Выбрать главу

— A potem? A jeśli znajdą Pierworodnych?

— Wtedy — z nieskrywaną wściekłością powiedział Arystoteles — ludzie także ich uratują.

Atena rzekła:

— Nie poddawaj się, Świadku. Przyłącz się do nas.

Świadek zastanowił się. Lód zamarzającego oceanu zamknął się wokół niego, przenikając chłodem jego starzejące się ciało. Ale w głębi jego jestestwa wciąż tliła się iskra sprzeciwu.

Zapytał:

— Od czego zaczniemy?

CZĘŚĆ TRZECIA

Spotkania

26. Kamienny człowiek

Rok 32 (Mir)

Konsul z Chicago wyszedł po Emeline White na pociąg przybyły z Aleksandrii.

Emeline wysiadła z odkrytego wagonu. Na początku pociągu inżynierowie w kombinezonach ze znakami Szkoły Othica sprawdzali zawory i tłoki ogromnej opalanej olejem lokomotywy. Emeline starała się nie wdychać gryzącego dymu buchającego z komina.

Niebo było jasne, czyste, światło słoneczne jaskrawe, ale powietrze było ostre.

Konsul podszedł do niej z kapeluszem w dłoni.

— Pani White? Miło mi panią poznać. Nazywam się Ilicius Bloom. — Był ubrany w suknię i sandały jak Azjata, choć miał chicagowski akcent podobnie jak ona. Pomyślała, że ma około czterdziestu lat, chociaż mógł równie dobrze być starszy; miał ziemistą skórę i lśniące czarne włosy, a brzuszysko tworzyło coś w rodzaju namiotu na jego długiej fioletowej szacie.

Obok Blooma stał jeszcze jeden gość, ciężkiej budowy, z pochyloną głową, a jego potężne czoło błyszczało od brudu. Nic nie powiedział i nie poruszył się, po prostu stał, istna kolumna mięśni i kości, a Bloom nawet nie próbował go przedstawić. Coś w jego wyglądzie było bardzo dziwne. Ale Emeline wiedziała, że przeprawiwszy się przez ocean do Europy, znalazła się w dziwnym miejscu, jeszcze dziwniejszym niż skuta lodem Ameryka.

— Dziękuję, że pan po mnie wyszedł, panie Bloom.

Bloom powiedział:

— Jako konsul z Chicago, staram się witać wszystkich gości z Ameryki. Ułatwiając życie wszystkim zainteresowanym. — Uśmiechnął się. Zęby miał w paskudnym stanie. — Nie towarzyszy pani mąż?

— Josh zmarł rok temu.

— Bardzo mi przykro.

— Pański list do niego o tym telefonie dzwoniącym w świątyni — pozwoliłam sobie go przeczytać. Mąż często opowiadał o okresie spędzonym w Babilonie, o tych pierwszych latach po Znieruchomieniu. Zawsze nazywał ten okres Nieciągłością.

— Tak. Pani chyba nie pamięta owego dziwnego dnia…

— Panie Bloom, mam czterdzieści jeden lat. Tamtego dnia miałam dziewięć lat. Tak, pamiętam. — Pomyślała, że Bloom zamierza złożyć wyrazy współczucia, ale jej gniewne spojrzenie go powstrzymało. — Wiem, że Josh chciałby tu przyjechać — powiedziała. — Ale nie może, a nasi dorośli synowie są zajęci własnymi sprawami, więc jestem sama.

— Rozumiem i serdecznie witam w Babilonii.

— Hm. — Rozejrzała się. Wokół rozciągały się pola i rowy, zapewne kanały nawadniające, chociaż rowy te wyglądały na zapchane, a pola wyblakłe i pokryte pyłem. W pobliżu nie było żadnego miasta, żadnego śladu domostw, nic oprócz lepianek, których bezładne skupisko widać było na niskim wzgórzu oddalonym o jakieś ćwierć mili. I było zimno, nie tak zimno jak w domu, ale zimniej, niż oczekiwała. — To nie jest Babilon, prawda?

Roześmiał się.

— Niezupełnie. Samo miasto jest parę mil na północ stąd. Ale tutaj kończy się linia kolejowa. — Pomachał w stronę wzgórza. — Tamte lepianki to miejsce, które Grecy nazywają Gnojowiskiem. Miejscowi mają na to własną nazwę, ale nikogo to nie obchodzi.

— Grecy? Myślałam, że ludzie króla Aleksandra to Macedończycy.

Bloom wzruszył ramionami.

— Grecy, Macedończycy. Jednak pozwalają nam korzystać z tego miejsca. Obawiam się, że będziemy musieli poczekać. Mam zamówiony powóz, który zawiezie panią do miasta w godzinę i wtedy mam się spotkać z drugą grupą przybywającą z Anatolii. Tymczasem zapraszam do środka. — Wskazał pobliską ruderę.

Straciła cały zapał. Ale powiedziała:

— Dziękuję.

Usiłowała wydobyć bagaż z wagonu. Był to zawiązany sznurem tobołek z futra bizona, z którym przepłynęła Atlantyk.

— Chwileczkę. Mój chłopak pani pomoże. — Bloom obrócił się i pstryknął palcami.

Dziwny milczący mężczyzna wyciągnął masywną dłoń i podniósł tobołek z łatwością, mimo że trzymał go na końcu wyprostowanej ręki. Jeden z pasków zaczepił się o ławkę i trochę się rozerwał. Bloom z roztargnieniem trzepnął go w głowę. Sługa w ogóle nie zareagował, tylko obrócił się i ciężko ruszył w stronę wioski z tobołkiem w dłoni. Idąc z tyłu, Emeline widziała jego barki wystające ze złachmanionego ubioru; pomyślała, że przypominają barki goryla, a jego wielka głowa wydawała się przy nich nieproporcjonalnie mała. Emeline szepnęła:

— Panie Bloom, pański sługa…

— O co chodzi?

— On nie jest człowiekiem, prawda?

Spojrzał na nią.

— Ach, zawsze zapominam, jak ludzie przybywający na ten mroczny, stary kontynent są zaskoczeni widokiem naszych przodków. Grecy nazywają tego chłopaka Kamiennym Człowiekiem, ponieważ przez większość czasu jest nieruchomy i milczący, jak gdyby był wykuty z kamienia. Myślę, że archeologowie na Ziemi, przed Znieruchomieniem, zapewne zwali go neandertalczykiem. Kiedy się tutaj zjawiłem, przeżyłem z tego powodu mały wstrząs, ale można się przyzwyczaić. Nie ma takich w Ameryce, co?

— Nie. Tylko my.

— No cóż, tu jest inaczej — powiedział Bloom. — Mamy tutaj cały zwierzyniec, od małpoludów do tych zwalistych osobników i rozmaite inne gatunki świata zwierząt. Wiele z nich to ulubieńcy dworu Aleksandra uczestniczący w rozmaitych rodzajach sportu, jeżeli uda się je schwytać.

Dotarli do małego wzgórka i zaczęli piąć się w górę. Ziemia była tutaj nierówna, pomieszana z piaskiem, pełna kawałków ceramiki i popiołu. Emeline odniosła wrażenie, że miejsce to jest bardzo stare, że tę ziemię uprawiano od wieków.

— Witamy w Gnojowisku — powiedział Bloom. — Proszę patrzeć pod nogi.

Zbliżyli się do pierwszego domostwa. Była to po prostu buda z wyschniętego błota, całkowicie zamknięta, pozbawiona okien i drzwi. O ścianę była oparta prymitywna drewniana drabina. Bloom poszedł przodem, wspinając się po drabinie na dach i śmiało krocząc po jego szczycie. Kamienny Człowiek po prostu podskoczył i jednym susem znalazł się na dachu wznoszącym się siedem czy osiem stóp nad ziemią.

Emeline z nieprzyjemnym uczuciem podążyła za nimi. Miała dziwne wrażenie, stąpając po dachu domu kogoś obcego.

Powierzchnia dachu z wyschniętego błota była gładka i pomalowana na biało jakąś farbą. Z wydrążonego otworu unosiły się kłęby dymu. Ten przysadzisty dom stał bardzo blisko drugiego, którego ściany były oddalone od sąsiednich domów zaledwie o parę cali. Kiedy Bloom zamaszystym krokiem przeszedł na dach następnego domu, Emeline, nie mając wyboru, podążyła za nim.

Całe zbocze pagórka pokrywała mozaika stłoczonych domów. Ludzie chodzili po dachach; były to głównie kobiety, niskie, przysadziste i ciemne, które korzystając z otworów w dachach, przenosiły zawiniątka z odzieżą i kosze wypełnione drewnem z jednego domu do drugiego. Wszystkie pomieszczenia mieszkalne były jednakowe, zwykłe prostokątne bloki z wyschniętego błota, położone zbyt blisko siebie, aby znalazło się miejsce dla ulic, i do środka można się było dostać tylko wchodząc na dach.