Выбрать главу

Zbici w gromadkę, wpatrywali się w Bisesę.

Jeden z nich, krzepki dwudziestopięciolatek, postąpił naprzód i uścisnął Bisesie dłoń.

— Musisz nam wybaczyć. Nie mamy tu zbyt wielu gości. — Miał duży, pokryty plamami, pijacki nos, brudne czarne włosy związane w koński ogon i gęstą kędzierzawą brodę. Mówił niewyraźnie, z amerykańskim akcentem okraszonym długimi europejskimi samogłoskami.

— Ty jesteś Jurij, prawda? Jechałeś na lodowym rowerze.

— Tak. To ja machałem do was. Nazywam się Jurij O’Rourke. Jestem miejscowym glacjologiem, klimatologiem i czym tylko chcesz. — Szybko przedstawił resztę załogi: Ellie von Devender, fizyk, Grendel Speth, lekarz-biolog, oraz Hanse Critchfield, inżynier odpowiedzialny za energię, transport i podstawowe systemy, a zarazem specjalista od urządzeń wiertniczych, głównych elementów programu badawczego bazy. — Chociaż wszyscy jesteśmy wielozadaniowi — powiedział Jurij — zostaliśmy także przeszkoleni w zakresie paramedycyny…

Ellie von Devender podeszła do Bisesy. Miała około trzydziestu lat, była krępa, włosy miała związane do tyłu. Nosiła okulary w grubych oprawkach, co sprawiało, że nie było widać jej oczu i nadawało jej nieprzyjazny wygląd.

Bisesa powiedziała zaciekawiona:

— Mogłam się spodziewać glacjologa, biologa. Ale fizyk?

Ellie powiedziała:

— Glacjologia to powód istnienia tej bazy oraz obecności Grendel i jej laboratorium. A ja jestem powodem, dla którego pani znalazła się tutaj, pani Dutt.

Jurij poklepał Bisesę po ramieniu.

— Chodźmy obejrzeć to miejsce. — Szybko ich oprowadził po pomieszczeniu mieszkalnym. — Nazywamy je Puszka nr Sześć — powiedział. — Jest wykonana z kopolimeru etylenu…

Puszka nr Sześć stanowiła bąbel, którego ściany pomalowano na kolor morski, fale łudząco przypominały prawdziwe. Podłoga typu plaster miodu pokrywała całe pomieszczenie i Bisesa, patrząc w dół, widziała pod spodem rozmaite zapasy ułożone w sterty. Nie było widać żadnych skafandrów kosmicznych, ale w ścianach widniały jakieś włazy, które mogły prowadzić do pomieszczeń, w których je przechowywano. Wszędzie wokół leżały sterty przedmiotów, które wyglądały jak części zamienne i inne elementy łazików; było tam także małe laboratorium i część medyczna oraz jedno łóżko otoczone różnymi sprzętami, odgrodzone od pozostałej części pomieszczenia zasuwaną plastikową zasłoną. Wszędzie było ciemno, zimno i unosił się kurz, jakby rzadko z tego miejsca korzystano.

Jurij pośpiesznie przeprowadził ich przez małą śluzę powietrzną do drugiego modułu.

— Puszka nr Pięć, naukowa — powiedział. Było tam również obszerniejsze laboratorium i duża część szpitalna oraz coś, co wyglądało jak mała siłownia. Było tam jaśniej, a przytwierdzone do ścian jarzące się panele przedstawiały widoki gór i rzek.

Bisesa mruknęła do Myry:

— Po co dwa laboratoria i dwa stanowiska medyczne?

Myra wzruszyła ramionami.

— Może po to, aby uniknąć skażenia. Zdejmujesz skafander i możesz zajmować się swoimi próbkami i leczyć rany, nie wchodząc do bazy.

— Skażenia załogi przez Marsjan?

— Albo Marsjan przez załogę.

W Puszce nr Pięć Grendel Speth, mała, schludna i szczupła kobieta o czarnych włosach przyprószonych siwizną, szybko pobrała od gości próbki krwi i moczu.

— Żebyście na stacji pozostali zdrowi — powiedziała. — Testy uczuleniowe, tego rodzaju badania. Nasze pożywienie pochodzi z liofilizowanych produktów z Portu Lowella i jarzyn z naszego ogródka. Dodajemy do niego różne składniki, żeby zapewnić indywidualne zapotrzebowanie pokarmowe. Nawet nie będziecie zdawać sobie sprawy z ich obecności…

Teraz Jurij powiódł ich do trzeciego modułu — Puszki nr Trzy, która najwyraźniej stanowiła część sypialną podzieloną na małe sypialnie, ciemne i wyraźnie nieużywane. Następnie przeszli do kolejnego modułu, Puszki nr Dwa. O dziwo, moduł ten był urządzony tak, aby przypominał śródmiejski hotel o nazwie „Mars-Astoria”. Liczne przegrody usunięto, by przestrzeń uczynić bardziej otwartą, chociaż główna część była przeznaczona na małą kuchnię i natrysk z toaletą. Znajdowały się tam cztery łóżka, obok których stały małe szafki i krzesła, a wszystko było zawalone ubraniami i rozmaitymi sprzętami. Elastyczne ekrany umieszczono nad byle jakim krajobrazem miejskim, na którym widniały sceny z życia rodzinnego.

Myra zapytała zaciekawiona:

— Chyba nie wykorzystujecie tego zgodnie z przeznaczeniem, co?

Jurij powiedział:

— Stację Wellsa zbudowano dla dziesięciu osób, a nas jest tylko czworo. Noce są tutaj długie, Myro. Wolimy mieszkać razem.

Potem Jurij poprowadził ich kolejnymi schodami do małej kopuły, a stamtąd w dół schodami wykutymi w lodzie.

— Przepraszam za to wszystko. Jak widzicie, mamy tutaj tylko cztery łóżka, a moduły, których nie wykorzystujemy, są praktycznie zamknięte. Gości na ogół umieszczamy tutaj, w schronie zabezpieczonym przed promieniowaniem… Jeżeli będzie tu wam niewygodnie, możemy otworzyć jeszcze jedną puszkę.

Schodząc Bisesa rozglądała się wokół. Jaskinia wykuta w lodzie stanowiła przysadzisty cylinder podzielony przegrodami na poszczególne segmenty. Zobaczyła kuchnię, stanowisko łączności, kabinę z prysznicem i zagracone pomieszczenie, które wyglądało jak laboratorium lub punkt medyczny. Miejsce to nosiło ślady dowodzące, że było wykorzystywane. Na podłodze koło kuchni i prysznica widać było ślady, ściany i metalowe powierzchnie były porysowane, a w powietrzu unosił się słaby zapach stęchlizny.

Część ściany była odsłonięta i Bisesa zobaczyła, że pokrywa ją dziwny wzór, cienki pas z niewyraźnymi kreskami i zwykłą skalą metryczną. Ten kod kreskowy ciągnął się wzdłuż całej zakrzywionej powierzchni ściany, niby skóra jakiegoś ogromnego węża.

Pokój, który miały dzielić Myra i Bisesa, był na tyle duży, że mieściły się w nim piętrowe łóżka, stół i dwa krzesła. Tylną ścianę pokoju stanowił lód, pokryty warstwą półprzezroczystego plastiku i ozdobiony owym dziwnym wzorem, który opasywał ścianę od końca do końca.

Kiedy rozlokowywały się, Jurij usiadł na łóżku. W tym małym pomieszczeniu zajmował sporo miejsca.

— Tu, w Stacji Wellsa, jest dosyć przytulnie. W rzeczywistości zimno strefy polarnej nie sprawia wielkiego kłopotu. Jeśli na marsjańskim równiku latem, w południe, wyjdzie się na zewnątrz, można sobie odmrozić tyłek. Głównym problemem jest tutaj ciemność — trwająca przez połowę marsjańskiego roku, czyli dwanaście ziemskich miesięcy. Badacze okolic podbiegunowych Ziemi stają przed podobnym wyzwaniem. Wiele się od nich nauczyliśmy. Jednak więcej od Shackletona niż od Scotta.

Myra powiedziała:

— Jurij, nie potrafię umiejscowić twojego akcentu.

— Moja matka była Rosjanką i stąd moje imię, a ojciec był Irlandczykiem, po którym noszę nazwisko. Oficjalnie jestem obywatelem Irlandii, czyli Eurazji. — Wyszczerzył zęby w uśmiechu. — Ale tutaj nie ma to większego znaczenia. Z dala od Ziemi wszystko się trochę przemieszało. — Zwrócił się do Bisesy. — Pani Dutt…

— Bisesa.

— Bisesa. Wiem, że znalazłaś się tutaj z powodu tego, co jest w Jamie.

Bisesa przyjrzała się Myrze badawczo. O co chodzi? Jaka znów Jama?

— Musisz wiedzieć, czym się tu naprawdę zajmujemy. — Przesunął dłoń po pasiastym wzorze na ścianie. Linie były ledwo widoczne, miały nieregularną szerokość i różne barwy. Przypominały kod kreskowy albo spektrogram. — Spójrz na to. Dlatego właśnie tu przyjechałem. Ta tapeta to najpełniejszy obraz jądra, jaki udało nam się uzyskać.