Mike ustawił kompensatory i ruszył w stronę drzwi. Na szczęście ryk reaktora termonuklearnego w odległym pomieszczeniu częściowo zagłuszał ich kroki. Mike przez chwilę przyglądał się drzwiom, żeby upewnić się, czy łatwo je będzie otworzyć, i uchylił schowek na brzuchu. Wyciągnął rozładowany kryształ, który podał mu wcześniej żołnierz, i podrzucił w powietrzu, żeby go lepiej złapać.
— Michelle, siatka celownicza. Lewe ramię na automatyczne sterowanie, celowanie wizyjne. Gwałtownie otworzył drzwi, wszedł w korytarz i spojrzał na posleeńskiego wojownika, który bronił dostępu do elektrowni.
— Ognia.
Pseudomuskulatura pancerza uniosła lewe ramię do pionu i cisnęła jednokilogramowy kryształ z prędkością dwustu metrów na sekundę w czoło Posleena. Centaur runął jak skała, która go trafiła.
— Naprzód.
Wiznowski minął Mike’a jak duch i przywarł do ściany za Moorem. Kiedy Moore dotarł do drzwi, porucznik sprawdził, czy wszyscy są na miejscu, zatrzymał się, wyciągnął lewą ręką rozwidlony miecz martwego posleeńskiego wartownika i dał sygnał.
— Teraz.
Moore cofnął się o pół kroku, wyważył drzwi i przywarł do ziemi; siła bezwładności pchnęła go ponad metr w głąb pomieszczenia. Mike ucieszył się, że nie wtargnęli wśród burzy ognia, kiedy zorientował się, że patrzy na główny system chłodniczy reaktora.
— Żadnych granatów — warknął, kiedy dostrzegł Posleenów.
Kiedy się zbliżyli, przekaźnik wystrzelił po łukowatym torze pocisk z miotacza. Pociski były trzymilimetrowymi szpikulcami z oczyszczonego uranu. Osiągały cel z prędkością ponad stu metrów na sekundę i śmiercionośną precyzją.
W pomieszczeniu było siedmiu Posleenów, stojących równo w szeregu, oprócz jednego, który znajdował się dokładnie naprzeciw Mike’a i był zasłonięty przez sprzęt. Pięciu z nich zajmowało się głównym pulpitem sterowniczym systemów chłodzenia. Posleen z lewej strony dopiero niedawno wszedł do środka, a ten na wprost właśnie przechodził z prawej strony na lewą. On też stał się pierwszym celem. Kula z oczyszczonego uranu w kształcie kropli łzy ważyła tylko sześćdziesiąt gramów, ale przecinała powietrze z prędkością pocisku z czterdziestki piątki i trafiała w cel z dokładnością do milimetra.
Pocisk zatopił się w krokodylej głowie Posleena tuż u nasady pyska. Przebił jeszcze górną część kręgosłupa i utkwił w tylnej części czaszki. Z karku centaura bluzgnęła żółta krew i Posleen runął na ziemię, martwy jak żaba laboratoryjna z przeciętym rdzeniem kręgowym. Żołnierze podobnie skutecznie wyeliminowali trzech Posleenów przy pulpicie sterowniczym, zabijając ich wszystkich, jeszcze zanim pierwszy zwalił się na ziemię. Ale Posleen, który niedawno wszedł do pomieszczenia, był doświadczonym wojownikiem z dobrze wyrobionymi odruchami i nowoczesną bronią.
Mike stęknął, kiedy trzymilimetrowa kula przeszła na wylot przez jego lewą nogę, i natychmiast wypalił na oślep w stronę Posleena. Stwór uniknął trafienia, nurkując za zasłonę pulpitu. Mike unieszkodliwił ostatniego widocznego wojownika, odskoczył na lewo i wyciągnął pistolet. Wykonał rzut strzelecki, zamieniając w rękach pistolet i miecz, i nadal miał nadzieję, że uda mu się nie narobić hałasu i jednocześnie nie stracić za dużo energii. Nie był jednak pewien, czy miało to jakiś sens; wysoki świst kul karabinu zapewne rozniósł się już po całym budynku.
Nagle Posleen wyłonił się kilka metrów od miejsca, gdzie się ukrył, i trzymilimetrowe kule karabinowe zadudniły na ciężkim pancerzu Mike’a i cisnęły go w tył. Mike odwrócił się gwałtownie, pchnięty impetem pocisków, i wypuścił miecz z ręki. Zwężające się do grubości kilku atomów ostrze ze świstem przecięło powietrze i utkwiło w piersi Posleena. Centaur zacharczał, upuścił karabin i upadł na wszystkie cztery kolana, plując żółtą krwią.
Mike wyrwał ostrze, kopnął karabin i dla pewności odciął Posleenowi głowę. Rozejrzał się po pomieszczeniu, ale wszyscy Posleeni już nie żyli, a zespół szturmowy ustawiał się w szyku. Teraz musiał już tylko wrócić na swój wektor ruchu.
Mike sam ułożył plan zabezpieczenia zewnętrznego skrzydła pilnowanego obszaru. Przypuszczał, że zorganizowany kontratak nadejdzie właśnie z tej strony, i wolał sam się nim zająć.
Ruszył chwiejnie, ale biomechaniczne procesy naprawcze pancerza były już w toku. Automatyczny lekarz wykonał miejscowe znieczulenie i potraktował ranę szybko działającymi środkami medycznymi, antybiotykami i tlenem. Wewnętrzna skóra pancerza zalepiła dziurę po kuli, żeby ograniczyć wypływ krwi, i zaczęła przetwarzać wydzieliny na powietrze i żywność. Jednocześnie mikrosystemy naprawcze zajęły się uzupełnianiem ubytków zewnętrznego pancerza, kładąc miliony łatek wielkości kilku atomów. W odpowiednim czasie i przy wystarczającej ilości energii i materiałów system samonaprawczy mógł usunąć nawet największe uszkodzenie.
Kiedy O’Neal lepiej zorientował się w wielkości kompleksu, polecił plutonowi przemieścić się do pomieszczenia chłodniczego i nakazał sierżantowi Breckerowi rozejrzeć się za oddziałami wroga. Jeszcze trzy razy natknął się na Posleenów, ale za każdym razem był to tylko jeden centaur i nie miał ciężkiej broni. Wojownicy posleeńscy walczyli przebiegle, ale ich ataki zawsze kończyły się niepowodzeniem, bo jednomilimetrowe kule z karabinów i strzelb odbijały się od pancerzy z dźwiękiem kropli deszczu na blaszanym dachu. Był tylko jeden dobrze uzbrojony wojownik, a ten został unieszkodliwiony przez sierżantów Wiznowskiego i Duncana. Wśród Ziemian nie było ofiar.
Pod koniec przeczesywania terenu Mike poczuł się wyczerpany napięciem walki. Cofnął się chwiejnie do pomieszczenia chłodniczego, gdzie inżynierowie szczęśliwie podłączali żołnierzy do obwodów energetycznych.
Dołączył do nich i osunął się na jedno z malutkich krzeseł Indowy.
— Jak nam idzie, sierżancie Green? — wydyszał.
Nie potrafił zrozumieć, dlaczego, do diabła, był tak wyczerpany pomimo zażycia specyfiku Provigil-C. Brał już udział w ćwiczeniach polowych cięższych i dłuższych niż te ich dotychczasowe zmagania. Spędził siedemdziesiąt dwie godziny na wirtualnych walkach i pod koniec był świeży jak skowronek. Teraz miał wrażenie, jakby w ogóle nie zażył Provigilu. Czułby się lepiej, gdyby zaaplikował sobie wcześniej amfetaminę.
— Zostało jeszcze tylko trzech członków zespołu, których pancerze trzeba naładować. — W głosie sierżanta też wyraźnie brzmiało zmęczenie. — Znaleźliśmy magazyn kryształów energetycznych i każdy dostał co najmniej po jednym. Spóźniamy się o dwanaście minut w stosunku do planu, nawet tego poprawionego. Nie ma ofiar w zespole szturmowym ani w całym plutonie i pozbieraliśmy broń Posleenów. Ale, sir, żołnierze są cholernie zmęczeni mimo zażycia tego specyfiku do budzenia zmarłych. Musimy odpocząć.
— To jest ostatni postój, sierżancie — stwierdził O’Neal.
Oczy zaczęły mu się zamykać i wziął głęboki wdech. Ten cholerny specyfik miał działać przez dziesięć godzin! — pomyślał.
— Musimy wykonać misję. Ruszamy po naładowaniu ostatniego pancerza.
— Sir, chyba powinien to pan przedyskutować z górą. Żołnierze są wyczerpani. Proszę tylko na nich spojrzeć — powiódł ręką po pokładających się pod ścianami pancerzach. — Chce pan ich zabrać na wojnę? Potrzebują co najmniej godziny snu. Kiedy pytał pan pod Qualtren, czy mamy odpocząć, czy wyruszyć od razu, dał pan do zrozumienia, że jeszcze będzie czas odpocząć później.
— Nie mamy kilku godzin, sierżancie, i nie ma czasu na kłótnie. Niech żołnierze ruszają.
— Raczej nie dadzą rady, sir.