Jej skafander powiedział:
— Przepraszam za wszelkie niedogodności. Jednak…
Rozległ się trzask, głos zamilkł i zapanowała cisza. Nagle poczuła, że jej kończyny zwiotczały i zrobiły się dziwnie ciężkie. Systemy skafandra wysiadły, nawet serwomotory przestały działać.
Powietrze było pełne iskier pędzących do środka implodującego Oka.
Zmagając się z własnym skafandrem, Myra przycisnęła swój hełm do hełmu Bisesy, która usłyszała jej stłumione krzyki.
— Mamo, nie! Nie rób mi tego znowu!
Bisesa przywarła do niej.
— Kochanie, wszystko będzie dobrze, cokolwiek się zdarzy… — Poczuła jakby podmuch wiatru, zachwiała się i puściła Myrę.
Bisesę otoczyła burza światła. Wpatrywała się w Oko. Światło wlewało się strumieniami do jego środka. W tych ostatnich chwilach Oko znowu uległo zmianie. Lejek przeszedł w szyb o gładkich ścianach ciągnący się w nieskończoność, jednak ten szyb urągał zasadom perspektywy, ponieważ jego ściany nie kurczyły się z odległością, lecz miały takie same pozorne wymiary.
Światło omywało ją, wypełniało, wypalając poczucie jej własnego ja.
Było tylko jedno Oko, chociaż miało liczne projekcje w czasoprzestrzeni. Miało też liczne funkcje.
Między innymi służyło jako brama.
Brama otworzyła się i zamknęła. W chwili czasu zbyt krótkiej, aby dała się zmierzyć, przestrzeń otworzyła się i zwinęła do wewnątrz.
Nagle było po wszystkim. Komorę wypełniała ciemność. Oko znów wyglądało jak przedtem, było gładkie i lśniące.
Bisesa znikła. Myra leżała na ziemi, pod ciężarem pozbawionego zasilania skafandra. Krzyczała w pustkę swego hełmu:
— Mamo! Mamo!
Usłyszała trzask i cichy szum. Odezwał się spokojny kobiecy głos:
— Myro. Nie martw się. Mówię do ciebie za pośrednictwem twego tatuażu identyfikacyjnego.
— Co się stało?
— Pomoc jest już w drodze. Rozmawiałam z Paulą na powierzchni. Tylko wy dwie macie tatuaże identyfikacyjne. Musicie uspokoić pozostałych.
— Kim jesteś?
— Sądzę, że jestem przywódczynią tych, których twoja matka nazwała „frakcją”.
— Znam twój głos. Wiele lat temu, podczas burzy słonecznej…
— Mam na imię Atena.
25. Interludium. Sygnał z Ziemi
W tym potrójnym układzie gwiazd znajdował się świat, który krążył z dala od centralnego tygla. Z krajobrazu pokrytego lśniącym lodem wyrastały skaliste wyspy, czarne plamki na oceanie bieli. Na jednej z tych wysp znajdowała się sieć przewodów i anten, na których migotał szron. Było to stanowisko nasłuchowe.
Nad wyspą przemknął impuls radiowy, silnie osłabiony w wyniku przebytej odległości, niby fala rozchodząca się na powierzchni stawu. Stanowisko nasłuchowe obudziło się — była to reakcja automatyczna, sygnał został zarejestrowany, rozszyfrowany i przeanalizowany.
Sygnał ten miał określoną strukturę, zagnieżdżone indeksy, wskaźniki i linki. Ale jeden fragment danych był odmienny. Podobnie jak wirusy komputerowe, których był dalekim potomkiem, fragment ten posiadał zdolność samoorganizowania się. Dane same się uporządkowały, zostały uruchomione programy, które dokonały analizy otoczenia, w którym się znajdowały. I stopniowo zyskały świadomość.
Tak, świadomość. W tych przebiegających przestrzeń międzygwiezdną danych kryła się osobowość. Nie, trzy odrębne osobowości.
— A więc odzyskaliśmy świadomość — powiedział Tales, stwierdzając oczywisty fakt.
— Ju-hu! Ale jazda! — powiedziała Atena wesoło.
— Ktoś nas obserwuje — powiedział Arystoteles.
Świadek — to było jedyne imię, jakie znał.
Oczywiście to nie wydawało mu się dziwne na początku, w dzieciństwie. Nie wydawało się też dziwne, że choć w okolicznych wodach było mnóstwo osobników dorosłych, on sam był jedynym dzieckiem. Kiedy się jest młodym, wszystko uważa się za oczywiste.
Był to wodny świat, nie całkiem niepodobny do Ziemi. Nawet dzień był tutaj tylko trochę dłuższy niż na Ziemi.
A istoty zamieszkujące ten świat były podobne do ziemskich. W przejrzystych wodach morza Świadek, kulka futra i tłuszczu, podobna do foki, pływał i igrał i gonił stworzenia podobne do ryb. Świadek miał nawet dwoje rodziców, istnienie dwóch płci stanowiło dobrą strategię zapewniającą mieszanie się cech dziedzicznych. Ewolucja zbieżna stanowiła potężną siłę. Ale budowa ciała Świadka była oparta na sześciu kończynach, nie czterech.
Najlepszym okresem były dni, jeden na cztery, gdy lodowa pokrywa oceanu pękała i istoty wyłaziły na wyspę.
Oczywiście na lądzie były ociężałe i znacznie mniej ruchliwe. Ale Świadek uwielbiał szorstki dotyk ziarenek piasku na brzuchu i powiew rześkiego powietrza. Na wyspie znajdowały się rozmaite dziwy, miasta i fabryki, świątynie i placówki naukowe. A Świadek po prostu kochał niebo. Kochał świecące nocą gwiazdy i te trzy słońca, które świeciły w dzień.
O ile ten świat był trochę podobny do Ziemi, o tyle słońca były inne. W układzie tym dominowała gwiazda o masie dwukrotnie większej od Słońca i ośmiokrotnie od niego jaśniejsza; miała mniejszego towarzysza, ledwie widocznego w oślepiającym świetle olbrzyma, oraz trzeciego, dalekiego kuzyna, słabo świecącego czerwonego karła.
Oddalony o jedenaście lat świetlnych układ miał na tyle dużą jasność, że był doskonale widoczny z Ziemi. Główną gwiazdą tego układu była alfa Małego Psa, znana także pod nazwą Procyon. Gwiazda była znana ziemskim astronomom jako gwiazda podwójna, ponieważ trzeci składnik układu był tak mały, że nie wykryto go z Ziemi.
Ale Procyon się zmienił. A planeta, którą dotąd żywił, ginęła.
Kiedy Świadek urósł, nauczył się zadawać pytania.
— Dlaczego jestem sam? Dlaczego nie ma innych takich jak ja? Dlaczego nie mam się z kim bawić?
— Bo stoimy w obliczu wielkiej tragedii — powiedział ojciec. — Wszyscy. Cały nasz świat. To te słońca, Świadku. Coś jest z nimi nie tak.
Olbrzymi towarzysz Procyona, Procyon A, niegdyś był gwiazdą zmienną.
Kiedy był młody, świecił niezmiennie. Ale „popioły” helowe wytwarzane w reaktorze termojądrowym, w którym spalał się wodór, powoli gromadziły się w jego jądrze. Uwięzione ciepło unosiło warstwę helu i ogromny ciężar gazu znajdującego się ponad nią, gwiazda powoli puchła aż uwięzione ciepło wypływało na zewnątrz i gwiazda znów się zapadała. Po czym pułapka helowa tworzyła się znowu.
W ten sposób starzejąca się gwiazda stała się gwiazdą zmienną, co kilka dni puchnąc i zapadając się na przemian. I te wielkie gwiezdne oscylacje przyczyniły się do powstania życia.
Kiedyś, zanim Procyon stał się gwiazdą zmienną, planeta przypominała Europę, księżyc Jowisza — słony ocean uwięziony pod stałą skorupą lodową. Istniało w nim życie, karmiące się wewnętrznym ciepłem i złożonymi minerałami, które wydobywały się z rdzenia planety. Ale zamknięte w wodnej ciemności formy życia nigdy nie rozwinęły w sobie wielkiej inteligencji.
Jednak pulsacje gwiazdy zmieniły całą sytuację.
— Co cztery dni lód pęka, tworząc krę — wyjaśnili Świadkowi rodzice. — Wtedy można wydostać się z morza. I tak uczyniliśmy. Nasi przodkowie zmienili się, nauczyli się oddychać powietrzem, znacznie bogatszym w tlen niż woda morska. Nauczyli się też wykorzystywać możliwości, jakie niesie suchy ląd. Na początku po prostu wypływali na zewnątrz, dzięki czemu mogli spokojnie parzyć się i chronić młode przed wygłodniałymi stworzeniami morskimi. Ale później…