— Jeśli zostaniemy zaatakowani przez Posleenów, niech ci, którzy mają broń, odpowiedzą ogniem. Skopcie im dupę, nie cackajcie się z nimi. Strzelajcie do nich ze wszystkiego, co macie, i rozwalcie skurwieli. Nie chcemy, żeby nas zatrzymano na dachach bez broni — ciągnął.
— Chcę coś jeszcze wyjaśnić. Cofniemy się teraz i ruszymy przez dachy jak pluton, a nie jak pieprzona gromadka zbirów, jasne?
— Tak jest, sir.
— Sierżancie Green!
— Tak, sir?
— Pokonamy trasę w niskich, długich susach.
— Tak jest, sir.
— W porząsiu, ruszamy.
Pluton cofnął się powoli, a podoficerowie odpowiednio ustawili żołnierzy. Kiedy wszyscy zajęli już pozycje, Mike wydał rozkaz swojej głównej drużynie, składającej się z sierżanta Greena i inżynierów, żeby stanęła z tyłu, i donośnym głosem nakazał ruszać.
Zespół zwiadowców ruszył naprzód w długich susach, a pluton, rozsypany na powierzchni prawie pół kilometra kwadratowego, skakał potem. Kiedy zbliżyli się do krawędzi, Mike wydał Michelle polecenie.
Wszyscy zwiadowcy bez problemu wykonali skok, a kiedy kilku żołnierzy regularnych oddziałów nie trafiło w dach, ich pancerze i tak pognały dalej. Kiedy przemierzyli drugi budynek, wciąż nie zatrzymywani przez wrogie wojska ani nie nękani ogniem, żołnierze zaczęli chwytać rytm biegu. Każdy był biegaczem, bo w nowoczesnych wojskach powietrznodesantowych musieli nimi być wszyscy żołnierze, i rytm lekkiego biegu łagodził ich zdenerwowanie, a szybkość podnosiła na duchu. Mike odczekał kilka minut i poszedł za ciosem. Nagle z przekaźników wszystkich żołnierzy popłynęły dźwięki piosenki Pat Benetar „Legend of Billy Jean”.
— Takie są korzyści z faktu, że nie trzeba się zachowywać taktownie — powiedział Mike do sierżanta Greena.
Żołnierze pokonywali całe kilometry, a w zasięgu wzroku nie pojawił się ani jeden Posleen, więc muzyka brzmiała dalej. Rock z lat siedemdziesiątych, muzyka alternatywna, raker rock, turn fusion, heavy metal. Wiele piosenek mówiło o wyjątkowości natury życia, wadze honoru i męstwa albo bezsilności w obliczu nieuniknionego.
Nawet jeśli repertuar nie odpowiadał żołnierzom, nie słychać było protestów, tylko szeleszczące oddechy, a każdy żołnierz był zatopiony w myślach. Kiedy zbliżyli się do miejsca spotkania, sześć kilometrów od otoczonych oddziałów, Mike przełączył się na sieć komunikacyjną plutonu i przerwał realistyczną wersję „Nie bój się śmierci”.
— Dobra, zatrzymajcie się pośrodku następnego budynku, formacja eliptyczna, żołnierze z bronią na zewnątrz — powiedział, kiedy rozejrzał się po pustym dachu. — Tu mają przylecieć wahadłowce.
— Mike — zapytał zaciekawiony Wiznowski na prywatnym kanale — co to jest?
Na wschodzie na stronie linii oporu Ziemian nagle wystrzeliły fajerwerki.
— Michelle, powiększ.
Z przestrzeni między budynkami zionęły języki ognia. Hiperszybkie rakiety i pociski z innej broni kinetycznej, wiązki lasera i strumienie plazmy wzbijały się w niebo. Nagle zniszczony wahadłowiec wyłonił się zza krawędzi budynków w imponującym błysku płomieni. Pojawiło się jeszcze sześć statków — jeden uszkodzony — i poszybowało ponad megawieżowcami. Jeden wzniósł się za wysoko i kula plazmy strąciła go na ziemię ku uciesze załogi jakiegoś krążownika kosmicznego. Ogień przełamał pole ochronne wokół zbiornika antymaterii i statek zniknął w oślepiającym rozbłysku eksplozji nuklearnej, niszcząc górne części budynków po obu stronach i zrzucając inny wahadłowiec prosto na dach.
Czujniki wizyjne pancerzy natychmiast wyrównały przeciążenie optyczne.
— Cholera! Poszła połowa naszej amunicji — zaklął sierżant Green, kiedy wokół sypały się gruzy zniszczonych budynków.
— Raczej jedna trzecia — poprawił Mike dokładnie w chwili, gdy sześciu posleeńskich Wszechwładców w spodkowatych maszynach wynurzyło się zza krawędzi dachu w pogoni za wahadłowcami.
Jego zmysły wyostrzyły się nagle jak skalpel.
— Pluton, padnij! Uruchomić systemy maskujące!
Kiedy pancerz namierzył Posleenów, pistolet Mike’a automatycznie w nich wycelował. Pierwszy srebrny strumień z broni porucznika strącił z odległości trzech kilometrów aż dwóch z nich, a jeden ze spodków zniknął w chmurze aktynicznego ognia, kiedy kule w kształcie kropli łzy przebiły jego system zasilania. Mike przeturlał się na bok, kiedy systemy celownicze obróciły w jego stronę działa pozostałych Wszechwładców. Huragan ognia uderzył w jego poprzednią pozycję, a on zdjął jeszcze jednego Posleena, nawet nie wstając z kolan. Dwóch pozostałych wrogów wróciło do pościgu za wahadłowcami, a jeden ruszył w stronę plutonu.
Pancerze spisywały się znakomicie, maskując żołnierzy na powierzchni dachu, więc Posleeni myśleli, że mają do czynienia tylko z jednym człowiekiem. Dwie kolejne kule Mike’a nie trafiły w uchylający się wehikuł, a sam porucznik dzięki dzikim podskokom i przewrotom uniknął śmierci od trzech grud plazmy. Jedna z nich usmażyła jednak zewnętrzne czujniki z jednej strony jego pancerza. Posleen wychylał się szaleńczo na boki i zbliżał się z prędkością ponad trzystu kilometrów na godzinę. Michelle rzuciła pancerzem w bok za pomocą dolnych katapult, a kolejna gruda plazmy przeleciała nad miejscem, w którym wcześniej stał Mike. Przewrócił się na plecy, co było trudno wykonać w pancerzu, aby spróbować strzelić w górę, ale płonący wrak spodka Wszechwładcy już spadał na powierzchnię dachu.
— Frajer myślał, że mu się udało, sir — powiedział Duncan i schował pistolet, który pożyczył wcześniej przed wejściem do elektrowni — więc w końcu przestał latać po całym niebie.
— Dzięki, Duncan — powiedział Mike i wstał na nogi. — Był już dość blisko.
— O krótki spacer o poranku, sir.
— Jasne. Ktoś widzi pozostałych Wszechwładców albo wahadłowce?
— Nie, sir — powiedział sierżant Green. — Nie ma nic w zasięgu wzroku.
Nagle na zachodzie pojawiły się dwa wahadłowce, nadal bezlitośnie ścigane przez Wszechwładców. Żołnierze z pistoletami lub przechwyconą bronią Posleenów otrząsnęli się już z szoku po ataku i otworzyli ogień. Jeszcze jeden wahadłowiec rozbił się po uderzeniu grudą plazmy, ale już po kilku chwilach obydwaj Wszechwładcy byli martwi.
Ostatni wahadłowiec zanurkował w stronę pozycji plutonu i wyrównał lot, żeby wylądować między żołnierzami.
Natychmiast otworzyły się tylne drzwi.
— Dobra, pierwsza drużyna do środka, chwytajcie co trzeba i wracać! Jazda! Sierżancie Green, proszę się zająć rozdzieleniem broni, w wahadłowcu powinien być spis sprzętu.
— Tak jest, sir.
Podoficer ruszył w stronę opuszczanych drzwi, kiedy pierwsza drużyna ustawiła się w kolejce po broń.
— Posleeni! — zawołał jeden z żołnierzy na straży.
Oślepiające błyski rykoszetów pokryły pancerną powierzchnię wahadłowca. Mike spojrzał w kierunku morza, skąd pochodziły strzały. Grupa posleeńskich wojowników wspięła się na dach sąsiedniego budynku i otworzyła ogień do wahadłowca i zebranego wokół plutonu.
— Rozdzielić się!
Zauważył, że pierwszy zespół nawet nie przykucnął, tylko stał dalej przy wahadłowcu.
— Strzelać, cholera!
Wsadził nowy magazynek do pistoletu i dał żołnierzom przykład, kładąc trupem kilka końskich postaci.