Wszystkie zorganizowane jednostki centaurów zajmowały się wypieraniem z najbliższego megawieżowca niedobitków dziesiątej dywizji grenadierów pancernych, a jedynymi Posleenami w stacji byli nie zaprzęgnięci wojownicy.
Mike posłał zabójczą grudę plazmy w stronę Posleena, który wszedł akurat na kondygnację przetwarzania, i podniósł przyłbicę. W suterenie unosił się zapach glonów i dymu, ale nie zgnilizny; utrzymywano tu zaskakującą w tych okolicznościach higienę. Żołnierze wokół też otwierali przyłbice i wkrótce czujne grupki sprawdzały porozrzucaną maszynerię sutereny. Molekularne zamki hełmów świeciły w półmroku jasnymi kręgami.
— W porządku, żołnierze — powiedział Mike.
Po raz pierwszy zobaczył twarze swoich podkomendnych, którymi dowodził od prawie dwudziestu czterech godzin. Żołnierze natomiast przyglądali się małemu oficerowi, który przeprowadził ich przez czeluście piekieł. Mike nie był w stanie niczego odczytać z wyrazu ich twarzy, tak bardzo bowiem ich reakcje różniły się teraz od ludzkich.
Patrzyli na niego martwymi oczami, jak zwierzęta idące na rzeź. Zadrżał przez chwilę z przerażenia, ale nie dał tego po sobie poznać.
Widział wielu z nich na dwa dni przed nałożeniem pancerzy, podczas przygotowań do nadchodzącej walki.
Większość była przerażona, ale ukrywali to pod maską brawury na pokaz. Niektórzy mieli mózgi tak wyprane przez mentalność jednostek powietrznodesantowych, że z niecierpliwością oczekiwali spotkania z wrogiem. Niektórzy tylko otwarcie okazywali strach, ale byli gotowi czynić swoją powinność. Teraz wszyscy co do jednego stali się automatami. Mike wyrwał ich z beztroskiego życia i powiódł w nieznane, a teraz jak Frankenstein obawiał się potwora, którego stworzył. Ale profesjonalizm z trudem umiera i dlatego Mike działał dalej.
— Za półtorej minuty wybuchną ładunki — ciągnął łagodnym, ale zdecydowanym tonem. W oddali dudniły armaty i grzmiały karabiny, co bardziej się czuło niż słyszało, a wokół rozlegał się odgłos kapania wody z pękniętych rur. — Przyjrzyjmy się temu przez systemy w hełmach. Właśnie po to zwiadowcy umieścili sondy wizyjne. Poza tym będziemy mogli w ten sposób zobaczyć, czy nasza mała wyprawa sprowokuje jakąś zorganizowaną odpowiedź.
Poczuł, że ogarnia go nieodparte zmęczenie, i zastanawiał się, co by się stało, gdyby teraz zasłabł. Po sposobie, w jaki żołnierze patrzyli na niego, prawie spodziewał się, że przy najmniejszych oznakach słabości rzuciliby się na niego w jakimś krwiożerczym szale.
— Kiedy budynki runą, jednostki pancerne powinny móc przedrzeć się do głównej linii obrony. Kiedy tak się stanie, dołączymy do nich i, miejmy nadzieję, udamy się na zasłużony odpoczynek. — Uśmiechnął się ze znużeniem na dźwięk na wpół radosnych okrzyków. — A teraz opuście przyłbice, jeśli nie chcecie stracić przedstawienia.
Skrył się jak żółw w swoim pancerzu. Żołnierze nadal gapili się na niego, ale teraz przynajmniej ich nie widział.
— Michelle, połącz mnie z generałem Housemanem.
— Dobra, Mike.
W głośnikach zaszumiało; generał Houseman musiał być daleko od stanowiska dowodzenia, skoro używał przekierowania na zwykłej częstotliwości wojskowej.
— O’Neal? Co cię jeszcze zatrzymuje? — zapytał niecierpliwie generał.
Mike słyszał regularne grzmoty artylerii w tle i bliski terkot ciężkiej broni maszynowej.
— Ładunki są podłożone i za chwilę wybuchną, sir — powiedział i spojrzał na zegar odliczający czas do eksplozji.
— Mieliśmy drobne kłopoty.
— Tak, widzieliśmy na monitorach, co zrobili z wahadłowcami. To ty opuściłeś swoją pozycję?
— Tak, sir.
— Nie szalej tak, synu, jeszcze zdążysz się wykazać w tej wojnie.
— Tak jest, sir.
Mike nie mógł wytłumaczyć na otwartym kanale niepohamowanej ślepej furii, która go ogarnęła po śmierci Wiznowskiego.
— To kiedy będzie wybuch?
— Za… dwadzieścia pięć sekund — odpowiedział Mike.
Podzielił ekran, żeby przyjrzeć się uwięzionym dywizjom. Sytuacja nie wyglądała dobrze.
— Doskonale, wojska pancerne naprawdę potrzebują pomocy. Powodzenia, synu, tylko tak dalej.
— Tak jest, sir, dziękuję.
— Koniec.
Mike przechwycił obraz ze zdalnych czujników i przesłał go do hełmów plutonu, żeby każda drużyna widziała swój budynek. Na górze ekranu widniał zegar odliczający czas. Dokładnie w chwili zero z niższych kondygnacji budynku wzbiły się kłęby pyłu, buchnął ogień i wyleciały różne dziwne rzeczy. Budynki zaczęły się powoli przechylać, stopniowo coraz szybciej, i w końcu runęły na ziemię wśród gradu kawałków gruzu.
W sieci komunikacyjnej plutonu rozległy się radosne okrzyki, a żołnierze śmiali się i klęli z ulgą. Dopiero w tej chwili Mike zdał sobie sprawę, jak mało wierzyli dotąd w powodzenie misji. Tylko kilku z nich zakładało, że budynki mogą runąć. Potrząsnął głową i zastanawiał się, dlaczego żołnierze po prostu nie uciekli na tyły.
Odrzucił na bok tę myśl i nakazał podoficerom zebrać się do wymarszu. Kiedy pluton ruszył w stronę komór powietrznych, Mike uaktualnił schemat bitwy. Musiał zapytać Michelle, czy odczyty były dokładne.
Było za dużo przerw w łańcuchu. Żołnierze w oblężonych budynkach stanowili mieszaninę obywateli pięciu różnych krajów. Mimo że powstała prosta droga wyjścia, obecność Posleenów i zerwana łączność spowodowały, że żadna z jednostek nie mogła otwarcie wesprzeć grenadierów.
Przez krótką chwilę patrzenia na monitor porucznik O’Neal wyobraził sobie śmierć własną i żołnierzy pod swoją komendą. On i żołnierze z drugiego batalionu trzysta dwudziestego piątego pułku piechoty zrobili swoje aż z nawiązką. Ale czasem nie wystarczy, żeby żołnierz robił swoje najlepiej jak umie. Żołnierz musi kontynuować misję, dopóki jej do końca nie wykona. Misja jednostek pancerzy wspomaganych polegała na przełamaniu pierścienia oblężenia i uwolnieniu jednostek pancernych. Fakt, że sytuację komplikowała niezdolność konwencjonalnych jednostek do utrzymania łączności, nie miał znaczenia. Misja nie była zakończona.
— Czekajcie.
Mike przywołał klawiaturę i zaczął sprawdzać różne scenariusze. Tymczasem żołnierze zbiorowo wstrzymali oddech. Nie wiedzieli, jaki czarny anioł rozpostarł nad nimi cień swoich skrzydeł, ale byli całkowicie pewni, że obiecany raj oddala się.
— Nadal nie mogą się ruszyć.
Żołnierze zaszurali nogami i zaczęli sprawdzać swoją praktycznie nie używaną broń. Lufy, granaty na miejscu, wyrzutnia obrotowa. Mike wystukał polecenie i wyświetliła się wolna droga z sutereny na wybrzeże morza. Duże zbiorniki na wodę morską doskonale nadawały się do ich celów.
— Grenadierzy nie mogą po prostu wykurzyć Posleenów. Spójrzcie.
Wyświetlił obraz, na którym czerwone i niebieskie ikony unosiły się w ciemnościach jak zło czające się w mroku.
— Teraz Posleeni są przyparci do muru, ale dysponują wystarczającymi siłami, żeby wytrzymać, i nie ma dobrego sposobu, żeby przełamać ten impas w krótkim czasie.
Mike wyświetlił schemat wojsk nacierających z obu stron na Posleenów.
— Trzeba uderzyć na nich z boku, najlepiej od morza, i zepchnąć ich w głąb lądu.
Zniknęła strzałka pokazująca wnętrze lądu i pojawiła się druga, wskazująca morze i kierunek spychania Posleenów z ich obecnej pozycji.
— I wygląda na to, że musimy to zrobić my — zakończył.
Wypił łyk chłodnej wody z pancerza i uśmiechnął się drapieżnie. Zrzucenie budynków na drani to tylko fragment zadania. A teraz szykowała się walka na ziemi, jeden na jednego. Prawdziwa rzeź. Już dawno nadszedł czas, żeby słać trupy Posleenów. I żeby ich stosy rosły.