli czujniki w środku, więc nie wiemy dokładnie, gdzie są. Jeśli któryś z was zostanie unieszkodliwiony, wektory automatycznie się zmienią. Wprowadzimy resztę plutonu na mój rozkaz. Wtedy wyznaczę ochronę korytarza. Pytania?
— Ilu jest Posleenów w całym rejonie elektrowni? — zapytał Duncan.
— Około trzydziestu — powiedział Mike.
— Trzydziestu? — zatkało Duncana. — I tylko siedmiu z nas?
— Tak — powiedział Mike. — Ekstra, co?
— Sir…
— Wystarczy, sierżancie. Nie pora na dyskusje. W każdej chwili można zrezygnować z udziału w akcji.
Członkostwo w zespole szturmowym jest całkowicie dobrowolne.
Mike zaczekał na odpowiedź.
— Niech będzie — powiedział Duncan po kilku chwilach zastanowienia. — Mimo wszystko jednak nie wydaje mi się, żeby nam się udało, poruczniku.
— Przyjąłem. Jeszcze jakieś pytania?
Nie było.
— Zwiadowcy naprzód.
Marsz do korytarza za elektrownią udał się, ale za ostatnim rogiem pojawiła się przeszkoda.
— Jest wartownik — szepnął sierżant Wiznowski.
— No to koniec — szepnął Duncan.
— To jeszcze nie jest koniec, sierżancie Duncan. Wziąłem to pod uwagę. Dobra, reszta z was siada na tyłku i nie odzywa się. Po cichu ustawić się.