Выбрать главу

— W porządku. Dziękuję ci, Stanley — powiedział. — Coś jeszcze?

Chłopak położył mu na biurku arkusz trochę wilgotnych, zielonoszarych znaczków.

— Pierwsze dolarowe, sir — oznajmił.

— Słowo daję, Spools naprawdę się postarał! — Moist przyjrzał się setkom małych zielonych obrazków uniwersyteckiej Wieży Sztuk. — Nawet wyglądają na warte dolara.

— Zgadza się, sir. Prawie nie widać tego małego ludzika, który skacze ze szczytu.

Moist wyrwał chłopcu z ręki arkusz.

— Co takiego? Gdzie?

— Potrzebne jest szkło powiększające, sir. I on jest tylko na kilku. Na niektórych jest w wodzie. Pan Spools bardzo przeprasza, sir. Mówi, że to pewnie jakaś indukowana magia. Że niby nawet obrazek wieży magów jest sam w sobie trochę magiczny. Na innych też jest parę błędów. Na niektórych czarnych jednopensowych druk się trochę nie udał i lord Vetinari ma siwe włosy, sir. A niektóre nie mają kleju, ale to nie przeszkadza, bo ludzie takie właśnie chcieli.

— Po co?

— Mówią, że są tak dobre jak prawdziwe pensy, ale o wiele lżejsze, sir.

— Lubisz znaczki, Stanley? — zapytał łagodnie Moist.

Czuł się o wiele lepiej na siedzeniu, które nie podskakuje bez przerwy.

Stanley się rozpromienił.

— O tak, sir. Naprawdę, sir. Są cudowne, sir. Zachwycające, sir!

Moist uniósł brew.

— Aż tak dobre?

— To jakby… jakby być przy tym, kiedy wynaleźli pierwszą szpilkę, sir! — Twarz Stanleya jaśniała.

— Doprawdy? Pierwszą szpilkę, tak? Niezwykłe… No cóż, w takim razie, Stanley, mianuję cię kierownikiem znaczków. Całego wydziału. Złożonego właściwie z ciebie. Jak ci się to podoba? Domyślam się, że już teraz wiesz o nich więcej niż ktokolwiek inny.

— Och, wiem, sir. Na przykład w pierwszym wydruku znaczków pensowych użyli innego rodzaju…

— Dobrze — przerwał mu pospiesznie Moist. — Brawo. Mogę sobie zatrzymać ten pierwszy arkusz? Na pamiątkę?

— Oczywiście, sir. Kierownik znaczków, hm… Czy dostanę specjalną czapkę?

— Jeśli chcesz — zgodził się wspaniałomyślnie Moist. Złożył arkusz i wsunął do wewnętrznej kieszeni. O wiele wygodniejsze niż dolary… Naprawdę niesamowite. — Albo może koszulkę? — zaproponował. — No wiesz… „Zapytaj mnie o znaczki”?

— Dobry pomysł, sir! Mogę iść i opowiedzieć panu Groatowi, sir? Będzie ze mnie taki dumny, sir!

— Ruszaj. Ale wróć tu za dziesięć minut, dobrze? Będę miał dla ciebie list do doręczenia… osobiście.

Stanley wybiegł.

Moist otworzył drewnianą skrzynkę, która posłusznie rozsunęła swoje tacki, i rozprostował palce.

Hm… Zdawało się, że każdy, kto… kto był kimś w tym mieście, drukował papier listowy u Teemera i Spoolsa. Moist przerzucił zdobyte niedawno próbki i w końcu znalazł:

KOMPANIA WIELKIEGO PNIA

„Z Prędkością Światła”

Gabinet Prezesa

To było kuszące. Niezwykle kuszące. Tamci byli bogaci, bardzo bogaci. Nawet przy obecnych kłopotach wciąż byli ważni. A Moist nie spotkał jeszcze kelnera, który nie lubi pieniędzy.

Znalazł egzemplarz wczorajszego „Pulsu”. Był tam obrazek… tak, tutaj: obrazek Reachera Gilta, prezesa Wielkiego Pnia, na jakimś przyjęciu. Wyglądał jak lepszej klasy pirat, może bukanier, ale taki, który nie żałuje czasu, by wypolerować swoją deskę. Te długie czarne włosy, ta broda, ta opaska na oku i… bogowie… ta papuga! To był wizerunek, nie ma co…

Moist nie zawracał sobie głowy kompanią Wielkiego Pnia. Była zbyt wielka, a z tego, co słyszał, zatrudniała praktycznie własną armię — w górach zdarzały się groźne sytuacje, a człowiek był tam często bardzo daleko od czegokolwiek przypominającego strażnika. Ludzi, którzy sami egzekwują prawo, lepiej jest nie okradać. Mają skłonność do bardzo stanowczych działań.

Ale to, co planował w tej chwili, to przecież nie jest kradzież. Może nawet nie naruszał prawa. Oszukanie maître d’ to praktycznie służba publiczna.

Raz jeszcze przyjrzał się obrazkowi. Hm… Jak taki człowiek pisze własne nazwisko?

Hm… Litery zamaszyste, ale niewielkie… taki pewnie jest charakter pisma Reachera Gilta. Prezes jest tak elegancki, tak towarzyski, ma tak otwartą osobowość, że ktoś znający się na takich sprawach musi się zastanawiać, czy to nie kolejny odprysk szkła próbuje błyszczeć jak diament. A istota oszustwa polega na tym, by dzięki fałszywym sugestiom i wyborze właściwej chwili sprawić, że szkło bardziej będzie przypominało diament niż sam diament.

W każdym razie warto spróbować. Przecież nie planuje żadnego szwindlu, nie w ścisłym sensie.

Hm… Małe, ale zamaszyste, tak… Ale ktoś, kto nigdy nie widział pisma tego człowieka, spodziewałby się raczej liter ekstrawagancko dużych i zakręconych, jak on sam.

Moist zbliżył pióro do papieru… i napisał:

Maître d’

Le Jaie Heureux

Byłbym niezwykle wdzięczny, gdyby dzisiaj o ósmej znalazł pan stolik dla mojego dobrego przyjaciela, pana Lipwiga, i jego damy.

Reacher Gilt

Niezwykle wdzięczny — to dobre. Reacher Gilt pewnie rozrzuca napiwki jak pijany marynarz.

Moist złożył list i właśnie adresował kopertę, gdy weszli Stanley i Groat.

— Ma pan list, panie Lipwig — oznajmił z dumą Stanley.

— Owszem, tutaj…

— Nie, chodziło mi o to, że przyszedł do pana — sprostował chłopak.

Wymienili się kopertami. Moist zerknął na otrzymaną i otworzył ją kciukiem.

— Mam złe wieści, sir — poinformował Groat, kiedy Stanley wyszedł.

— Hm… — mruknął Moist, wpatrując się w list.

Poczmistrzu,

linia sekarowa do Pseudopolis będzie miała awarię jutro o dziewiątej rano.

Dymiące Gnu

— Tak jest, sir. Poszedłem do biura dyliżansów — ciągnął Groat — i powtórzyłem im to, co pan mówił, sir. A oni powiedzieli, żeby pan pilnował swoich spraw, bardzo będą wdzięczni, a oni przypilnują swoich.

— Hm — powtórzył Moist, wciąż oglądając list. — No, no… Słyszał pan o kimś, kto nazywa się „Dymiące Gnu”, panie Groat?

— A co to jest gnu, sir?

— Chyba taka trochę niebezpieczna krowa — wyjaśnił Moist. — Ehm… Co pan mówił o tych ludziach od dyliżansów?

— Napyskowali mi, sir — oświadczył Groat. — Powiedziałem im, powiedziałem, że jestem wicenaczelnym poczmistrzem, a oni na to: „I co z tego?”, sir. Więc im powiedziałem, że wszystko panu powtórzę, a oni… chce pan wiedzieć, co oni wtedy, sir?

— Hm. Nie mogę się doczekać, Tolliverze… — Moist raz po raz przebiegał wzrokiem po dziwnym liście.

— Powiedzieli: „Tak, akurat”, sir — rzekł Groat, promieniejący sprawiedliwym gniewem.