Выбрать главу

— Oto, jak ja to widzę, pani White — powiedział Grove. — Ta wojna uczyniła Aleksandra, już przedtem dziwaka, jeszcze bardziej pokręconym. Powiadają, że Aleksander maczał palce w zamordowaniu własnego ojca. Na pewno jest odpowiedzialny za śmierć swego syna i następcy. I jego żona Roksana zdaje sobie z tego sprawę. Teraz Aleksander jest przekonany bardziej niż kiedykolwiek, że jest bogiem i że będzie panował wiecznie.

— Ale tak nie będzie — mruknął Bloom. — I rozpęta się wielka zawierucha, kiedy w końcu upadnie.

Posuwając się na południe od Pomnika Syna, dotarli na koniec do świątyni, którą Bloom nazywał Esagila - Świątyni Marduka, boga Babilonii. Kiedy się tam znaleźli, opuścili faeton. Patrząc w górę, Emeline ujrzała kopułę wieńczącą dach świątyni, a na niej cylinder, który wystawał niczym działo. Było to obserwatorium, a „działem” był całkiem nowoczesny teleskop.

Podbiegł do nich śniady młodzieniec. Nosił burą szatę przypominającą strój mnicha i miał splecione dłonie.

— Wielki Boże — powiedział Grove, poczerwieniawszy na twarzy. — Ty musisz być Abdikadir Omar. Jesteś tak podobny do ojca…

— Tak mówią, proszę pana. Pan kapitan Grove. — Rozejrzał się po obecnych. — Ale gdzie jest Josh White? Panie Bloom, prosiłem o przyjazd Josha White’a.

— Jestem jego żoną — powiedziała Emeline stanowczo. — Obawiam się, że mój mąż nie żyje.

— Nie żyje? — Chłopiec był zdenerwowany i wydawało się, że prawie tego nie pojmuje. — No cóż, och, musicie tam pójść! — Ruszył w stronę świątyni. — Proszę, chodźcie ze mną do komnaty Marduka.

— Po co? — spytała Emeline. — W liście pisałeś o dzwoniącym telefonie.

— Nie o to chodzi — powiedział wzburzony z wyrazem wielkiego przejęcia. — To był dopiero początek. Dzisiaj pojawiło się coś więcej, musicie to zobaczyć…

Kapitan Grove zapytał:

— Co zobaczyć, człowieku?

— Ona jest tutaj. Oko, ono powróciło, wygięło się, ona!Po czym Abdikadir ruszył biegiem do świątyni.

Oszołomieni podróżnicy pośpieszyli za nim.

28. Skafander Pięć

To nie przypominało przebudzenia. To było nagłe pojawienie się, brzęk czyneli. Oczy miała szeroko otwarte, wypełniało je oślepiające światło. Wciągnęła powietrze głęboko do płuc i wydała stłumiony okrzyk, kiedy dotarła do niej świadomość własnego ja.

Leżała na plecach. Oddychała z trudem, czuła w piersi ból. Kiedy próbowała się poruszyć, miała wrażenie, jakby ręce i nogi były z ołowiu. Zakute w zbroję. Była uwięziona.

Oczy miała otwarte, ale nie widziała nic.

Oddech stawał się szybszy. Pełen paniki. Słyszała go, rozlegał się głośno w zamkniętej przestrzeni. Była w czymś zamknięta.

Zmusiła się do uspokojenia. Próbowała coś powiedzieć, ale stwierdziła, że usta ma spieczone i suche, a głos przypominał skrzek.

— Myra?

— Obawiam się, że Myra nie może cię usłyszeć, Biseso. — Głos był cichy, męski, ale bardzo spokojny, jak szept.

Powróciła pamięć.

— Skafander Pięć? — Jama na Marsie. Oko wywracające się na drugą stronę. Pulsowało jej w uszach. — Czy Myrze nic się nie stało?

— Nie wiem. Nie mogę się z nią skontaktować. Z nikim nie mogę się skontaktować.

— Dlaczego?

— Nie wiem — powiedział skafander żałośnie. — Moje główne zasilanie padło. Pracuję w trybie awaryjnym, na zapasowych bateriach. Ich oczekiwany czas życia wynosi…

— Nieważne.

— Oczywiście wysyłam sygnał wzywania pomocy.

Teraz coś usłyszała, jakby drapanie w skorupę skafandra. Coś tam było. Albo też ktoś. Była bezbronna, ślepa, zamknięta w bezwładnym skafandrze, podczas gdy coś się działo tam, na zewnątrz. W jej umyśle zaczęła się rodzić panika.

— Czy mogę wstać? To znaczy czy zdołam.

— Obawiam się, że nie. Zawiodłem cię, Biseso, nieprawdaż?

— Czy mogę coś zobaczyć? Czy możesz uczynić mój wizjer przezroczystym?

— To się da zrobić.

Światło wpadło do środka, oślepiając ją.

Patrząc w górę, ujrzała Oko, wielką srebrzystą kulę, którą spowijała tajemnica. Ujrzała też na jego powierzchni własne odbicie w marsjańskim skafandrze, niby bezradnie przewróconego na grzbiet zielonego żuka.

Ale czy to było to samo Oko? Czy wciąż była na Marsie?

Uniosła głowę w hełmie, próbując zobaczyć coś oprócz Oka. Jej głowa była ciężka, jak piłka wypełniona chlupoczącym płynem. Przypominało to przeciążenia w helikopterze. Siła ciążenia była duża, a więc to nie Mars.

Za Okiem dostrzegła ceglaną ścianę. Ściana była usiana elementami elektronicznymi, rozmieszczonymi byle jak i połączonymi przewodami. Znała tę ścianę i ten sprzęt. Sama go montowała, wygrzebawszy z rozbitego Małego Ptaka, gdy urządzała w tej komnacie laboratorium do badania Oka.

Była to Świątynia Marduka. Była znów w Babilonie. Na Mirze.

— Jestem tu znowu — wyszeptała.

Nagle pojawiła się nad nią jakaś twarz. Wzdrygnęła się, uwięziona w swej skorupie. Był to mężczyzna, młody, śniady, przystojny, o jasnych oczach. Wiedziała, kim jest. Ale to nie mógł być on.

— Abdi? — Ostatnim razem, kiedy widziała Abdikadira, członka załogi Małego Ptaka, był wycieńczony wojną z Mongołami, a jego twarz i ciało były pełne blizn będących śladami tego konfliktu. Ten gładkolicy mężczyzna był zbyty młody, zbyt „nienaruszony”.

Teraz w polu widzenia pojawiła się inna twarz oświetlona migotliwym światłem lampy. Jeszcze jedna znajoma twarz, z ogromnymi wąsami, ale tym razem starsza, niż pamiętała, poszarzała, pokryta zmarszczkami.

— Kapitan Grove — powiedziała. — Cała paczka na miejscu.

Grove coś powiedział, ale go nie usłyszała. Poczuła silniejszy ból w piersi.

— Skafandrze, nie mogę oddychać. Otwórz się i wypuść mnie.

— To nie jest wskazane, Biseso. Nie znajdujemy się w środowisku kontrolowanym. A ci ludzie to nie jest załoga Stacji Wellsa — powiedział skafander sztywno. — Jeżeli w ogóle istnieją.

— Otwórz się — powiedziała tak surowo, jak potrafiła. — Uchylam wszelkie stałe zalecenia, jakie ci wydano. Twoim zadaniem jest ochrona mojej osoby. Więc wypuść mnie, zanim się uduszę.

Skafander powiedział:

— Obawiam się, że inne protokoły mają większy priorytet niż twoje polecenie, Biseso.

— Jakie inne protokoły?

— Ochrona planetarna.

Skafander był przeznaczony do ochrony Marsa przed Bisesą w takim samym stopniu jak Bisesy przed Marsem. Więc gdyby umarła, skafander by się szczelnie zamknął, aby uniemożliwić zanieczyszczenie kruchej ekologii Marsa przez szczątki jej ciała. W chwili śmierci Skafander Pięć miał się stać jej trumną.

— Tak, ale… och, to nie jest… my nie jesteśmy na Marsie! Czy tego nie widzisz? Nie ma czego chronić! — Wytężyła wszystkie siły, ale jej kończyny były unieruchomione. Płuca wciągały stęchłe powietrze. — Skafandrze Pięć, na litość boską…

Coś trzasnęło w hełm, aż podskoczyła jej głowa. Wizjer po prostu wyleciał i powietrze owionęło jej twarz. Pachniało spalonym olejem i ozonem, ale było bogate w tlen i z wdzięcznością wciągnęła je w płuca.

Grove pochylał się nad nią. Trzymał w dłoni młotek i dłuto.

— Przepraszam za to — powiedział. — Nie było wyjścia. Ale obawiam się, że uszkodziłem twój strój czy też zbroję. — Chociaż się postarzał, miał ten sam urywany sposób mówienia, jaki pamiętała ze swego ostatniego pobytu na Mirze, ponad trzydzieści lat temu.