Myra kiwnęła głową.
— Lodowego jądra Marsa.
— Tak jest. Przeprowadziliśmy wiercenia dokładnie w tym miejscu, od szczytu czapy lodowej, i dotarliśmy do głębokości dwa i pół kilometra. Hanse Critchfield z przyjemnością pokaże ci swój sprzęt. Oczywiście to byłyby trzy kilometry, gdyby burza słoneczna nie stopiła górnych warstw lodu. — Potrząsnął głową. — Cholerna szkoda.
Myra przesunęła palec po ścianie.
— I potraficie to zinterpretować, tak samo jak to się robi na Ziemi?
— Jasne. Czapa składa się z kolejnych warstw lodu gromadzących się rok po roku. I za każdym razem „rejestruje” warunki panujące w tym czasie: klimat, zawartość pyłu, promieniowanie kosmiczne, wszystko. Tak jak na Ziemi. Oczywiście szczegóły się różnią. W Grenlandii na przykład roczny opad śniegu wynosi kilkadziesiąt centymetrów. Tutaj szczątkowa warstwa lodu przyrasta rocznie zaledwie o jedną siódmą milimetra.
— Popatrz tutaj. — Stanął przy ścianie, w miejscu gdzie kończył się długi, wijący się pasek. — To jest górna część paska, najświeższe warstwy znajdują się na górze, bo osadziły się na końcu, zgoda? Górna część została zebrana przez załogę Awory przed burzą słoneczną. Kilka centymetrów odpowiada dziesięcioleciom. Te cienkie brązowe paski… — wskazał je kciukiem — odpowiadają globalnym burzom pyłowym. A ten pasek odpowiada temu, co odkrył Mariner 9, kiedy wszedł na orbitę w 1971 roku, cała planeta była otoczona pyłem…
Na Marsie zdarzenia następujące w różnych okresach czasu zostały zarejestrowane na różnych poziomach lodowego rdzenia. Dziesięć centymetrów poniżej można było znaleźć ślady promieniowania, które dotarło do planety w wyniku eksplozji supernowej, jaka miała miejsce przed tysiącem lat w centrum mgławicy Kraba. Każdy metr stanowił znaczącą warstwę zawierającą mikrometeoryty, zastygłe kropelki niegdyś płynnej skały; co dziesięć lub sto tysięcy lat w Marsa uderzał obiekt na tyle ciężki, że powodował rozrzucenie szczątków na obszarze aż do bieguna. A duże paski na skali metrycznej odpowiadały najbardziej dramatycznym zdarzeniom w obecnej epoce, zmianom nachylenia biegunów, które mają miejsce co sto tysięcy lat.
Jurij powiedział:
— W tym marsjańskim lodzie można nawet znaleźć ślady Ziemi — meteoryty pochodzące z naszego świata, podobnie jak na Ziemi można znaleźć meteoryty z Marsa. — Wyszczerzył zęby w uśmiechu. — Wciąż szukam śladów tego meteorytu, który zmiótł z Ziemi dinozaury.
Myra przyjrzała mu się uważnie.
— Kochasz swoją pracę, prawda? — Bisesa pomyślała, że w jej głosie zabrzmiała zazdrość. Zawsze pociągali ją mężczyźni z poczuciem misji, tacy jak Eugene Mangles.
— Gdyby tak nie było, nie utknąłbym w tej lodowej trumnie. Ale już się na tym nie koncentrujemy. Po tym, jak znaleźliśmy to pod lodem, nikogo nie obchodzi cała reszta. Czapa lodowa, jądro. To tylko przeszkadza.
Bisesa zastanowiła się.
— Przykro mi.
Zaśmiał się krótkim śmiechem.
— To nie twoja wina.
Myra spytała:
— Więc co właściwie znaleźliście?
— Zaraz się przekonasz. Jeśli skończyłyście, zapraszam na naradę wojenną. — Podniósł się.
22. Zbliżenie
Liberator pędził w stronę bomby Q jak włócznia lodu i ognia. W kabinie załogi Edna Fingal i John Metternes mieli na sobie skafandry ciśnieniowe i hełmy z wizjerami.
Chociaż bomby Q wciąż nie było widać gołym okiem, już ją „widzieli” dzięki jej przyciąganiu grawitacyjnemu w postaci węzła energii magnetycznej oraz mgiełki egzotycznych cząstek, jakie wysyłała, lecąc przez układ słoneczny.
— Jest dokładnie tak, jak przewidział profesor Carel — poinformował John, przeglądając podsumowanie wyświetlane na ekranie. — Dokładnie jak na widmie, które otrzymałaś po wyparowaniu miniaturowej czarnej dziury. Najwyraźniej to artefakt kosmologiczny…
— Tam — szepnęła Edna. Pokazała na okno.
Bomba Q była jak bąbel zniekształconego światła gwiazd, kropla wody unosząca się w niebiosach. Kiedy Edna rzeczywiście ją dostrzegła, poczuła jak chłód przenika ją do szpiku kości.
— To Oko — poinformował John. — Doskonale odbijająca kula o średnicy stu metrów. Posiada wszystkie typowe cechy: zniekształcona geometria, anomalne przesunięcie Dopplera w obszarze powierzchniowym. Jednakże widmo promieniowania nie jest dokładnie takie, jakie zarejestrowano w pobliżu Oczu wykrytych wśród planetoid trojańskich podczas burzy słonecznej.
— Więc to nie jest jedynie obserwator. Chyba wiedzieliśmy to już przedtem.
— Jest pięć kilometrów stąd i zbliża się — łagodnie powiedziała Libby.
Edna spojrzała na Johna. Wiedziała, że brał prysznic zaledwie godzinę wcześniej, ale mimo to pot wystąpił mu na czoło i spływał po szyi.
— Gotów?
— Jak zawsze, kobieto.
— Będziemy działać zgodnie z uzgodnioną strategią. Libby, rozumiesz? Cztery przeloty. A jeśli zauważymy jakąś zmianę…
— Wracamy migiem — powiedziała Libby. — Będzie dokładnie tak jak podczas prób. Trzy kilometry do maksymalnego zbliżenia. Edno?
— Tak, Libby?
— Historia na nas patrzy.
— O Jezu — mruknął John.
23. Jama
Czterech członków załogi, plus Bisesa, Myra i Aleksiej, siedziało kołem na krzesłach i skrzyniach w Puszce nr Dwa, w hotelu Mars-Astoria. Paula chyba odsypiała podróż.
I tu, na biegunie północnym Marsa, pod pokrywą śniegu z dwutlenku węgla, w jednym z najbardziej odosobnionych i bezpiecznych miejsc w układzie słonecznym, Bisesa w końcu usłyszała prawdę.
Wydawało się, że Aleksiej poczuł ulgę, gdy w końcu wyjawił to, co odkryły różne frakcje Kosmitów: że coś nieznanego i groźnego wniknęło do wewnętrznej części układu słonecznego.
— Nazywają to bombą Q. Według najbardziej prawdopodobnego domysłu to artefakt Pierworodnych, który ma nas zniszczyć. Flota kosmiczna podjęła jakąś misję, aby to zlikwidować. Może im się uda. Ale jeżeli nie…
— Macie własny plan.
— Tak jest.
Bisesa popatrzyła na krąg otaczających ją ludzi, znacznie młodszych niż ona sama i Myra, ale w końcu Kosmici byli młodzi z definicji.
— To ma charakter potajemny. Stanowicie niewątpliwie swego rodzaju frakcję. Krążycie wokół, kryjąc się przed ziemską policją. Dobrze się bawicie, co? Macie jakiegoś przywódcę?
— Tak — powiedział Aleksiej.
— Kto to jest?
— Tego nie możemy ci powiedzieć. Jeszcze nie teraz. Ale nikt z tu obecnych.
— I sprowadziliście mnie tutaj z powodu czegoś, co znaleźliście pod lodem.
— Tak jest.
— Więc pokażcie mi to.
Grendel Speth, astrobiolożka i lekarka, stanęła naprzeciw Bisesy.
— Dopiero przyjechałaś. Jesteś pewna, że nie musisz odpocząć?
Bisesa podniosła się.
— Odpoczywałam przez dziewiętnaście lat i podróżowałam przez wiele tygodni. Chodźmy.
Jeden po drugim wszyscy wstali i ruszyli za nią.
Ażeby dotrzeć do Jamy, musieli założyć skafandry.
Wrócili do Puszki nr Sześć, a potem poszli w dół schodami do małej kopuły. Tam Bisesa, Myra i Aleksiej zdjęli kombinezony. Wiedząc, że marsjański mróz jest o parę metrów dalej, Bisesa niedorzecznie poczuła zimno na gołej skórze.