Wewnątrz kopuły cała siódemka stała w jasnym świetle fluoroscencyjnym, pod zwisającymi ścianami. Wieża wiertnicza, nawet nieczynna, stanowiła imponującą konstrukcję, której rusztowanie spoczywało na potężnej podstawie z marsjańskiego szkła. Hanse podał jej masę i moc: trzydzieści ton i pięćset kilowatów. Zwinięta rura wiertnicza miała długość czterech kilometrów, czyli więcej, niż potrzeba, by dotrzeć do podstawy czapy lodowej. Obok stało pokryte brudem urządzenie do wpompowywania płuczki w otwór wiertniczy, aby ochronić go przed zapadnięciem, gdy lód zaczynał płynąć pod własnym ciężarem, zespoły wiertnicze używały płynnego dwutlenku węgla wydobywanego z marsjańskiego powietrza i skraplanego przez to urządzenie.
Hanse zaczął się chwalić wyzwaniami technicznymi, w jakich obliczu stali wiertacze: koniecznością stosowania innych smarów, sposobu przesuwania części mechanicznych, które przy niskim ciśnieniu miały tendencję do sklejania się.
— Kluczowe znaczenie ma kontrola temperatury. Musimy pracować powoli, tam, na dole, nie może powstawać zbyt wiele ciepła. Po pierwsze, jeżeli lód się topi, woda miesza się z płynnym dwutlenkiem węgla — produktem jest kwas węglowy i wtedy mamy kłopot. Załoga Aurory zabrała ze sobą miniaturową wieżę wiertniczą, którą można było załadować na przyczepę, ale mogła ona wiercić otwory o głębokości tylko około stu metrów. To urządzenie to pierwsza autentyczna platforma wiertnicza na Marsie…
Jurij przerwał mu.
— Wystarczy tych objaśnień.
Myra podeszła do platformy wiertniczej.
— W tym otworze wiertniczym nie ma żadnego płynu. Faktycznie umieszczono w nim tuleję.
Jurij potwierdził.
— To był pierwszy otwór, jaki wywierciliśmy, aż do dna. Tak naprawdę na podstawie badań radarowych wiedzieliśmy, że coś jest tam, pod lodem. Kiedy do tego dotarliśmy, wycofaliśmy się i zwróciliśmy się do Portu Lowella o dodatkowe środki na dostarczenie odpowiednio dużej tulei, aby mieć stały dostęp do tego otworu. Następnie wypompowaliśmy płuczkę wiertniczą…
Hanse podjął:
— I równolegle do tego otworu wywierciliśmy drugi. Najpierw spuściliśmy na dół kamery i inne urządzenia badawcze. Ale wtedy… — Pochylił się i podniósł pokrywę włazu. Ukazał się otwór o średnicy około dwóch metrów. Tuż poniżej jego krawędzi znajdowała się platforma, a obok niej pulpit zaopatrzony w małą dźwignię.
Było oczywiste, co to jest.
— Winda — szepnęła Bisesa.
Jurij kiwnął głową.
— OK. Nadeszła chwila prawdy. Ty i ja, Biseso. Aleksiej. Ellie. Myro. Hanse, zostań na górze. I ty, Grendel. — Jurij stanął na platformie i obejrzał się czekając. — Biseso, mogę? Myślę, że teraz na ciebie kolej.
Wstrzymała oddech.
— Chcesz, żebym tym pojechała? Dwa kilometry w dół do tej waszej Jamy?
Myra trzymała ją za rękę, pomimo działania serwomotorów prawie nie czuła uścisku córki.
— Nie musisz tego robić, mamo. Nawet ci nie powiedzieli, co takiego tam znaleźli.
— Zaufaj mi — żywo powiedział Aleksiej. — Najlepiej, jak zobaczysz to na własne oczy.
— Trzeba to zrobić — powiedziała Bisesa. Zrobiła krok w przód, starając się nie okazywać lęku.
Stali razem, twarzami do siebie. Kiedy znalazła się tam ich piątka w skafandrach kosmicznych, owalna metalowa platforma wydawała się zatłoczona.
Szarpnąwszy platforma ruszyła z warkotem w dół, w głąb lodowego tunelu, poruszając się po szynach tkwiących w jego ścianach. Bisesa spojrzała w górę. Miała wrażenie, jak gdyby opuszczała się w głęboką jasno oświetloną studnię. Czuła przemożny lęk przed spadnięciem, przed uwięzieniem.
Skafander mruknął:
— Wyczuwam twój przyspieszony oddech i podwyższony puls. Mogę wyrównać ciśnienie atmosferyczne…
— Cicho! — szepnęła.
Na szczęście zjazd w dół trwał krótko. Jurij powiedział:
— Teraz przygotuj się…
Platforma zatrzymała się z szarpnięciem.
W lodzie za Jurijem znajdowały się metalowe drzwi. Obrócił się i otworzył je. Prowadziły do krótkiego tunelu jasno oświetlonego lampami fluoroscencyjnymi. Na końcu korytarza Bisesa dostrzegła srebrzysty blask.
Jurij cofnął się.
— Myślę, że powinnaś pójść pierwsza, Biseso.
Czuła, jak serce jej wali.
Wzięła głęboki oddech i zrobiła krok w przód. Podłoga tunelu została ociosana tylko z grubsza, była nierówna, zdradliwa. Skupiła się na tym, by iść, nie patrzyła przed siebie, nie zwracała uwagi na srebrzyste błyski na skraju pola widzenia.
Wyszła z tunelu i znalazła się w większej komorze wydrążonej w lodzie. Krótkie spojrzenie w górę ukazało wąski otwór wiertniczy, który wywiercono, żeby dotrzeć do tego miejsca. Potem spojrzała prosto przed siebie, aby zobaczyć, co Kosmici znaleźli pod lodem na północnym biegunie Marsa.
Ujrzała spoglądające na nią jej własne odbicie.
Był to dobrze znany artefakt Pierworodnych. Oko.
24. Maksymalne zbliżenie
Zniekształcony obraz Liberatora przemknął po powierzchni bomby Q. Edna poczuła przypływ satysfakcji. Oto ludzie przybyli tutaj celowo.
Ich pierwszy przelot koło bomby Q odbył się przy wyłączonych silnikach. Podczas największego zbliżenia statek dwukrotnie zadrżał, gdy wystrzelono dwie małe sondy, jedną skierowaną na ciasną orbitę wokół bomby Q, a drugą prosto w stronę jej powierzchni.
Potem Liberator odleciał, a jego obraz odbity w powierzchni bomby zmalał i zniknął.
Obserwowali monitory, ale statek nie doznał żadnych szkód. Bomba Q była nie większa od małej asteroidy — miała gęstość równą gęstości ołowiu — a trajektoria statku nie została znacząco odchylona wskutek jej przyciągania.
— Ale dowiedzieliśmy się paru rzeczy — powiedział John. — Niczego, czego byśmy nie oczekiwali. W granicach tolerancji jakiegokolwiek ziemskiego procesu produkcyjnego ma kształt doskonałej kuli. No i ta jej niezwykła geometria.
— Pi równe trzy.
— Tak. Nasza sonda weszła na orbitę wokół niej. Masa bomby jest tak mała, że sonda okrąża ją bardzo wolno, ale za to powinna pozostać na orbicie bardzo długo. A lądownik spada…
Statek zadrżał i Edna chwyciła za siedzenie.
— Co to było, do diabła? Libby?
— Fale grawitacyjne, Edno.
— Impuls nadszedł od strony bomby Q — oznajmił John nerwowo, niemal krzycząc. — Lądownik. — Odtworzył obraz, na którym można było zobaczyć, jak z boku bomby Q wytryska szara półkula, pochłania lądownik i znika. — Po prostu go wchłonęła. Widać było coś w rodzaju pęcherza. Jeżeli Bill Carel ma rację — powiedział poważnie — właśnie widzieliśmy narodziny i śmierć niemowlęcego kosmosu. Wszechświat wykorzystany jako broń. — Zaśmiał się niewesoło. — Psiakrew! Z czym my mamy tutaj do czynienia?
— Wiemy, z czym mamy do czynienia — powiedziała Edna spokojnie. — Technologia, to wszystko. I jak dotąd nie stało się nic, czego byśmy nie oczekiwali. Trzymaj się, John.
Poirytowany i przestraszony warknął:
— Na miłość boską, jestem tylko człowiekiem.
— Libby, jesteśmy gotowi do drugiego przelotu?
— Wszystkie systemy w normie, Edno. Plan przelotu przewiduje odpalenie silnika na trzydzieści sekund. Mam odliczać?