Żołnierze z przechwyconą bronią Posleenów otworzyli ogień.
— Dostałem! — krzyknął jeden z żołnierzy. — Myślałem, że dostałem — dodał po chwili, ogłupiały.
Usiadł na dachu i obejrzał sobie udo.
— Dostałem?
— Dostałeś — powiedział Mike i przywarł do ziemi. — Wszyscy na ziemię, cholera. Bez obaw, pancerz zajmie się uszkodzeniami.
— Druga drużyna! — ryknął sierżant Green.
— Ogień z zachodu!
— Wszechwładcy od lądu!
— Załatwić ich, sierżancie Green! Pierwsza drużyna, skupcie się na Wszechwładcach!
Nagle jeden z pancerzy drugiej drużyny, zwrócony w stronę wahadłowca, rozpoczął istny taniec śmierci. Pancerz upadł i zaczął skakać na boki. Drużyna próbowała go złapać, ale nagle pancerz uspokoił się i zaległ nieruchomo.
Żołnierze chcieli go otworzyć, ale Mike wrzasnął.
— Nie ruszajcie go! Na wypadek, gdyby któryś z was nie wiedział, szeregowego Laskiego nie da się już uratować. Sierżancie Green?!
Mike otworzył ogień do zbliżającego się Wszechwładcy.
— Trzecia drużyna! — ryknął sierżant Green w odpowiedzi.
Wiznowski wychylił się nagle z wahadłowca i pobiegł na zachód; Mike ledwo zauważył, jak się wymknął.
Lżejszy i szybszy zwiadowca zaczął strzelać do zbliżających się Wszechwładców z ręcznej wyrzutni rakiet hiperszybkich. Skakał po dachu jak pchła. Strumienie ognia skupiły się na nim, kiedy tak biegał, zatrzymywał się, skakał i robił uniki. Czasem stawał tylko po to, żeby wystrzelić rakietę hiperszybką.
— Wiz! Do cholery, przestań zgrywać bohatera! — krzyknął Mike i ściągnął na siebie kolejną grudę plazmy, kiedy wychylił się na pomoc. — Weź dupę w troki i wracaj tu!
— Skoro mamy tańczyć, sir… — zwiadowca urwał, kiedy pocisk Wszechwładcy zmiótł go z dachu.
— Wiz! — wrzasnął Mike i poderwał się na nogi.
— Skurwiele! — Zmienił magazynek i rzucił się pędem w stronę Wszechwładców. — Michelle, manewry unikowe Gamma, maksymalna prędkość, automatyczne przerwanie pola, wykonać!
Teraz musiał tylko ładować broń i strzelać. Zużywał magazynek po magazynku, kiedy zbliżał się do czterech, potem trzech, a za chwilę już tylko dwóch spodków. Ogień Wszechwładców omiatał go bezskutecznie.
Pancerz robił zygzakowate uniki, a napęd w butach niezmiennie pchał go naprzód. Przypadkowe kule, które trafiały w pancerz, odbijały się od niego jak krople wody. Z odległości stu metrów wiązka lasera lekko musnęła pancerz, ale kontakt był tak krótki, że usmażyła się tylko para sensorów, a pancerz nieco się podgrzał.
Mike podbiegł zygzakiem do ostatnich Wszechwładców, których spodki próbowały bezskutecznie namierzyć wściekle skaczący pancerz. Mike wspiął się jak łasica po pochyłym spodku, zacisnął rękawicę na głowie Wszechwładcy, oparł stopę na jego ramieniu i odrąbał jaszczurczy łeb. Drugi Wszechwładca zawrócił spodek, żeby uciec, ale Mike wyciągnął rozwidlone ostrze z pochwy na plecach i zatopił je w tułowiu centaura, wkładając w ten cios cały gniew świata.
Potem O’Neal oberżnął łeb drugiemu Wszechwładcy. Zszedł z chwiejnego spodka i podniósł do góry obydwie głowy. Rzucił je daleko i wyciągnął pistolet.
Strzał w skrzynkę energetyczną najbliższego spodka zatopił wehikuł w ogniu wstrząsającej eksplozji. Porucznik wyszedł triumfalnie z chmury ognia jak cesarz powracający z wygranej wojny i spojrzał na płomienie. Nie było niebezpieczeństwa; pancerze mogły wytrzymać wybuch tak potężny jak ten, który wywołał kataklizm pod Qualtren.
I nawet wtedy były jeszcze warte swojej ceny.
Mike zwrócił swój przypieczony pistolet w stronę następnego wehikułu Wszechwładcy i maszyna skryła się w płomieniach. Potem rył stopami we wrakach i wyciągał szczątki Posleenów. Ułożył z nich stos, skakał po nim, aż całkiem go rozgniótł, i w powstałą w ten sposób miazgę włożył granat z ładunkiem antymaterii.
Nastawił zegar detonatora, odsunął się i patrzył, jak szczątki dwóch Wszechwładców znikają w ogniu eksplozji.
Podszedł do najbliższego spodka i walił go z góry dotąd, aż zrobiła się ogromna dziura w dachu. Kiedy wyładował swój gniew, podniósł dwie głowy Wszechwładców za grzywy i poleciał z powrotem do plutonu.
Kiedy dotarł na miejsce, strzały ucichły. W zasięgu wzroku nie było już Wszechwładców ani wojowników. Mike rzucił głowy najbliższemu żołnierzowi.
— Połóż je na szczątkach Wiznowskiego — warknął.
Spadochroniarz pospieszył wykonać rozkaz.
— Przysięgam na wszystkich bogów — powiedział Mike do siebie, ale Michelle wiernie przesłała wypowiedź przez sieć — że stosy posleeńskich trupów jeszcze wzrosną.
Utkwił wzrok w odległym oceanie, żeby wymazać ostatnie wspomnienia. Chroniony swoim pancerzem wysyłał już na śmierć żołnierzy pod swoją komendą, ale każdy z nich był tylko zjawiskiem elektronicznym. Dziś po raz pierwszy stracił prawdziwych ludzi, istoty z krwi i kości, z którymi łączyła go pewna więź.
Nagłe wtargnięcie rzeczywistości do jego uporządkowanego wirtualnego świata bezkrwawych bitew oszołomiło go. Po raz pierwszy zdał sobie sprawę, że dowodzi już nie cieniami, ale żywymi ludźmi, którzy mają swoje nadzieje i marzenia. Tych ludzi matki nosiły w swym łonie przez dziewięć długich miesięcy, a ich krótka nić życia rwała się teraz na dachu zalanym światłem obcego słońca.
Kiedy pluton zgromadził się i sprawdzał sprzęt, Mike patrzył zamyślony w dal i nawet nie zauważył, jak jeden z inżynierów podłącza do jego pancerza nowe granatniki i napełnia magazynki. Wreszcie sierżant Green wyrwał porucznika z zadumy.
— Sir?
— Słucham, sierżancie Green.
— Jesteśmy gotowi do wymarszu.
— Dziękuję.
Duncan podał mu karabin. Mike sprawdził magazynek i upewnił się, że sprzęt nadal jest na swoim miejscu. Zdał sobie sprawę, że wciąż patrzy w dal. Nie chciał ruszyć się z tego miejsca.
— Sir?
— Słucham, sierżancie Duncan.
— Musimy już wyruszać.
— Tak, chyba tak.
Nadal się wahał. Brakowało mu czegoś ważnego, czegoś, co zazwyczaj pchało go naprzód mimo przeciwności.
Szukał tego czegoś, ale miejsce w duszy, gdzie zazwyczaj to znajdował, jakby opustoszało.
— Michelle — powiedział znużonym głosem — ściągnij namiary wszystkich miejsc zniszczenia.
— Pluton, oto plan misji — głos O’Neala brzmiał beznamiętnie. Zespół mógł równie dobrze otrzymywać te rozkazy od nieinteligentnego komputera. — Zebrany pluton drugiego batalionu trzysta dwudziestego piątego pułku piechoty wykona zadanie skrytego rozmieszczenia ładunków w megawieżowcach Daltren, Arten i Artal. Pluton podzieli się na dwu- i trzyosobowe zespoły. Każdy zespół otrzyma lokalizację miejsc, które albo bezpośrednio zniszczy, albo zaminuje. Po podłożeniu wszystkich ładunków i zniszczeniu kluczowych punktów jednostka opuści budynki i zdetonuje miny.
Kiedy mówił, wokół niego zbierali się żołnierze. Akcja było bardzo ryzykowna: jeden udany strzał z lasera Wszechwładcy mógł ich wszystkich pozabijać. Ale pluton reagował na śmierć towarzyszy dokładnie tak jak Mike, i każdy żołnierz odczuwał potrzebę identyfikacji z grupą, potrzebę dzielenia smutków i radości. Pancerze wywoływały normalnie silne wrażenie wyobcowania, lecz w chwilach takich jak ta pojawiała się iskierka człowieczeństwa.
— Megawieżowce powinny runąć na obszar w kształcie litery L, leżący nad oceanem i wokół otoczonych jednostek. Uwolni to te jednostki i pozwoli im się wycofać do przyjacielskich szeregów. A oto dobra wiadomość, żołnierze: znaczna większość Posleenów na tym cholernym kontynencie próbuje zgnieść Deuxičme i lansjerów, więc kiedy zrzucimy na nich te budynki, wojna będzie w połowie wygrana.