— I co robił? Znaczy, one przecież nie jedzą, więc…
— Czyścił ją, jakoby… — Panna Maccalariat zdołała w tym miejscu zasugerować jakieś mroczne podejrzenie. — Ale słyszałam, że mówi się o nich „pan”.
— No, wykonują czasem różne drobne zadania, bo nie lubią przerywać pracy — wyjaśnił Moist. — Preferujemy używanie wobec nich grzecznościowego „pan”, gdyż, no… „to coś” nie wydaje się właściwe, a są pewne… pewne osoby, do których określenie „panna” zwyczajnie nie pasuje, panno Maccalariat.
— Tu chodzi o zasady, panie Lipwig — stwierdziła stanowczo kobieta. — Nikt, do kogo zwracają się „pan”, nie ma prawa wstępu do damskiej. Takie rzeczy prowadzą do różnych migdaleń. A na to nie pozwolę, panie Lipwig.
Moist popatrzył na nią. Potem obejrzał się na pana Pompę, który zawsze był w pobliżu.
— Panie Pompa, czy jest jakiś powód, by któryś z golemów nie dostał nowego imienia? — spytał. — W interesie unikania migdaleń?
— Nie, Panie Lipwig — zadudnił golem.
Moist zwrócił się do panny Maccalariat.
— Czy „Gladys” może być, panno Maccalariat?
— Gladys będzie wystarczająca, panie Lipwig. — W głosie panny Maccalariat zabrzmiała więcej niż tylko nutka tryumfu. — Musi być odpowiednio ubrana, ma się rozumieć.
— Ubrana? — powtórzył niepewnie Moist. — Ale przecież golemy nie… nie mają… — Zadrżał pod jej spojrzeniem i zrezygnował. — Tak, panno Maccalariat. Jakaś bawełna w kratę, jak sądzę. Panie Pompa?
— Zorganizuję To, Poczmistrzu — obiecał golem.
— Czy to już wszystko, panno Maccalariat? — upewnił się Moist z pokorą.
— Na razie tak — odparła, jakby żałowała, że chwilowo nie ma już na co się skarżyć. — Pan Groat wie o mnie, co trzeba, poczmistrzu. A teraz powrócę do właściwego wykonywania moich obowiązków, w przeciwnym razie bowiem ludzie znowu spróbują ukraść pióra. Trzeba ich obserwować jak jastrząb, wie pan.
— Dobra kobieta, naprawdę — zapewnił Groat, kiedy już odeszła. — Piąte pokolenie panien Maccalariat. Panieńskie nazwisko zachowują z przyczyn zawodowych, naturalnie.
— Wychodzą za mąż?
Z grupy przy prowizorycznej ladzie dobiegł dźwięczny rozkaz:
— Odłóż to pióro w tej chwili! Myślisz, że jestem zrobiona z piór?
— Tak, sir — przyznał Groat.
— Czy w noc poślubną odgryzają mężowi głowę?
— Nic mi nie wiadomo o takich praktykach, sir. — Groat się zaczerwienił.
— Przecież ona ma nawet wąsik!
— Tak, sir. Dla każdego znajdzie się ktoś na tym wspaniałym świecie, sir.
— Przyszli też inni, którzy szukają pracy… Tak pan mówił, zdaje się.
Tym razem Groat się rozpromienił.
— Szczera prawda, sir! To przez ten kawałek w azecie.
— Znaczy, ten dzisiaj rano?
— Myślę, że to pomogło, sir. Ale sobie myślę, że dopiero popołudniowe wydanie załatwiło sprawę.
— Jakie popołudniowe wydanie?
— Jesteśmy na całej pierwszej stronie, sir! — odparł z dumą Groat. — Położyłem egzemplarz na pańskim biurku na górze…
Moist wepchnął mu w ramiona worek z pocztą.
— Proszę to… posortować — polecił. — Jeśli jest już dość poczty na następną dostawę, niech pan znajdzie jakiegoś młodziaka, który szaleje na punkcie pracy, wsadzi go na konia i jazda. Nie musi się bardzo spieszyć, nazwiemy to nocnym kurierem. Powie mu pan, żeby się spotkał z burmistrzem, a rano wrócił z nową pocztą.
— Tak jest, sir! Moglibyśmy również uruchomić nocnych kurierów do Quirmu i Pseudopolis też, gdybyśmy mogli tak zmieniać konie, jak to robią dyliżansy…
— Zaraz… A czemu dyliżansy pocztowe nie mogą wozić poczty? Wciąż nazywają się „pocztowe”, prawda? Wiemy, że po cichu zabierają przesyłki od każdego. No więc Urząd Pocztowy wraca do akcji. Wezmą nasze listy. Proszę iść, znaleźć tego, kto nimi kieruje, i mu to przekazać.
— Tak jest, sir! — odpowiedział radośnie staruszek. — Myślał pan już, jak będziemy wysyłać pocztę na księżyc?
— Po kolei, panie Groat.
— To do pana nie pasuje, sir. Wszystko naraz jest bardziej w pana stylu.
Chciałbym, żeby nie było, pomyślał Moist, wolno wchodząc na piętro. Ale trzeba się spieszyć. Zawsze się spieszył. Całe życie. Spiesz się, bo nigdy nie wiesz, co próbuje cię dogonić…
Zatrzymał się na schodach.
Nie pan Pompa!
Golem nie wyszedł z Urzędu Pocztowego. Nie próbował go gonić! Dlaczego? Bo wyjechał w sprawie poczty? Na jak długo może wyjechać w sprawie poczty? Może zdoła upozorować własną śmierć? Stary numer ze stosem ubrań na plaży? Warto zapamiętać. Niezbędna jest tylko odpowiednia przewaga. Jak właściwie pracuje umysł golema? Trzeba będzie zapytać pannę…
Panna Dearheart! Wpadł w taką euforię, że zaprosił ją na kolację! W tej chwili to może być problem, ponieważ cała dolna część jego ciała płonęła i to akurat nie pożądaniem dla panny Dearheart. Co tam, pomyślał, wchodząc do gabinetu, może uda się znaleźć restaurację z miękkimi fotelami…
SZYBCIEJ NIŻ ŚWIATŁO
„Staroświecka” Poczta wygrywa z Sekarami
Poczmistrz doręcza, mówi: „Nos nie zagrał”
Szokujące sceny w Urzędzie Pocztowym
Tytuły krzyczały do niego od chwili, kiedy przestąpił próg. Miał ochotę też na nie krzyknąć.
Oczywiście, powiedział to wszystko. Ale powiedział do niewinnie uśmiechniętej twarzy panny Sacharissy Cripslock, nie do całego świata! A ona zapisała to bardzo dokładnie i nagle… widział coś takiego.
Moist nigdy się nie przejmował azetami. Był artystą. Nie interesowały go wielkie plany. Oszukiwał człowieka przed sobą, patrząc mu szczerze w oczy.
Ale musiał przyznać, że obrazek się udał. Stojący dęba koń, skrzydlata czapka, a przede wszystkim lekkie rozmazanie od prędkości. To robiło wrażenie.
Uspokoił się trochę. Urząd Pocztowy działał. Wysyłano listy. Doręczano przesyłki. Zgoda, większa część tego wynikała z faktu, że sekary nie pracują, ale może z czasem ludzie zrozumieją, że list do siostry w Sto Lat nie musi kosztować trzydziestu pensów i, być może, dotrzeć tam za godzinę, ale wystarczy, jeśli za skromne pięć pensów będzie u celu rankiem.
Stanley zastukał i otworzył drzwi.
— Herbaty, panie Lipwig? — zaproponował. — I bułeczkę?
— Jesteś aniołem w przebraniu, Stanley — odparł Moist.
Usiadł ostrożnie i skrzywił się.
— Bardzo dziękuję, sir — odparł chłopak z powagą. — Mam dla pana wiadomości, sir.
— Świetnie, Stanley — powiedział Moist. Nastąpiła długa chwila ciszy, nim sobie przypomniał, że rozmawia ze Stanleyem. — Powtórz mi te wiadomości, Stanley — dodał więc.
— Ta dama od golemów przyszła tu i powiedziała… — Stanley przymknął oczy. — „Powtórz tej Błyskawicy, że rano będzie miał kolejne osiem golemów, a jeśli nie jest zbyt zajęty robieniem cudów, przyjmę jego zaproszenie na kolację w Le Foie Heureux, spotkanie pod Załatanym Bębnem o siódmej”.
— Radosna Wątróbka? Jesteś pewien? — Ale oczywiście nie mogło być pomyłki. To przecież Stanley. — Ha, tam przecież nawet zupa kosztuje piętnaście dolarów! — westchnął Moist. — I trzeba czekać trzy tygodnie na rozmowę, zanim w ogóle się zastanowią nad rezerwacją. Ważą człowiekowi portfel! Czy jej się wydaje, że ja…
Jego wzrok padł na „skrzynkę pana Robinsona” stojącą niewinnie w kącie gabinetu. Lubił pannę Dearheart. Większość ludzi jest… dostępna. Wcześniej czy później daje się odkryć sprężyny, które ich napędzają. Nawet panna Maccalariat ma ukrytą gdzieś dźwignię, choć to przerażająca myśl. Ale Adora Belle broniła się, a w dodatku broniła się, zanim jeszcze została zaatakowana. Była wyzwaniem, a zatem fascynowała. Była tak cyniczna, tak niechętna, tak najeżona… W dodatku odnosił wrażenie, że ona potrafi w nim czytać o wiele, wiele lepiej niż on w niej. Ogólnie biorąc, była intrygująca. No i świetnie wyglądała w gładkiej, prostej sukience, o tym też nie można zapominać.