Emeline powiedziała:
— To są ludzie. To znaczy tacy jak my.
— O tak, to nie małpoludy ani neandertalczycy! Ale to jest stare osiedle, pani White, wyrwane z zamierzchłych czasów, starszych niż epoka Greków, to pewne, i nikt naprawdę nie wie, jak bardzo jest stare. Ale pochodzi z czasów tak odległych, że jeszcze nie wymyślono ulic ani drzwi.
Przeszli na kolejny dach. Dym unosił się z otworu, ale Bloom bez wahania poprowadził w dół, schodząc prymitywnymi schodami, stykającymi się z wewnętrzną ścianą domu. Emeline podążyła za nim, starając się nie otrzeć o pokryte sadzą ściany.
Kamienny Człowiek wszedł za nią, rzucił jej tobołek na podłogę, wdrapał się z powrotem po schodach i zniknął z oczu.
Dom był wewnątrz równie pudełkowaty jak na zewnątrz. Było to po prostu jedno pomieszczenie, bez żadnych przegród. Schodząc po ostatnich stopniach, Emeline musiała obejść umieszczone na kamiennych płytach palenisko tlące się pod otworem w dachu, który spełniał rolę zarówno komina, jak i wejścia. We wnękach wydrążonych w ścianach stały lampy i rozmaite ozdoby: kamienne lub gliniane figurki oraz popiersia i rzeźbione głowy w jaskrawych barwach. Nie było mebli jako takich, ale pod ścianami rozłożono porządne posłania ze słomy i koce, a ręcznej roboty odzież, kosze i kamienne narzędzia leżały starannie ułożone w kącie.
Ściany pokrywała gruba warstwa sadzy, ale podłoga wyglądała na zamiecioną. Pomieszczenie było niemal schludne. Jednak w powietrzu unosił się silny smród ścieków i jeszcze czegoś, zapach zgnilizny.
W ciemnościach siedziała bardzo młoda kobieta. Kołysała niemowlę owinięte jakimś zgrzebnym materiałem. Teraz delikatnie położyła dziecko na stercie słomy i podeszła do Blooma. Miała na sobie prostą, brudną, wypłowiałą koszulę. Pogłaskał ją po jasnych pokrytych pyłem włosach, spojrzał w jej niebieskie oczy i przebiegł dłonią po szyi. Emeline pomyślała, że dziewczyna ma nie więcej niż czternaście, piętnaście lat. Śpiące niemowlę miało czarne włosy jak Bloom. Sposób, w jaki trzymał ją za szyję, był niezbyt delikatny.
— Wina — głośno powiedział Bloom do dziewczyny. — Wina, Isobel, rozumiesz? I jedzenia. — Spojrzał na Emeline. — Jest pani głodna? Isobel, przynieś nam chleba, owoców i oliwy z oliwek. Jasne? — Popchnął ją tak silnie, że aż się zachwiała. Wdrapała się po schodach i wyszła z domu.
Bloom usiadł na stercie grubo tkanych koców i dał znak Emeline, aby uczyniła to samo.
Usiadła ostrożnie i rozejrzała się po izbie. Nie miała ochoty prowadzić rozmowy z tym mężczyzną, ale była ciekawa.
— Czy te rzeźbione figurki to bożki?
— Niektóre z nich tak. Kobiety z wielkimi piersiami i tłustymi brzuchami. Jeśli ma pani ochotę, może się pani przyjrzeć. Ale proszę uważać na pomalowane głowy.
— Dlaczego?
— Bo są dokładnie tym, na co wyglądają. Lud Isobel grzebie zmarłych bezpośrednio pod podłogą swych domów. Ale przedtem odcinają im głowy, oblepiają wypalonym błotem i malują, no, rezultat ma pani przed sobą.
Emeline spuściła wzrok niespokojnie, zastanawiając się, jakie okropieństwa kryją się pod podłogą, na której siedziała.
Isobel powróciła z dzbanem i koszem chleba. Bez słowa nalała im obojgu po kubku wina, było ciepłe i trochę słone, ale Emeline wypiła je z wdzięcznością. Dziewczyna odkroiła kamiennym nożem parę kawałków chleba z twardego bochna i postawiła między nimi miskę z oliwą. Idąc za przykładem Blooma, Emeline zamoczyła chleb w oliwie, aby go rozmiękczyć, po czym zaczęła żuć.
Podziękowała Isobel, która po prostu wróciła do swego śpiącego dziecka. Emeline pomyślała, że wygląda na wystraszoną, jak gdyby obudzenie się dziecka mogło spowodować kłopoty.
Emeline powiedziała:
— Isobel?
Bloom wzruszył ramionami.
— Oczywiście to nie jest imię, jakie nadali je rodzice, ale teraz to nie ma znaczenia.
— Wydaje mi się, że czuje się pan tu całkiem swobodnie, panie Bloom.
Chrząknął.
— Nie całkiem. Ale jak pani wie, człowiek musi żyć, a jesteśmy tu daleko od Chicago! Jednak dziewczyna jest dość zadowolona. Jak pani myśli, jaki brutal by ją dostał, gdyby nie ja? I jest zadowolona, że mieszka w domu swoich przodków. Jej lud żyje tutaj od pokoleń, to znaczy dokładnie tutaj, w tym miejscu. Domy są z błota i słomy i kiedy któryś z nich się zawali, po prostu budują nowy na miejscu poprzedniego, tam, gdzie żyli ich dziadowie. Widzi pani, Gnojowisko to nie samo wzgórze, to ni mniej, ni więcej, tylko po prostu zbiorowisko domów. Ten stary lud nie jest do nas, chrześcijan, zbyt podobny, proszę pani! Dlatego też rada miejska oddelegowała mnie tutaj. Nie chcemy żadnych tarć.
— Jakich tarć?
Przyjrzał się jej.
— No cóż, sama musi sobie pani zadać to pytanie. Kto wybiera się w taką daleką podróż jak pani?
Powiedziała ostro:
— Przybyłam tu ze względu na pamięć mego męża.
— Jasne. Wiem. Ale pani mąż pochodził z tego obszaru, to znaczy z pobliskiego plastra czasu. Większości Amerykanów nic nie wiąże z tym miejscem tak jak panią. Chce pani wiedzieć, dlaczego przybyła tu większość ludzi? Z powodu Jezusa. — Przeżegnał się, wymawiając to imię. — Przybyli tutaj, ponieważ pielgrzymowali do Judei, gdzie wbrew wszystkiemu mieli nadzieję, że znajdą jakiś dowód, że w plastrze czasu z tamtej epoki istnieje wcielenie Chrystusa. To byłoby pewne pocieszenie dla ludzi wyrwanych ze swego świata, prawda? Ale w Judei — tej Judei — nie ma żadnego śladu Jezusa. Taka jest ponura prawda, proszę pani. Można tu tylko zobaczyć stacje kolejowe króla Aleksandra. Nie wiem, jakim nieszczęściem dla naszych nieśmiertelnych duszy jest brak Boga wcielonego w tym świecie. A kiedy pobożni ludzie stają naprzeciw bezbożnych pogan, którzy władają Judeą, wynikiem jest coś, co można by nazwać incydentem dyplomatycznym.
Emeline kiwnęła głową.
— Współcześni Amerykanie chyba nie mają się czego obawiać ze strony watażki z epoki żelaza takiego jak Aleksander…
— Ale proszę pani — odezwał się jakiś nowy głos — ten „watażka” już zbudował nowe imperium, które rozciąga się od wybrzeży Atlantyku do Morza Czarnego — imperium, które obejmuje cały jego świat. Bardzo by nam wszystkim odpowiadało, gdyby akurat teraz Chicago nie wszczynało z nim walki.
Emeline odwróciła się. Jakiś człowiek, niski i korpulentny, sztywno schodził po schodach. Towarzyszył mu szczuplejszy i młodszy mężczyzna. Obaj nosili wysłużone wojskowe mundury. Pierwszy miał na głowie czapkę z daszkiem i zdumiewająco bujne wąsy. Ale ta wspaniała ozdoba jego twarzy była przyprószona siwizną. Emeline zorientowała się, że musi mieć co najmniej siedemdziesiąt lat.
Wstała, a Bloom przedstawił ją bez zająknienia:
— Pani White, to jest kapitan Nathaniel Grove z Armii Brytyjskiej, w każdym razie poprzednio. A to…
— Nazywam się Ben Batson — powiedział młodszy mężczyzna, który miał około trzydziestu lat i którego brytyjski akcent był równie wyraźny jak Grove’a. — Mój ojciec służył pod kapitanem Grove’em.
Emeline skinęła głową.
— Nazywam się…
— Wiem, kim pani jest, droga pani White — ciepło powiedział Grove. Podszedł do niej i ujął jej dłonie w swe ręce. — Dobrze znałem Josha. Przybyliśmy tutaj razem, że się tak wyrażę, na pokładzie tego samego plastra czasu. Fragmentu Granicy Północno-Zachodniej z roku pańskiego 1885. Josh pisał do mnie parokrotnie, opowiadając o pani i państwa dzieciach. Jest pani w każdym calu tak piękna, jak sobie wyobrażałem.