Выбрать главу

— Mówi pan, że raczej tego nie zrobią?

— Tak, sir.

— Jakieś sugestie?

— Nie, sir, nie wiem, co z tym zrobić.

— A czy pan pójdzie?

— Ja… tak, sir, ja tak, ale ja jestem profesjonalnym podoficerem. Poszedłbym gasić piekło z wiadrem wody, gdybym otrzymał taki rozkaz. Ci żołnierze widzieli jednak, jak pada ich cały batalion, i ich morale jest bardzo niskie.

Raczej nie pójdą. Chyba nie mają aż tak silnej motywacji.

— O, wy małej wiary. Zebranie plutonu. Żołnierze, słuchajcie. Umawiamy się tak. Pokaż schemat…

Michelle wyświetliła schemat u wszystkich, z wyjątkiem członków zespołu szturmowego, którzy nadal wracali jeszcze do pomieszczenia chłodniczego.

— To jest mapa terenu — powiedział Mike i podświetlił część punktów orientacyjnych, które żołnierze mogliby rozpoznać. — Widzicie tę niebieską plamę? Michelle, podświetl. To niedobitki wojsk pancernych NATO. Są w okrążeniu. Mamy ich uwolnić.

Rozległ się wyraźny pomruk niedowierzania.

— Nie zostało im wiele czasu, więc musimy się tam dostać szybko. Sposób, w jaki to zrobimy, jest niekonwencjonalny. Zauważyliście, że te budynki są blisko siebie? A wszystkie dachy są na jednym poziomie?

Budynki są więc identyczne i znajdują się na tyle blisko siebie, że żołnierz w pancerzu może przeskoczyć z jednego na drugi. I to właśnie zrobimy.

— Wejdziemy na dach i dotrzemy do celu dwa razy szybciej, skacząc między budynkami. Potem zaminujemy te wszystkie cholerne budynki wkoło i zwalimy je na Posleenów. Po drodze obiecano mi dostawę broni i amunicji — ciągnął w odpowiedzi na ponurą ciszę — i skorzystamy z tego wsparcia. To proste. Rozumiecie?

Sierżant Wiznowski, ostatni z zespołu, siadał właśnie, żeby naładować pancerz. Cisza.

— Pytałem, czy rozumiecie?

— Tak.

— Jasne.

— Tak, sir.

Mike rozejrzał się po zebranych żołnierzach. Ich pochylone postacie jasno dowodziły wyczerpania.

— Pytałem, czy rozumiecie — powiedział, przystawił palec do hełmu i wykonał ruch, jakby chciał sobie przeczyścić ucho.

Michelle uczynnie przesłała przez sieć dźwięk zgrzytania.

— Nie sły-szę.

— Tak jest, sir!

Teraz ton był dla odmiany gniewny, co zdaniem Mike’a pokonało zmęczenie i ospałość. Należało zatem skierować gniew przeciw komuś innemu.

— Do tej chwili wróg walił nas w dupę — stwierdził. — Nie odpowiada mi to, z całym szacunkiem dla naszych seksualnie tolerancyjnych polityków. Ale jakakolwiek jest wasza orientacja seksualna, nie wydaje mi się również, żeby wam odpowiadało, kiedy wali się was w dupę.

— Osobiście jednak coś wam obiecam — ciągnął złowrogim szeptem — a na wypadek, gdybyście nie zauważyli: może i jestem palantem, ale potrafię doprowadzić sprawy do końca. I dotrzymuję obietnic.

A obiecuję wam, że nasza operacja wyjdzie Posleenom nie tylko uszami, ale i tyłkiem. I to wam, kurwa, gwarantuję. Nie obiecuję jednak, że któryś z was będzie w pobliżu, żeby móc to zobaczyć. Tego nie ma w umowie — syknął.

— Ale żeby to zrobić, musimy stanąć na nogi i iść tańczyć z diabłem. Możemy prowadzić my albo diabeł. Ale wykonamy ten cholerny taniec, zrozumiano? — wyszeptał.

— Tak, sir.

— Cholera jasna, przestańcie odpowiadać jak garstka pieprzonych fryzjerów! — krzyknął.

— Tak jest, sir!

— Co będziemy robić?

— Walczyć!

— Damy sobie skopać tyłek czy my skopiemy tyłek?

— Będziemy tańczyć, sir — powiedział Wiznowski i odłączył się od systemu zasilania.

— Będziemy tańczyć. Dobra, co będziemy robić?

— Będziemy tańczyć, sir.

— Cholera…

— BĘDZIEMY TAŃCZYĆ, SIR! — wrzasnęli.

— Z KIM BĘDZIEMY TAŃCZYĆ?

— Z DIABŁEM!

— BĘDZIE PROWADZIŁ DIABEŁ CZY MY?

— MY BĘDZIEMY PROWADZIĆ!

— WŁAŚNIE TAK, CHOLERA! ZWIADOWCY NAPRZÓD!

33

Fort Indiantown Gap, Pensylwania, Sol III
03:05, 5 sierpnia 2002

Kwatery oficerów i podoficerów znajdowały się na skraju terenu batalionu, naprzeciwko kwatery głównej.

Baraki nie różniły się od tych, w których mieszkali żołnierze. Po prostu zajmowało je mniej osób. Starsi sierżanci i niżsi stopniem podoficerowie oraz dowódcy drużyny w randze sierżanta byli zakwaterowani razem z ich podkomendnymi. Sierżanci plutonów, podoficerowie batalionu, pierwsi sierżanci i starsi podoficerowie mieszkali po jednej stronie terenu, a dowódcy plutonu i kompanii oraz sztab batalionu po drugiej. Te dwie grupy oddzielał mały czworokątny plac. Dowódca batalionu miał swój własny barak na samym końcu placu.

Intencją takiego rozmieszczenia było zmuszenie dowódcy batalionu i jego sztabu do przejścia przez cały teren w drodze do kwatery głównej i przeprowadzenia w ten sposób pobieżnej inspekcji batalionu.

Niestety nie było dowódcy batalionu, a sztab również nie był liczny. Większość kwater świeciła pustkami. Po całym rejonie przewalały się śmiecie, a przeważająca część baraków była zniszczona; zdewastowano nawet część jednego z nich w sektorze podoficerskim.

Lewis poprowadził towarzyszy przez plac w głąb labiryntu baraków. Pappas zauważył ostrożne poruszenie na skraju rejonu. Bezpośrednio potem grupka szabrowników wybiegła z jednego z baraków i pognała w mrok nocy.

Wszyscy w bazie zdawali się zbiorowiskiem padlinożerców rozszarpujących ciało martwej bestii.

Lewis dotarł w końcu do baraku, który nie wyróżniał się niczym spośród pozostałych. Wszedł po chwiejnych schodkach, zapukał do drzwi i cofnął się. Chwilę później wewnątrz baraku rozległ się odgłos szurania. Poruszyła się zasłona okienna, kiedy ktoś sprawdzał, kim byli przybysze, i zapaliło się światło nad schodkami.

Drzwi otworzył wysoki, przedwcześnie łysiejący mężczyzna z pistoletem kalibier .45 w ręku. Spojrzał na Pappasa, potem na Lewisa i zarządcę koszar stojącego między dwoma krępymi szeregowcami, i uniósł brew.

— Tak? — zapytał sucho.

Pappas zasalutował.

— Porucznik Arnold?

Oficer obejrzał Pappasa od stóp do głów i powiódł wzrokiem po jego drużynie, zanim odpowiedział.

— Tak.

Odpowiedział na salutowanie i zezwolił tym samym Pappasowi na opuszczenie ręki.

— Jestem pańskim nowym pierwszym sierżantem, sir. Sierż… Starszy sierżant Ernest Pappas melduje się z grupą czterdziestu żołnierzy.

Pappas nie był pewien, co go tak zaintrygowało w tej postaci we drzwiach. Oficer nie wyglądał ani na potężnego, ani nawet na szczególnie wysportowanego, ale otaczała go aura charyzmy. Był starszy niż zwykle pierwszy porucznik i nie otrzymał jeszcze awansu; to był częściowy powód. Jego jasnobrązowe oczy patrzyły też z wyrazem pełnej humoru mądrości i życzliwości. Zważywszy na niewątpliwie katastrofalną kondycję kompanii, trudno było uwierzyć, że ten oficer jest jej czynnym dowódcą.

Porucznik jeszcze przez chwilę przyglądał się Pappasowi, zanim na jego twarzy zagościł szeroki uśmiech.

— Samoańczyk? — zapytał z nutką radości w głosie.

Była to ostatnia rzecz, jaką Pappas spodziewał się usłyszeć z ust porucznika, więc po prostu skinął głową.

— Próbuje mi pan powiedzieć — zapytał oficer i zaczął trząść się ze śmiechu — że Departament Matki Boskiej Przenajświętszej — ciągnął, najwyraźniej z trudem powstrzymując rechot — uznał za stosowne… — urwał i w końcu wybuchł gromkim śmiechem.