Выбрать главу

— Sprawdzić cel!

Nie chciał, żeby żołnierze strzelali na oślep z granatników, skoro w pobliżu znajdowały się sojusznicze jednostki.

Granaty były ładunkami antymaterii wewnątrz osłony z czystego osmu. Skutek wybuchu każdego z nich był porównywalny z eksplozją studwudziestomilimetrowego pocisku z moździerza. Promień strefy silnego rażenia, obszaru całkowitego zniszczenia, wynosił piętnaście metrów, a promień strefy słabego rażenia blisko trzydzieści pięć. Samo użycie granatów w bezpośrednim sąsiedztwie Panzergrenadiere było niebezpieczne. Granaty nie rozpryskiwały się jednak tak bardzo jak pociski moździerzowe i były nieco mniej skuteczne na większą odległość; w strefie słabego rażenia prawdopodobieństwo zabicia człowieka na otwartym terenie nie sięgało piętnastu procent.

Program spowodował wystrzelenie podwójnego strumienia granatów wzdłuż szerokiego na siedemdziesiąt pięć metrów bulwaru. Granaty upadały w odległości piętnastu metrów od zajmowanego przez Posleenów budynku i w promieniu dwudziestu metrów. Dlatego strefa całkowitego zniszczenia obejmowała pięćdziesiąt metrów od megawieżowca będącego w rękach Posleenów, a dalsze dwadzieścia pięć metrów znajdowało się w strefie słabego rażenia. Długość rzutu wynosiła od trzydziestu metrów do blisko kilometra od frontu jednostek pancerzy wspomaganych. Strefa słabego rażenia sięgała pozycji Panzergrenadiere, ale większość, jeśli nie wszyscy grenadierzy, zdążyła się już ukryć.

* * *

Wybuchy rozszalały się po całym bulwarze i Tulo’stenaloor wiedział już, co teraz będzie. Zdawało się, że biały ogień obejmuje całą szerokość alei, a potężne eksplozje następują ułamek sekundy jedna po drugiej. Droga ucieczki przez południowy budynek była odcięta; większość wejść uległa zniszczeniu podczas walki, a te, które pozostały, były zapchane pieszą flotą lub spodkami.

Kiedy ogień zaporowy zbliżał się do jego wycofującego się batalionu, mistrz kulił się w krótkich chwilach między wybuchami. Wszystkie granaty wystrzeliwano jednocześnie, ale ponieważ niektóre miały większą odległość do przebycia, odstępy czasu między nimi zwiększały się w miarę wycofywania się wojsk.

Wiedział, że może uciec, zostawić oolt’os i razem z innym kessentai umknąć w tenarach. Ale stracić swoje oolt’ondai, które tak wytrwale budował przez lata z najlepszego materiału genetycznego? Nie, wolał umrzeć niż zaczynać od początku. Jak Lot prowadził swoją watahę w bezpieczne miejsce, a klęska nadchodziła wielkim krokami.

Kiedy zbliżyli się do odległego skrzyżowania, a cisza przeciągała się w nieskończoność, Tulo’stenaloor w końcu odważył się spojrzeć za siebie.

Od oceanu do połowy długości budynku rozciągał się dywan trupów Po’oslena’ar, przemieszane kotłowisko ciał oolt’os i kessentai, którzy w obliczu śmierci różnili się od siebie tylko rozmiarami. W tej rozległej rzeźni żaden Po’os nie poruszał się, nie było żywej duszy. Energia wybuchów wywołała ogromny wzrost temperatury w bezpośrednim otoczeniu. Powietrze wypełniał swąd pieczonego mięsa Posleenów, usmażone ciała lekko parowały, a z roztrzaskanych tenarów unosiły się kłęby dymu.

Kiedy oolt’ondai Tulo’stenaloora skręciło na południe, mistrz obejrzał się jeszcze raz i spostrzegł, jak morski demon migocze i zamienia się w grupkę młóciw w metalicznych pancerzach kosmicznych. I tyle zostało po morskim demonie. Na jego oczach wykończyli swoimi straszliwymi srebrnymi błyskawicami kilku rozproszonych oolt’os i ruszyli wzdłuż bulwaru w dudniących podskokach. Tulo’stenaloor pomyślał: ci tresh’akrenallai byli chytrzy, oj chytrzy.

38

Prowincja Andata, Diess IV
10:09 czasu uniwersalnego Greenwich, 19 maja 2002

Major Steuben podciągnął się na kawałku gruzu i wytarł krew z ust. Bezustannie dzwoniło mu w uszach, ale był żywy, o co nie założyłby się przez ostatnie dwadzieścia cztery godziny. Całkowita utrata słuchu wydawała się w obecnej sytuacji niewielką ceną do zapłacenia. Próbował wstać, ale fala zawrotów głowy zwyciężyła go i musiał znowu usiąść. Zauważył pierwszą drużynę zwiadowców, która zbliżała się w podskokach i rzucała srebrnymi błyskawicami. Huk broni kinetycznej brzmiał w uszach Steubena jak głuche dudnienie, ale był to pierwszy dźwięk, jaki major usłyszał od czasu eksplozji.

Pamiętał, jak płomień z paszczy smoka strącił z nieba nacierającego Wszechwładcę jak muchę. Wspomnienie podziałało jak kubeł zimnej wody i major zszedł natychmiast z rumowiska, chwycił w przelocie G-3 i ruszył w stronę jednego z bunkrów, które pospiesznie usypali grenadierzy. Chciał dostać się do systemów łączności, skoro wydawało się, że jednostka mogła cudem przetrwać. Zanim tam dotarł, drogę zagrodził mu czołg Leopard, który plunął ogniem i barwił wodę krwią Posleenów. Huk głównego działa stanowił znowu zamach na Steubena i major stracił na chwilę wszelką nadzieję na odzyskanie słuchu w tym wściekłym, chaotycznym świecie.

Kucnął za uszkodzoną ścianą i wystawił za róg lufę karabinu. Scena za rogiem była jeszcze bardziej wstrząsająca niż to, co się tu rozgrywało przez ostatnie dni. Major widział, jak głowy holograficznego smoka zieją ogniem na Posleenów stłoczonych od strony morza. Posleeni nie mogli uciec i teraz ich szeregi rozmywały się pod gradem kul jak gliniane urwisko zalane strumieniem wody z węża strażackiego. W powietrzu fruwały kawałki ciał i krople krwistej mazi, kiedy na Posleenów zionął metaliczny oddech smoka. Stosy trupów rosły tak wysoko, że stały się dla smoka przeszkodą, więc jego niższe głowy musiały się unieść ponad stertą na całą swoją wysokość, i wtedy dopiero mogły dalej zionąć językami ognia. Kiedy głowy opadły z powrotem razem ze środkową głową, wyleciała z nich grupka małych okrągłych obiektów.

Majorowi Steubenowi zajęło trochę czasu, zanim domyślił się, co to za obiekty. Poinformowano go, całe tysiąclecia temu na Ziemi, o możliwościach pancerzy wspomaganych floty. Patrzył, jak niewinnie wyglądające, stosunkowo drobne kuleczki dryfują leniwie w górę, a potem zaczynają opadać. Nagle zbladł jak papier, wrzasnął „POCISK!” i zanurkował w tył z rękami na uszach.

Następnie podniósł się na nogi i wyszedł chwiejnym krokiem na ulicę. Kiedy pojawiła się druga grupa zwiadowców, major wybiegł naprzeciw jednego z nich, podoficera, sądząc po belkach na ramieniu. Steuben miał nadzieję, że sierżant go widzi. Nie było widocznej przyłbicy, pochyły przód hełmu wykonany był z gładkiej, szarej stali plastycznej.

— Oficerze! — zawołał do żołnierza, pochylając się nad naszywką na kołnierzyku. — Muszę pomówić z pańskim dowódcą!

Broń żołnierza nawet nie drgnęła i dalej wyrzucała strumienie pocisków w stronę celów. Major trzasnął żołnierza w ramię; poczuł się tak, jakby uderzył belkę dwuteową i o mało nie złamał sobie ręki. Miał wrażenie, że mówi do jakiegoś bezdusznego robota, i przez chwilę zastanawiał się, czy w pancerzu jest rzeczywiście żywy człowiek.

— Eine Minute bitte, Herr Major. Der Leutnant ist hierher unterwegs — powiedział żołnierz doskonałą niemczyzną.

— Was? Was? Ich bin ein wenig taub.

Głośniej!

— Eine Minute bitte, Herr Major. Der Leutnant ist hierher unterwegs — zagrzmiał znów pancerz.

— Sind Sie Deutscher? — krzyknął zaskoczony major Steuben, który wyraźnie widział czerwono-biało-niebieską tabliczkę na ramieniu pancerza.

— Nein, Herr Major, Amerikaner. Die Rüstung hat einen Übersetzer. Bitte, Herr Major, ich muss gehen. (Nie, panie majorze, Amerykaninem. W pancerzu jest translator. Przepraszam, panie majorze, muszę iść).