Stewart przesunął kilka razy pokrętło w jedną i drugą stronę. Po kilku chwilach zaczął manipulować pokrętłem przy urządzeniu z wyświetlaczem. Wkrótce sejf odblokował się.
— Nie otwieraj — warknął Pappas. — Potrzebny nam tu dowódca. — Ruszył do drzwi i zatrzymał się. — I żadnych numerów.
— Jasna sprawa — powiedział Stewart.
— Jakich numerów? — zapytał Minnet, przyglądając się wyświetlaczowi czarnej skrzynki, którą wydobył z kieszeni na piersiach.
Zdziwił się odczytem i dotknął przycisku. Najwyraźniej zadowolony, uśmiechnął się znowu.
— Mamy niczego nie brać — powiedział Stewart — i nie ruszać niczego.
— Ach. — Szeregowiec przycisnął guzik i potrząsnął głową. — Ludzie myślą, że są tak cholernie sprytni — mruknął.
Włożył dyskietkę do komputera i uruchomił go. Kiedy pojawiło się zapytanie o hasło, nacisnął przycisk na czarnej skrzynce. Komputer przeanalizował wprowadzone dane, stwierdził, że mu się podobają, i wpuścił Minneta. — Tak bywa, kiedy się zmieni hasło CMOS-u.
— Czego my właściwie szukamy? — zapytał po chwili.
— Rozejrzyj się — powiedział Pappas, kiedy pojawił się w drzwiach w towarzystwie porucznika Arnolda i szeregowego żandarmerii, który wkładał pistolet do futerału. — Jak na mój gust, to nie jest normalny wystrój biura pierwszego sierżanta.
Stewart nie mógł opanować ciekawości, otworzył drzwi sejfu i zagwizdał.
— Rety — wykrzyknął. — Zobaczmy. Sterty rachunków, fiolki jakiejś Tolemiratyny i trochę zielonych kryształów.
— Podniósł jeden i przyjrzał mu się. — To nie są szmaragdy — ciągnął tonem eksperta. — Co to jest?
— Cóż, mam tu plik o nazwie „Wydatki Kompanii” — powiedział Minnet, żeby nie wypaść gorzej. — Jest zaszyfrowany.
— No to go odszyfruj — powiedział zimno porucznik Arnold.
Szeregowiec podniósł wzrok, uważnie przyjrzał się twarzy czynnego dowódcy kompanii i zaczął wściekle stukać w klawiaturę.
— Starszy sierżant Tomas Morales? — zapytał porucznik żandarmerii wojskowej.
Zmarszczył nos, kiedy poczuł dolatujący z apartamentu w Annville zapach alkoholu i feromonów. Półnagi mężczyzna po trzydziestce przestał naciągać koszulę jedwabnego munduru. Porucznik dostrzegł za nim kobiecą postać. O ile nie był w błędzie, blada blondyna na pewno nie osiągnęła jeszcze pełnoletności. Sierżant jednostek pancerzy wspomaganych nosił grube okularzyska, a jego głowa kiwała się z boku na bok. Pokaźne jabłko Adama podskoczyło, kiedy kiwnął głową na znak potwierdzenia.
— Jest pan aresztowany — powiedział porucznik, podczas kiedy towarzyszący mu podoficer wystąpił naprzód i skuł byłego czynnego pierwszego sierżanta — pod zarzutem sprzeniewierzenia i nielegalnego handlu tajną technologią Galaksjan. Ma pan prawo zachować milczenie…
36
Zorganizowany opór albo kontratak nie pojawiał się, więc Mike i sierżant Green mogli tylko wyczekiwać w ciemnym wnętrzu megawieżowca.
Obaj stali w małej wnęce w głównym korytarzu. Zaciekłe walki wokół otoczonych dywizji spowodowały olbrzymie zniszczenia w tej części megawieżowca. W pomieszczeniach panował półmrok, promienie Eterny prześwitywały przez wyrwy w murach. Chybotliwy poblask ognia bardziej tłumił niż podsycał niebieskozielone oświetlenie. Rejon przeznaczono na zakłady przemysłu lekkiego, które przeważały w megawieżowcach Indowy; w tym budynku najwyraźniej zajmowano się procesami chemicznymi. Wszechobecne malowidła Indowy były na ekranach wizyjnych w hełmach ciemne i bezbarwne, okaleczone przez kule karabinowe, pokryte bliznami po rykoszetach i płomieniach. Niewielkie destylatory, od których roiło się w sąsiednich pokojach, spłonęły jak pochodnie pod ostrzałem z broni.
Przez ostatnie pół godziny Mike zdał sobie sprawę, że oczekiwanie jest najgorszym elementem tej walki. Nie mógł swobodnie poruszać palcami w pancerzu, więc kopnął kawałki gruzu pod stopami, które po chwili rozpoznał jako lufę i osłonę karabinu M-16A2. Rozejrzał się po wnęce, ale nie dostrzegł ani śladu właściciela broni. Mruknął do Michelle, żeby zaznaczyła to miejsce do późniejszego przeszukania, zakładając, że można będzie coś znaleźć po zburzeniu budynku. Znów czekał.
— Czterdziestu pięciu żołnierzy natknęło się na Posleenów sto dwadzieścia trzy razy — powiedział po kolejnych dziesięciu minutach oglądania postaci na ekranach — i tylko trzy razy były to zorganizowane grupy.
— Ich tyły wydają się dość słabo zabezpieczone, sir — powiedział sierżant Green, który najwyraźniej miał świętą cierpliwość.
— Tak, zgadza się, sierżancie. Problem sprawiają tylko główne szeregi. I jestem pewien, że gdyby Posleeni w pierwszych szeregach wiedzieli, że jesteśmy tutaj, oblegliby nas jak szarańcza.
— Jak idzie żołnierzom w otoczonych jednostkach?
Mike przyjrzał się wyświetlanym informacjom.
— Wygląda na to, że na razie się trzymają. Ich liczebność nie zmniejszyła się zbytnio.
— Myśli pan, że wahadłowce odwróciły uwagę wroga, sir?
— Nie na długo. I nie wydaje mi się, żeby utrata jakichś dziesięciu Wszechwładców aż tak bardzo im zaszkodziła.
Chyba ci, którzy przeżyli w dywizjach pancernych, to straszni skurwiele.
Mike uśmiechnął się na tę myśl. Zawsze tak było. Często podczas pierwszej bitwy rozstrzygało się, kto przeżyje, a kto zginie. Częściowo wyjaśniało to, dlaczego doświadczone jednostki były tak niebezpieczne w walce; dysponowały wieloma niezniszczalnymi żołnierzami.
— Chyba Posleeni nie są zachwyceni rozwojem wypadków, poruczniku? — zapytał sierżant.
Oczekiwanie najwyraźniej też zaczynało go nużyć.
— Nie, chyba nie — powiedział O’Neal.
Przez chwilę było cicho.
— A do tego — ciągnął z nutką ożywienia w głosie — czeka ich niespodzianka. Ostatni zespół wykonał zadanie!
— Czas na przedstawienie!
— No i, kurwa, bardzo dobrze. Pluton — zawołał O’Neal, a przekaźnik automatycznie przełączył się na tryb transmisji — wszyscy mają wycofać się przez tunele po wyznaczonych wektorach. Macie piętnaście minut na odejście na bezpieczną odległość. Powodzenia i do zobaczenia przy stacjach przetwarzania!
— Wynosimy się, sierżancie.
Ruszyli w kierunku najbliższej komory powietrznej razem z inną drużyną będącą na tej samej trasie. Mike sprawdził położenie wszystkich zespołów i westchnął z ulgą. Skręcający trzewia strach O’Neal miał już za sobą.
Wojskowa doktryna zakładała, że nigdy nie należy rozdzielać wojska w ogniu bitwy, ale inteligentne systemy pancerzy i dezorganizacja tyłów posleeńskiej armii pozwalały na wykonywanie trudnych misji. Nie ulegało wątpliwości, że gdyby udało się przedostać przez szeregi Posleenów, silne uderzenie na tyły wroga byłoby bardzo skuteczną metodą walki z nimi. Poza hordami centaury były tak niebezpieczne dla człowieka w pancerzu jak chmara komarów, która wprawdzie może sprawiać ból, ale nie zagraża życiu. Los wahadłowców stanowił niezbity dowód, że nie należy stosować tradycyjnych metod natarcia.
Zespoły przeciskały się przez tunele, znajdując czasem ludzkie zwłoki i oznaczając ich pozycje. Jeśli był na to czas, żołnierze zabierali metalowe identyfikatory. Pluton miał dotrzeć do sutereny stacji przetwarzania, a piętnaście minut w zupełności wystarczyło, żeby się tam dostać.