Rozmowę przerwał im zespół, który natknął się na grupę Posleenów po wodzą Wszechwładcy. Po kilku chwilach walki bez ofiar wśród ludzi porucznik i sierżant wrócili do rozmowy.
— Co pan chciał powiedzieć o ich logistyce, sir?
— Chodzi o zaopatrywanie się po drodze?
— Tak, sir.
— Cóż, zaopatrują się tak jak ziemskie armie prawie w całej historii wojen, przez plądrowanie. Do niedawna to, co dziś nazywa się grabieżą i jest karalne, było całkowicie normalnym sposobem zdobywania przez żołnierzy żywności i żołdu. Nie zauważył pan niczego ciekawego u Posleenów?
— Oprócz tego, że do nas strzelają, sir? — zażartował sierżant.
— Mam na myśli ich uprzęże — podpowiedział Mike z lekkim uśmiechem.
Sierżant Green obejrzał leżące w pobliżu zwłoki Posleena.
— Mają na nich jakieś kamyczki, sir.
— Tak, błyszczące kamyczki. Jeśli dobrze poszukać, na pewno znajdzie się też srebro i złoto. Najwięcej na Wszechwładcach. W ich torbach są pewnie części ciał Indowy i kawałki roślin i zwierząt. Indowy przerzuca się w tył do lądowników, a w przeciwnym kierunku przypuszczalnie podaje się amunicję. Rdzenni mieszkańcy podbijanych planet stają się pożywieniem Posleenów, a wojownicy zbierają wartościowe lub pozornie wartościowe przedmioty dla swoich szefów. Po bitwie budują coś w rodzaju świątyń dla Wszechwładców i wypełniają je zagrabionymi przedmiotami. Wydaje mi się, że są podobni do wielu żołnierzy. Kipling mawiał kiedyś: „Tylko grabież, grabież, grabież zwabi wojska chętną gawiedź”. Ale to nie może być ich jedyna motywacja. Prawda?
35
— Rany! — zawołał Stewart, kiedy wszedł do kwatery głównej kompanii. — Kurwa, ale odlot!
Niebo za nim zaczynało się już przejaśniać. Wstawał świt.
Na widok sceny przy biurku zarządcy koszar Stewart stanął jak wryty.
Pokój nie był szczególnie duży, zwykły pokój w pojedynczym baraku mieszkalnym. Na podłodze leżało tanie linoleum, a żarówki nad głową miały zwykłe plastikowe osłony. Przy przeciwległej ścianie stało biurko, częściowo pokryte sklejką, z telefonem na blacie. Nad biurkiem wisiał emblemat witający przybysza w kompanii Bravo pierwszego batalionu pięćset pięćdziesiątego piątego pułku piechoty z napisem „PRAWDZIWE Czarne Pantery”. Po prawej były drzwi z szyldem „Pokój Dzienny”, a na lewo odchodził korytarz.
Obok biurka na składanym krześle siedział z wybałuszonymi oczami zakneblowany pucołowaty sierżant, przywiązany do oparcia wielokrotnie oplatającą go taśmą izolacyjną. Za biurkiem tkwił natomiast kapral szkoleniowy Adams z tyłkiem usadzonym wygodnie w fotelu obrotowym, zamkniętymi oczami i nogami na blacie.
Na biurku leżał masywny karabin maszynowy z lufą wycelowaną w drzwi. Ręka kaprala spoczywała luźno na rękojeści pistoletu. Przy drzwiach pokoju dziennego stało podobnie uzbrojonych trzech członków jego drużyny.
Wszyscy uśmiechali się złowrogo.
— Co jest, kurwa? — zapytał Stewart i zrobił krok naprzód, żeby jego drużyna mogła wejść do środka.
Po pierwszym spojrzeniu na pełną napięcia scenę drużyna rozdzieliła się, niektórzy zajęli pozycje, żeby mieć widok przez okno, inni rozstawili się po całym pokoju. Wilson po prostu się odwrócił, żeby zabezpieczać tyły Stewarta.
Adams podniósł głowę i uchylił jedną powiekę.
— Sierżant chce cię widzieć w swoim biurze — powiedział chrapliwie kapral musztrowy. — I to już.
Machnął głową w stronę korytarza i znowu zamknął oczy.
Stewart jeszcze raz rozejrzał się po pokoju i ruszył we wskazanym kierunku. Korytarz biegł wzdłuż koszar do innego pomieszczenia. Tu też stało biurko, na którym rozłożył się Ampele i chrapał z otwartymi ustami. Na krześle za biurkiem siedział szeregowiec żandarmerii i czyścił broń kaliber 9 milimetrów na szerokiej piersi pogrążonego we śnie Hawajczyka.
Na lewej ścianie korytarza było troje drzwi. Nad pierwszymi widniał ręcznie wydrapany napis „Bagno”. Na drugich znajdowała się plastikowa wywieszka ze słowem „Ustęp”, nagryzmolonym czarnym markerem. Ostatnie, szerokie na metr drzwi stały oparte o ścianę. Wisiała na nich oprawiona w drogą mahoniową ramkę mosiężna tabliczka, na której wygrawerowano słowa „Pierwszy sierżant Morales”. Koło zawiasów widniał duży odcisk buta.
Stewart przyglądał mu się przez chwilę w świetle dobiegającym z obydwu stron korytarza. Obejrzał własny but i porównał wzór na podeszwie. Widoczne były też buty Ampele’a. Stewart spojrzał na nie, potem na drzwi, na Ampele’a, na drzwi. Potrząsnął głową i ostrożnie zapukał w uszkodzoną framugę. Na odgłos pukania Ampele chrząknął. Ale za chwilę znowu zaczął chrapać.
— Wejść! — zagrzmiał głos ze środka pokoju.
Stewart przeszedł przez drzwi i znalazł się nagle wśród przepychu. Malutki pokój był przepełniony cennymi przedmiotami. Mahoniowe biurko ręcznej roboty niedawno wypolerowano. Na biurku stał najnowszy model dwudziestojednocalowego monitora. Puszysta wełna perskich dywanów zdradzała styl Isfahanu. Na wszystkich ścianach wisiały drzeworyty, a oświetlenie pochodziło z przerobionych dziewiętnastowiecznych lamp olejnych.
Nadawały pokojowi ciepły, żółty poblask, który doskonale komponował się z ciemną czerwienią drewna.
Pierwszy sierżant pochylał się nad dużym antycznym sejfem i majstrował przy pokrętle. Obejrzał się przez ramię i wstał z wściekłością w oczach.
— Stewart! — ryknął Pappas. — Gdzieś ty się, do licha, podziewał?
Stewart zrezygnował z nonszalanckiego wyliczenia wszystkiego, co robił po drodze z placu apelowego do koszar. Stał się ostrożny, przynajmniej kiedy zobaczył odcisk buta na drzwiach.
Przyjął przepisową pozycję na spocznij.
— Przepraszam, sierżancie. Gdybyśmy wiedzieli, że ma pan kłopoty, szybciej byśmy tu przyszli. Przyznaję, że nieco opóźniłem swoje przyjście o świcie. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie.
Pappas potrząsnął głową.
— Nieważne. Wiedziałem, że się spóźnisz, ale nie miałem ochoty nikogo po ciebie wysyłać — przyznał i wykonał ruch głową w stronę placu apelowego. — Ale rzeczywiście mamy kłopoty. Muszę otworzyć ten sejf — ciągnął — i włamać się do komputera. — Wskazał stację roboczą na biurku.
Stewart nawet nie zaprotestował.
— Wilson — powiedział podniesionym głosem. — Daj mi tu Minneta.
Podszedł do sejfu. Wyciągnął z kieszeni koszuli małe czarne urządzenie z wyświetlaczem cyfrowym i umieścił je na drzwiach sejfu. Pappas przyjrzał się temu, potrząsnął głową i odsunął się.
— Tak, szefie? — spytał Minnet, kiedy wślizgnął się przez drzwi.
Jeszcze niższy od Stewarta, podobny do elfa szeregowiec był szybki jak błyskawica. Przystanął i rozejrzał się.
— Jezu! — Chwycił małą figurkę baleriny i odczytał napis na spodzie. — A niech mnie, prawdziwa drezdeńska porcelana! Jest warta fortunę!
— Odłóż to — warknął Pappas, który nawet bez patrzenia wiedział, że figurka zniknęła z półki. — To dowód.
Stewart skinął głową i figurka wróciła na półkę.
— Zapalniczkę też — powiedział Pappas, przeglądając dokumenty w otwartej szufladzie.
Minnet wyglądał na zaskoczonego, ale wyjął złotą zapalniczkę z rękawa i odłożył ją na biurko.
— Minnet, zajmij się tym — powiedział Stewart i wskazał stację roboczą.
Szeregowiec przytaknął i zabrał się do pracy.