Mike urwał i rozległ się znużony, ale niekłamany okrzyk radości.
Grupowanie się plutonu zaczęło oddziaływać na niego i wyrywać go z oszołomienia.
Po tylu godzinach przebywania w pancerzu był tak samo podatny na poczucie wyobcowania jak żołnierze.
— Będziemy działać w dwuosobowych zespołach. Jeśli natkniecie się na Posleenów, z którymi nie dacie sobie rady, wezwijcie wsparcie. Sztab wesprze trzecią drużynę i inżynierów w budynku L. Budynkiem tym zajmą się inżynierowie, bo trzeba się z nim obejść ostrożniej. Jeden zespół z każdej drużyny udzieli wsparcia ogniowego pozostałym, a kiedy inne drużyny wykonają zadanie, też zajmą się osłanianiem kolegów.
Rozejrzał się po zebranych zwiadowcach i poczuł ukłucie smutku, że nie ma wśród nich wysokiego, szczupłego pancerza.
— Zwiadowcy, macie umieścić ładunki, ale przede wszystkim chcę, żebyście umieścili sondy wizyjne w nie zaminowanych budynkach. Powinniście być ponad linią ognia, ale jeśli zauważą was Posleeni, czekają was ciężkie chwile. Po podłożeniu ładunków skierujcie się przez sieć wodociągów do stacji przetwarzania nad oceanem.
Przerwał suche, monotonne przemówienie i rozejrzał się. Jednolite pancerze sprawiały wrażenie, jakby pluton był kiepsko wykonanym zestawem figurek z plasteliny. Do jego umysłu wtargnęło nagle pytanie: ilu jego żołnierzy dożyje jutra?
— Z powodu zniszczeń kanały wodociągowe powinny być puste; jeśli tak nie będzie, skruszcie ściany i osuszcie je. Według moich danych, na tym obszarze nie ma działających stacji pomp.
— Za chwilę rozejdziemy się do odpowiednich budynków. Nie mamy czasu, żeby się ukrywać w korytarzach, więc opuścimy się za pomocą kompensatorów wzdłuż zewnętrznej ściany megawieżowca. Wasze przekaźniki mają w pamięci program lądowania. Opadajcie szybko, potem włączcie kompensatory i zamortyzujcie upadek. To będzie jak skok, tylko że opadniemy szybciej i nie pójdziemy w rozsypkę. Kiedy będziemy na dole, rozdzielcie się i zacznijcie misję.
Rozejrzał się po dachu, a potem znowu zwrócił wzrok na pluton.
Nie był pewien, co powinien powiedzieć. Chwila wydawała się odpowiednia na przemówienie motywacyjne, ale niech go szlag trafi, jeśli przychodziło mu coś do głowy.
— Krótka modlitwa — powiedział wreszcie i spuścił głowę.
Przez dłuższą chwilę przebiegał w myślach niewielką liczbę modlitw, które pamiętał. Żadna z nich nie wydawała się teraz odpowiednia. Nagle przyszedł mu do głowy fragment wiersza jakiegoś nieznanego poety. Uznał, że wiersz doskonale się nadaje. Wziął głęboki wdech.
— Sierżancie Green!
— Sir?
— Ruszamy.
— Tak jest, sir. Zwiadowcy, drużyna druga, pierwsza, czwarta, główna, piąta. Jazda!
Kiedy dotarli do pierwszego budynku wskazanego do zaminowania, drużyny rozdzieliły się i rozbiegły do innych obiektów. Trzecia drużyna, przydzielona do tego budynku razem z główną drużyną, czekała rozstawiona wzdłuż krawędzi dachu, aż pozostałe zespoły dotrą na miejsce. Następnie pluton zrobił krok naprzód ponad krawędzią.
Pancerze runęły w dół pod działaniem sztucznie wytworzonego ciążenia, dwukrotnie większego od ziemskiej grawitacji, i zwolniły dopiero na wysokości dwustu metrów nad ziemią. Uderzyły w powierzchnię planety z prędkością sześciu metrów na sekundę, ale system zamortyzował upadek. Po bulwarach wałęsało się bez celu kilku Posleenów.
— Drużyny, wyznaczcie zespół do zabezpieczania tyłów i idźcie do punktów minowania. Trzecia drużyna, sierżant Green i ja udzielimy wsparcia. Naprzód!
Mike chwycił karabin grawitacyjny i poszedł za czerwonymi znacznikami kierunku. Michelle analizowała wszystkich Posleenów w zasięgu wzroku i określała kolejność niszczenia celów. Najpierw ci z ciężką bronią, od najbliższych do najdalszych, chyba że dalsi celowali w Mike’a, a bliżsi nie. Mike szedł obojętnie za migającymi wskaźnikami; wściekłość po śmierci sierżanta Wiznowskiego zniszczyła w nim coś ważnego i teraz powoli ogarniała go depresja.
Posleeni padali jak muchy, a Mike coraz bardziej oddalał się od rzeczywistości. Miał wrażenie, jakby oglądał wszystko w telewizji, a otoczenie było pełne nieprawdziwych cieni.
On i sierżant Green osłaniali wejście trzeciej drużyny, a potem sami weszli do budynku.
— Jak mamy ich tutaj wspierać? — zapytał sierżant Green w jednym z gigantycznych garaży na parterze.
— Prawie wcale. Pójdziemy do wnętrza budynku i dalej wzdłuż szybu.
Mike i sierżant Green ruszyli naprzód, wykańczając po drodze Posleenów, którzy się akurat napatoczyli. Mike ustalił, że przebywający w budynku Posleeni byli wasalami zabitych Wszechwładców. Przypomniał sobie dokumentację, którą czytał całą wieczność temu, jeszcze w normalnym świecie.
Posleeńscy wojownicy nie byli obdarzeni dużą inteligencją. W ludzkich kategoriach nie można było ich nawet nazwać niedorozwiniętymi. Wszechwładcy używali nielicznych nieco inteligentniejszych wojowników jako żołnierzy przodowych lub podoficerów. Wszyscy posleeńscy „zwykli” i „wyżsi” wojownicy byli związani ze swoim Wszechwładcą.
Ale kiedy Wszechwładca ginął, zrywały się łączące ich więzi. Jeśli w pobliżu był inny Wszechwładca, mógł spróbować przejąć nad nimi kontrolę. Nazywało się to zaprzęganiem „na gorąco”. Jednak jeśli nie udało się tego zrobić w krótkim czasie po śmierci ich pana i władcy, nie można ich było zaprząc na nowo przez kolejne dwa tygodnie. Dopiero po takim czasie wojownicy sami zaczynali szukać innego Wszechwładcy. Mike wspomniał o tym sierżantowi Greenowi.
— Muszą się u nich dziać ciekawe rzeczy przez jakiś czas po każdej bitwie, sir.
— Dlaczego? — zapytał Mike obojętnym tonem.
— Cóż, sir — powiedział sierżant Green, który miał nadzieję na nowo rozbudzić u porucznika zainteresowanie przebiegiem wojny— zauważyłem kilka tych istot, które zginęły niedawno, i to nie z naszych rąk.
— Tak, ja też je widziałem.
— Myślę, że atakują też swoją rasę, sir. Przez kilka tygodni po bitwie na tyłach musi się aż roić od tych opuszczonych przez przywódców istot.
— Ich tyły rzeczywiście nie są bezpieczne — powiedział Mike z narastającym powoli zainteresowaniem.
Wciąż był w depresji po stracie sierżanta Wiznowskiego, ale zaczynała ją już pokonywać chęć kontynuowania bitwy.
— Tak, sir. Jeśli tylko odbyła się bitwa, w której zabito kilku Wszechwładców. Założę się, że wojownicy tych, którzy zginęli podczas pościgu za wahadłowcami, też tam są.
— Oprócz tych, których zaprzęgnięto „na gorąco” — zaznaczył Mike.
— Tak, sir, ale proszę spojrzeć, ilu ich tu jest. Posleeni muszą wielu tracić.
— Jak to wykorzystamy? — zastanowił się Mike.
— Nie wiem, sir, ale to może się nam przydać. Muszą przecież jakoś dostarczać zaopatrzenie. „Armia walczy z pełnym żołądkiem”, prawda? Więc ma to także wpływ na ich logistykę.
— Niezupełnie, zaopatrują się po drodze.