— Ale bogowie są po jego stronie, Reacher — rzekł Nutmeg.
— Może o tym porozmawiamy? — zaproponował Gilt. — Czy to stwierdzenie jeszcze komuś wydaje się dziwne? Bogowie nie są znani z prezentów bez dodatkowych obciążeń, prawda? Zwłaszcza takich prezentów, których można dotknąć. Nie, obecnie ograniczają się do rzeczy typu łaska, cierpliwość, męstwo i moc wewnętrzna. Rzeczy, których nie widać. Rzeczy niemające wartości. Bogowie interesują się raczej prorokami niż profitami, cha, cha.
Koledzy dyrektorzy byli zdezorientowani.
— Nie całkiem to załapałem, staruszku — powiedział Stowley.
— Prorocy, powiedziałem, nie profity — powtórzył Gilt. Machnął ręką. — Nie przejmujcie się, to w końcu drobiazg. Krótko mówiąc, dar niebios dla pana Lipwiga okazał się wielkim kufrem monet. Z których część była w czymś, co wyglądało zupełnie jak worki bankowe, a wszystkie miały współczesne nominały. Czy to was nie dziwi?
— No tak, ale nawet kapłani twierdzą, że on…
— Lipwig to aktor — burknął Gilt. — Czy wam się wydaje, że bogowie przeniosą jego dyliżans? Tak myślicie? To tylko sztuczka, rozumiecie? Dzięki niej znowu trafił na pierwszą stronę, ale to wszystko. Nietrudno go dogonić. On nie ma żadnego planu prócz tego, by paść bohatersko. Nikt chyba naprawdę nie spodziewa się, że on wygra. Prawda?
— Słyszałem, że ludzie stawiają na niego duże pieniądze.
— Ludzie z zachwytem witają doświadczenie, jak dać się oszukać, jeśli tylko obiecuje ono pewną dawkę rozrywki — stwierdził Gilt. — Znacie dobrego bukmachera? Chętnie bym postawił niewielką kwotę. Może pięć tysięcy dolarów?
Wzbudził tym trochę śmiechu, więc kontynuował:
— Panowie, bądźmy rozsądni. Żaden bóg nie przyjdzie z pomocą naszemu poczmistrzowi. Ani żaden mag. Nie są zbyt szczodrzy ze swoją magią, a my i tak szybko byśmy się dowiedzieli, gdyby jej używał. Nie, zależy mu na reklamie, nic więcej. Co jednak nie znaczy… — tu mrugnął — …że nie powinniśmy, jak by to ująć, uczynić pewnego wyniku podwójnie gwarantowanym.
Jeszcze bardziej się ożywili. Bo brzmiało całkiem jak to, co chcieli usłyszeć.
— W końcu w górach zdarzają się wypadki — zauważył Greenyham.
— To rzeczywiście prawda. Jednakże chodziło mi o Wielki Pień. Poprosiłem więc pana Pony’ego, żeby opisał nasze procedury. Panie Pony…
Mechanik niespokojnie przesunął się na krześle. Miał za sobą ciężką noc.
— Chciałbym, by zaprotokołowano, panie Gilt, że nalegałem na sześciogodzinne wyłączenie wież przed startem — powiedział.
— Owszem, a protokół wykaże również, że powiedziałem, iż to zupełnie niemożliwe — odparł Gilt. — Po pierwsze dlatego, że byłaby to niewybaczalna utrata wpływów, a po drugie dlatego, że nieprzekazywanie żadnych wiadomości przekaże publiczności nieodpowiednią wiadomość.
— Wyłączymy więc ruch na godzinę przed startem i wyczyścimy wszystko — mówił pan Pony. — Każda wieża wyśle na Tump sygnał gotowości, potem zarygluje wszystkie drzwi i będzie czekać. Nikt nie ma prawa wchodzić ani wychodzić. Przekonfigurujemy wieże, żeby działały w dupleksie. To znaczy — przetłumaczył dla kierownictwa — że linię odbiorczą zmienimy w drugą nadawczą, więc przekaz dotrze do Genoi dwa razy szybciej. W Pniu nie będzie żadnych innych wiadomości aż do zakończenia… wyścigu. Żadnego narzutu, nic. I od teraz, panowie, od chwili, kiedy wyjdę z tego pokoju, nie przyjmujemy żadnych wiadomości od wież bocznicowych. Nawet od tej w pałacu, nawet od tej na uniwersytecie. — Pociągnął nosem i dodał z wyraźną satysfakcją: — A zwłaszcza od tych studentów. Ktoś tam próbował się do nas dobrać.
— To dosyć drastyczne, panie Pony — zauważył Greenyham.
— Na to liczę, drogi panie. Wydaje mi się, że ktoś znalazł sposób wysyłania wiadomości, które mogą uszkodzić wieżę.
— To niemożli…
Pan Pony uderzył dłonią o blat.
— A skąd pan tak dobrze się zna? Czy przesiedział pan pół nocy, próbując to wszystko rozgryźć? Czy rozłożył pan kiedyś bęben dyferencjalny otwieraczem do puszek? Zauważył pan, jak zwory matrycy można zrzucić z łożyska mimośrodowego, jeśli wbije się literę K, a potem wyśle ją do wieży z adresem wyższym niż własny, ale tylko wtedy, kiedy najpierw wbije się literę Q, a sprężyna bębna jest w pełni napięta? Widział pan, jak dźwignie klawiszy klinują się razem, sprężyna przepycha ramę do góry i odsłania się przekładnia pełna zębów? A ja widziałem.
— Czy mówimy tu o sabotażu? — spytał Gilt.
— Może pan to nazwać, jak pan chce — odparł Pony, ledwie przytomny ze zdenerwowania. — Dziś rano poszedłem do składu i wygrzebałem bęben, który w zeszłym miesiącu zdjęliśmy z wieży 14. Mógłbym przysiąc, że zdarzyło się to samo. Ale awarie zwykle występują w wieży górnej, w skrzynkach przesłonowych. Tam…
— Czyli nasz pan Lipwig stał za kampanią sabotaży w wieżach… — rzucił Gilt.
— Nie powiedziałem tego! — zawołał Pony.
— Nie musimy wymieniać żadnych nazwisk — zapewnił gładko Gilt.
— To tylko nieudana konstrukcja — wyjaśnił Pony. — Moim zdaniem któryś z chłopaków znalazł przypadkiem tę metodę, a potem spróbował jeszcze raz, żeby sprawdzić, co się stanie. Oni już tacy są, ci chłopcy w wieżach. Wystarczy im pokazać kawałek skomplikowanej maszynerii, a cały dzień będą próbowali sprawić, żeby nie działał. Na całym Pniu tak kombinują, naprawdę.
— Ale dlaczego zatrudniamy takich ludzi? — zapytał wyraźnie oszołomiony Stowley.
— Bo to jedyni ludzie, którzy są skłonni spędzić życie na jakiejś wieży na pustkowiu, wciskając klawisze. Oni to lubią.
— Ale ktoś w wieży musi te klawisze wcisnąć, żeby zdarzyły się… te straszne rzeczy — zauważył Stowley.
Pony westchnął. Nigdy ich to nie interesowało. Chodziło im tylko o pieniądze. Nie mieli pojęcia, jak cokolwiek działa. A potem nagle chcą się czegoś dowiedzieć i człowiek musi do nich mówić jak do dziecka.
— Chłopcy idą za sygnałem, jak to nazywają. Obserwują sąsiednią wieżę i jak najszybciej powtarzają wiadomość. Nie mają czasu, żeby się zastanawiać. Wszystko z ich wieży wychodzi na bęben dyferencjalny. Oni tylko walą w klawisze, kopią pedały i szarpią dźwignie, jak potrafią najszybciej. Są z tego dumni. Wymyślają nawet różne sztuczki, żeby jeszcze przyspieszyć. Więc nie chcę żadnego gadania o sabotażu, nie w tej chwili. Wyślijmy tę wiadomość jak najprędzej. Chłopakom się to spodoba.
— Wizja jest atrakcyjna — przyznał Gilt. — W ciemnościach nocy wyczekujące wieże… A potem jedna po drugiej ożywają, gdy świetlny wąż pędzi przez świat, płynnie i cicho niosąc swoje… cokolwiek. Musimy znaleźć jakiegoś poetę, żeby o tym napisał. — Skinął Pony’emu. — Jesteśmy w pańskich rękach, panie Pony. Jest pan człowiekiem, który ma plan.
— Nie mam — oświadczył Moist.
— Nie masz planu? — nie dowierzała panna Dearheart. — Chcesz mi wmówić, że…
— Ciszej, proszę, ciszej! — syknął. — Nie chcę, żeby wszyscy się dowiedzieli!
Siedzieli w małej kawiarni niedaleko Szpilkowej Giełdy, która — jak zauważył Moist — nie miała dzisiaj wielu klientów. Musiał wyjść z Urzędu Pocztowego, żeby głowa mu nie eksplodowała.
— Wyzwałeś Wielki Pień! To znaczy, że tylko się chwaliłeś i miałeś nadzieję, że coś się pojawi?
— Dawniej to zawsze działało! Jaki jest sens w obietnicy osiągnięcia tego, co osiągalne? Co by to było za zwycięstwo?