Выбрать главу

— Jestem astronomem. Pracuję tutaj, w Świątyni, na dachu jest obserwatorium…

Uśmiechnęła się do niego.

— Ojciec musi być z ciebie dumny.

— Nie ma go tutaj — szybko powiedział Abdi. I opowiedział jej, jak Abdikadir Omar wybrał się na poszukiwania na południe Afryki. Jeżeli Mir zamieszkiwały hominidy z całej długiej historii ewolucji rodzaju ludzkiego, Abdikadir pragnął znaleźć ich najwcześniejszych przedstawicieli, pierwsze odgałęzienie od pozostałych linii ewolucyjnych małp człekokształtnych. — Ale nie powrócił. To było kilka lat temu.

Bisesa pokiwała głową, usłyszawszy tę wiadomość.

— A Casey? Co z nim?

Casey Othic, trzeci członek załogi Małego Ptaka, także był nieobecny. Zmarł w wyniku powikłań po starym urazie, jakiego doznał w dniu Nieciągłości.

— Ale — powiedział kapitan Grove — pozostawił po sobie doniosłą spuściznę. Szkołę Othica. Inżynierów, dla których Casey stał się prawdziwym bogiem! Zobaczysz to, Biseso.

Bisesa słuchała uważnie.

— A trzej członkowie załogi Sojuza ostatecznie zginęli. Więc nie ma tutaj nikogo z tamtych czasów, to znaczy z moich czasów. Dziwne wrażenie. A Josh?

Kapitan Grove zakaszlał, niezręcznie usiłując ukryć zakłopotanie.

— No cóż, przeżył twoje zniknięcie, Biseso.

— Przebył wraz ze mną połowę drogi — tajemniczo powiedziała Bisesa. — Ale odesłano go z powrotem.

— Kiedy znikłaś, nic nie mogło go zatrzymać w Babilonie.

— Grove spojrzał z zakłopotaniem na Emeline. — Udał się na poszukiwane swoich współziomków.

— Do Chicago.

— Tak. Minęło kilka lat, zanim ludzie Aleksandra, z pomocą Caseya, zbudowali pierwszy żaglowiec zdolny przepłynąć Atlantyk. Josh popłynął na tym statku.

— Byłam jego żoną — powiedziała Emeline.

— Ach — powiedziała Bisesa.

I Emeline opowiedziała jej trochę o życiu Josha, jak umarł i że pozostawił po sobie dwóch synów. Bisesa słuchała uważnie.

— Nie wiem, czy chciałaby pani to usłyszeć — powiedziała.

— Po powrocie poszukiwałam informacji o Joshu. Spytałam Arystotelesa, to znaczy sprawdziłam w archiwach. I stwierdziłam, że Josh ma swoje miejsce w historii.

„Kopia” Josha na Ziemi przeżyła rok 1885. Tamten Josh zakochał się i w wieku trzydziestu pięciu lat poślubił pewną katoliczkę z Bostonu, która urodziła mu dwóch synów, dokładnie tak jak Emeline urodziła mu synów na Mirze. Ale Josh zmarł, mając pięćdziesiąt kilka lat, zakończył życie w przesiąkniętym krwią błocie, w Passchendale, jako korespondent wojenny podczas wielkiej wojny światowej, o której Emeline nigdy nie słyszała.

Emeline słuchała tego niechętnie. Słuchanie tej opowieści o alternatywnej wersji Josha jakoś umniejszało jej własnego męża.

Rozmawiali jeszcze przez jakiś czas na temat przerwanej historii, pogarszającego się klimatu na Mirze, nowej Troi i globalnym imperium Aleksandra. Grove spytał Bisesę, czy odnalazła swoją córkę. Bisesa potwierdziła i powiedziała, że teraz ona sama jest babką. Ale można było odnieść wrażenie, że jest w smutnym nastroju. Wydawało się, że niewiele z tego wszystkiego sprawia jej radość.

Emeline miała niewiele do powiedzenia. Próbowała się zorientować w nastroju otaczających ją ludzi, kiedy rozmawiali, dostosowując się do tej nowej sytuacji. Abdi i Ben, urodzeni po wystąpieniu Nieciągłości, byli ciekawi, wytrzeszczali oczy ze zdumienia. Ale Grove i sama Emeline, a także zapewne Bisesa, byli naprawdę przestraszeni. Ci młodzi ludzie nie rozumieli tak jak starsi, którzy przetrwali Nieciągłość, że nic na świecie nie jest trwałe, jeśli można rozerwać i na powrót skleić wedle życzenia tkankę czasu. Ktoś, kto przeżył takie zdarzenie, nigdy potem nie dojdzie do siebie.

Od drzwi dobiegł jakiś hałas.

Abdikadir, przywykły do życia na dworze Aleksandra, zerwał się na równe nogi.

Do pokoju żwawym krokiem wszedł jakiś mężczyzna, któremu towarzyszyli dwaj słudzy. Abdikadir padł przed nim na twarz z rozpostartymi rękami i pochyloną głową.

Odziany w powłóczystą szatę z jakiejś drogiej ufarbowanej na fioletowo tkaniny przybysz był najniższy ze wszystkich obecnych, ale miał władczy sposób bycia. Był łysy, jeśli nie liczyć mgiełki srebrzystych włosów. Emeline pomyślała, że ma około siedemdziesiątki, ale jego pomarszczona skóra lśniła od olejków natłuszczających.

Oczy Bisesy rozszerzyły się ze zdumienia.

— Sekretarz Eumenes.

Mężczyzna uśmiechnął się chłodnym, wystudiowanym uśmiechem.

— Teraz od ponad dwudziestu lat mam tytuł chiliarchy. — Jego angielszczyzna była płynna, lecz sprawiała wrażenie koturnowej i była zabarwiona brytyjskim akcentem.

Bisesa powiedziała:

— Chiliarcha. To był kiedyś tytuł Hefajstiona. Doszedłeś wyżej niż ktokolwiek, z wyjątkiem króla, Eumenesie z Kardii.

— Nienajgorzej jak na obcokrajowca.

— Sądzę, że powinnam była ciebie oczekiwać — powiedziała Bisesa. — Właśnie ciebie.

— Tak jak ja zawsze oczekiwałem ciebie.

Wciąż leżąc na podłodze, Abdikadir wyjąkał:

— Chiliarcho, wezwałem cię, wysłałem biegaczy w chwili, gdy to się wydarzyło, Oko, powrót Bisesy Dutt, dokładnie tak jak kazałeś, przepraszam, jeśli nastąpiło jakieś opóźnienie i…

— Och, uspokój się, chłopcze. I wstań. Przybyłem tak szybko, jak mogłem. Wierzcie lub nie, ale w tym naszym ogólnoświatowym imperium są sprawy jeszcze bardziej niecierpiące zwłoki niż tajemnicze kule i niemniej tajemnicze powroty. No tak. Co cię tu sprowadza, Biseso Dutt?

Było to bezpośrednie pytanie, którego dotąd nie zadał jej nikt z obecnych.

Bisesa powiedziała:

— Nowe zagrożenie ze strony Pierworodnych.

W paru słowach opowiedziała o burzy słonecznej i o tym, jak ludzkość następnego stulecia mozoliła się, aby ją przetrwać. Powiedziała o nowej broni zwanej bombą Q, która pędzi przez kosmos ku Ziemi — jej Ziemi.

— Ja sama podróżowałam między planetami, próbując odpowiedzieć na to wyzwanie. A potem… zostałam sprowadzona tutaj.

— Dlaczego? Przez kogo?

— Nie wiem. Może to ten sam czynnik, który wtedy przerzucił mnie do domu. Pierworodni albo nie Pierworodni. Może ktoś, kto się im przeciwstawia.

— Król wie o twoim powrocie.

Grove zapytał:

— Skąd o tym wiesz?

Eumenes uśmiechnął się.

— Aleksander wie wszystko, co ja wiem, i to na ogół przede mną. Takie jest przynajmniej najbezpieczniejsze przypuszczenie. Porozmawiam z tobą, Biseso Dutt, później, w pałacu. Być może Król także zechce uczestniczyć w naszej rozmowie.

— No to jesteśmy umówieni.

Eumenes skrzywił się.

— Zapomniałem o twojej zuchwałości. Interesujące jest znowu cię gościć, Biseso Dutt. — Obrócił się na pięcie i wyszedł przy akompaniamencie ukłonów Abdikadira.

Bisesa spojrzała na Emeline i Grove’a.

— Więc teraz wiecie, dlaczego tu jestem. Bomba w układzie słonecznym, Oko na Marsie. A dlaczego wy jesteście tutaj?

— Ponieważ — powiedział Abdikadir — wezwałem ich, kiedy zadzwonił twój telefon.

Bisesa wpatrywała się w niego.

— Mój telefon?

Pośpieszyli z powrotem do komnaty, w której znajdowało się Oko.

Abdikadir wyjął telefon z sanktuarium i uroczyście wręczył go Bisesie.

Telefon spoczywał w jej dłoni, porysowany, znajomy. Nie mogła w to uwierzyć, oczy zaszły jej łzami. Próbowała to Abdikadirowi wyjaśnić.