Выбрать главу

Doktor Grendel szybko ją zbadała.

— Biorąc pod uwagę, że przez dwa dziesięciolecia systematycznie rujnowałaś sobie organizm w hibernaculum, jesteś w świetnym stanie.

— Dziękuję.

Skórę Bisesy szybko natłuszczono. Musiała przywdziać „biokamizelkę”, dość gryzący fragment ubioru, który przywarł do jej skóry, tworząc powierzchnię kontaktu z układami biometrycznymi, które miały monitorować stan jej ciała podczas tego wypadu. Następnie założyła jasnozielony obcisły kombinezon oraz hełm, buty, rękawice i mały plecak. Grendel wyjaśniła jej, że stanowi to pełny skafander kosmiczny, w którym ciśnienie jest utrzymywane na stałym poziomie dzięki naprężeniu elastycznej tkaniny i w razie niebezpieczeństwa, na przykład uszkodzenia modułu, zapewnia przeżycie przez blisko godzinę.

Ale ten kombinezon stanowił jedynie wewnętrzną warstwę w podwójnej konstrukcji skafandra. Musiała się jeszcze wślizgnąć do jednego z tych strojów kapitana Ahaba.

Poprowadzono ją do małego włazu w ścianie kopuły, którym dotarła do kombinezonu zewnętrznego, przytwierdzonego do zewnętrznej ściany kopuły. Pomagali jej wsunąć do środka najpierw nogi, potem ręce i na końcu tułów i głowę. Wizjer w hełmie był nieprzezroczysty. Skafander składał się ze sztywnych fragmentów, przypominał średniowieczną zbroję. Ale kiedy się wślizgiwała do środka, dopasowywał się do jej ciała; cały czas słyszała buczenie serwomotorów. Najtrudniejszą sprawą było przeciśnięcie głowy w hełmie przez właz i założenie większego hełmu zewnętrznego.

Grendel zawołała:

— Jak się czujesz? One nie są robione na miarę.

— Świetnie. Jak się z tego wydostanę?

— Kiedy będziesz potrzebowała, skafander ci to powie.

W końcu Grendel zatrzasnęła panel na jej plecach. Skafander odskoczył od ściany kopuły i Bisesa lekko się zatoczyła.

Wizjer rozjaśnił się. Otoczona marsjańskim zimowym mrokiem, widziała jedynie owalną osłoniętą hełmem twarz technika, który miał na imię…

— Hanse — powiedział uśmiechając się. — Właśnie sprawdzam, czy twój skafander funkcjonuje jak należy. Kiedy wpadniesz w odpowiedni rytm, nauczysz się mnie wyczuwać, działamy w systemie dwójkowym… Skafander Pięć? Jaki masz status?

W uszach Bisesy zabrzmiał cichy męski głos.

— Nominalny, Hanse, jak możesz się przekonać na podstawie odczytów. Biseso?

— Słucham.

— Jestem tutaj, aby ci pomagać, najlepiej jak potrafię, podczas prowadzenia działań poza statkiem kosmicznym.

Hanse powiedział:

— Wiem, że konstrukcja skafandra musi ci się wydawać nieco osobliwa, Biseso. To wszystko z powodu POP.

— POP?

— Protokołu Ochrony Planetarnej. Nigdy nie wnosimy kombinezonów do środka ziemskich modułów mieszkalnych, nigdy nie mieszamy ze sobą obu środowisk. Chronimy przed sobą nawzajem marsjańskie i ziemskie formy życia.

— Mimo że są bliskimi kuzynami.

— Tacy są najgorsi. A poza tym jest ten pył. Marsjański pył jest toksyczny i pełen nadtlenków, powoduje silną korozję. Najlepiej nie wpuszczać go do naszych mieszkań i płuc. Musimy dokładnie czyścić uszczelnienia tych skafandrów, bo inaczej trudno je zakładać, a nie chciałabyś chyba tutaj utknąć. Potem ci to wszystko pokażę.

Przed wizjerem przesunęła się twarz lekarki.

— Dobrze sobie radzisz, Biseso. Spróbuj się trochę poruszać.

Bisesa podniosła ręce i opuściła; usłyszała szum serwomotorów i skafander zrobił się lekki jak piórko.

— Dziwnie się czuję, nie mogąc opuścić rąk do końca. Ani podrapać się po twarzy. Myślę, że to minie.

— Mogę cię podrapać to twarzy, jeśli…

— Dam ci znać, jak będę chciała, Piątko. — Rozejrzała się wokół. Ziemia była płaska i biała, a niebo zamglone i ciemne. Ponure moduły stacji wznosiły się przed jej oczyma, obok pali leżały sterty rozmaitego sprzętu i zapasów i stały zaparkowane pojazdy: dwa łaziki zaopatrzone w pługi śnieżne i coś, co przypominało skutery śnieżne. Discovery dawno zniknął, wyruszywszy w drogę powrotną do Portu Lowella.

Aleksiej, Myra i cała załoga stacji, wszyscy ze Stacji Wellsa poza Paulą, byli obecni, stojąc w zielonych skafandrach kosmicznych, z oświetlonymi twarzami i patrząc na nią. Śnieg wciąż padał wielkimi płatami z wiszącego nisko, szarego nieba.

— Wielki Boże, jestem na biegunie Marsa. — Podniosła rękę i poruszyła palcami.

Zbliżył się Jurij.

— Musimy odbyć krótki spacer. Tylko kilkaset metrów. Urządzenie wiertnicze znajduje się z dala od pomieszczeń mieszkalnych z uwagi na bezpieczeństwo i potrzebę ochrony planety. Chodźmy, dasz sobie radę. Proszę. Idź koło mnie. I ty, Myro, także.

Bisesa spróbowała. Krok za krokiem, szła równie łatwo jak wtedy, gdy miała trzy lata. Skafander wyraźnie jej pomagał.

Jurij kroczył między Myrą i Bisesą. Pozostali szli przodem. Technik wiertniczy Hanse Critchfield miał z tyłu aparatury podtrzymującej życie przytwierdzony odpowiedni znak informacyjny z rysunkiem tryskającego szybu naftowego. Jego skafander robił wrażenie cięższego od pozostałych. Zapewne była to dodatkowo wspomagana wersja przeznaczona do pracy na platformie wiertniczej.

Płatki marsjańskiego śniegu stukały w wizjer hełmu Bisesy i natychmiast ulegały sublimacji, pozostawiając ledwo widoczne plamy.

— Nawiasem mówiąc, mogę ci służyć pomocą w każdym zakresie — powiedział Skafander Pięć.

— Jestem tego pewna.

— Kieruję przesyłem twoich danych i twoimi zasobami zużywalnymi. Dysponuję także zaawansowanymi funkcjami przetwarzania danych. Jeśli na przykład interesuje cię geologia, mogę ci w polu widzenia wyświetlać interesujące informacje: niezwykłe rodzaje skał czy lodu, niezgodności zalegania warstw…

— Dzisiaj to chyba nie będzie potrzebne.

— Chciałbym, żebyś wypróbowała moje funkcje fizyczne. Być może wiesz, że przy marsjańskiej sile ciążenia chodzenie jest w rzeczywistości bardziej energochłonne niż bieganie. Jeśli sobie życzysz, mogę poddawać naprężeniu wybrane grupy mięśni, kiedy idziesz, zapewniając w ten sposób trening…

— Och, zamknij się, Piątka, ty nudziarzu — warknął Jurij. — Biseso, przepraszam. Nasi elektroniczni towarzysze to istne cuda techniki. Ale czasami są trochę upierdliwi, prawda? Zwłaszcza gdy otaczają cię takie cuda.

Myra omiotła spojrzeniem ponurą równinę pokrytą twardym jak skała lodem, którą widziała niezbyt wyraźnie wskutek płatków śniegu unoszących się w świetle reflektora jej hełmu.

Powiedziała sceptycznie:

— Cuda?

— Tak, cuda — przynajmniej z punktu widzenia glacjologa. Chciałbym żyć w takim spokojnym świecie, w którym mógłbym zaspokajać tę swoją pasję.

Zbliżyli się do największej budowli wznoszącej się na lodzie. Była to półkulista kopuła wysoka na ponad dwadzieścia metrów, jak oceniła Bisesa. Pod wiotkimi płytami ujrzała żebrowaną konstrukcję. Był to namiot, rozpięty na słupach, a nie nadmuchiwany. Mimo to był zaopatrzony w śluzy powietrzne, przez które musieli się przedostać.

Była to platforma wiertnicza. Ukochane dziecko Hanse’a Critchfielda, który pomógł Bisesie przejść przez śluzę.

— To w istocie bariery POP, a nie śluzy. Faktycznie utrzymujemy tutaj niewielkie podciśnienie. Jeśli pojawia się nieszczelność, powietrze jest wciągane, a nie wypychane. Musimy chronić wszelkie formy życia, jakie wydobędziemy z odwiertów, nawet przed innymi formami, które moglibyśmy znaleźć w innych warstwach. Musimy chronić je przed nami i na odwrót. — Mówił z zabawną mieszaniną holenderskiego akcentu i akcentu z południa Stanów Zjednoczonych, chyba z Teksasu. Może oglądał zbyt wiele starych filmów.