— To zwykły telefon. Dostałam go, kiedy miałam dwanaście lat. Każde dziecko na Ziemi dostaje w tym wieku telefon. W ramach programu komunikacji i edukacji sponsorowanego przez Organizację Narodów Zjednoczonych. Przybył tu ze mną przez Nieciągłość i bardzo mi pomógł — to był mój prawdziwy towarzysz. Ale potem bateria wyczerpała się.
Abdikadir słuchał z twarzą pozbawioną wyrazu.
— Dzwonił. Dryń, dryń.
— Reagował na próbę nawiązania połączenia, to wszystko. Kiedy bateria wyczerpała się, nie było sposobu, żeby ją ponownie naładować. Faktycznie nadal nie mogę tego zrobić. Czekaj…
Obróciła się w stronę skafandra, który wciąż leżał rozpostarty na podłodze. Nikt nie odważył się go dotknąć.
— Skafander Pięć?
Głos dobiegający z głośników hełmu był bardzo cichy.
— Zawsze usiłowałem spełniać twoje potrzeby podczas działań poza statkiem kosmicznym.
— Możesz dać mi jeden z twoich zasilaczy?
Wydawało się, że się zastanawia. Po chwili przegródka umieszczona w pasku skafandra otworzyła się, odsłaniając niewielkich rozmiarów plastikową płytkę jasnozielonego koloru. Bisesa wyciągnęła zasilacz z gniazda.
— Czy jeszcze coś mogę dziś dla ciebie zrobić, Biseso?
— Nie. Dziękuję.
— Będę potrzebował naprawy, zanim znów będę mógł ci służyć.
— Dopilnuję tego. — Bała się, że to może być kłamstwo. — Teraz odpocznij.
Skafander wydał westchnienie i zamilkł. Bisesa wzięła zasilacz, odsłoniła złącza telefonu i wcisnęła go w gniazdo zasilacza.
— Jak to mówił Aleksiej? Dzięki Bogu istnieją uniwersalne protokoły połączeń.
Telefon włączył się i powiedział niepewnie:
— Bisesa?
— Tak, to ja.
— Nie śpieszyłaś się.
31. Nowe rozkazy
Z biura Belli w Waszyngtonie nadeszły do Liberatora nowe rozkazy.
— Mamy śledzić bombę Q — powiedziała Edna, przeglądając otrzymane rozkazy.
— Jak daleko? — spytał John Metternes.
— Jeżeli będzie trzeba, przez całą drogę do Ziemi.
— Chryste, to może zająć dwadzieścia miesięcy!
— Libby, możemy to zrobić?
Sztuczna inteligencja odpowiedziała:
— Będziemy towarzyszyć bombie. Materiał napędowy i masa reakcyjna nie powinny stanowić problemu. Jeśli wydajność recyklingu będzie w normie, funkcje życiowe załogi zostaną zachowane.
— Ładnie powiedziane — kwaśno powiedział John.
— Jesteś inżynierem — warknęła Edna. — Myślisz, że ma rację?
— Tak sądzę. Ale jaki to ma sens? Nasza broń jest bezużyteczna.
— Lepiej robić coś niż nic. Coś może się wydarzyć. John, Libby, zacznijcie przygotowywać plan działania. Przejrzę jego projekt i jeśli zyskamy pewność, że jest wykonalny z punktu widzenia posiadanych przez nas zasobów, prześlemy go na Ziemię.
— Szykuje się niezła jazda — mruknął Metternes.
Edna spojrzała na ekran. Zobaczyła bombę, która sunęła w głąb układu słonecznego, ale widać ją było tylko dzięki gwiazdom, które odbijały się w jej powierzchni. Edna próbowała wymyślić, co ma powiedzieć Thei, jak jej wytłumaczyć, że nieprędko wróci do domu.
32. Aleksander
Bisesa dostała własny pokój w pałacu Nabuchodonozora, który jak było do przewidzenia, zajął Aleksander. Pracownicy Eumenesa dostarczyli jej ubiór w wymyślnym perskim stylu przejętym przez macedoński dwór.
Emeline podarowała jej trochę przyborów toaletowych: grzebień, kremy do twarzy i rąk, małą buteleczkę perfum, a nawet archaicznie wyglądające podpaski. Pochodziły z zestawu podróżnego dziewiętnastowiecznej damy.
— Chyba nie zabrałaś ze sobą zbyt wiele — powiedziała.
Ten gest jednej kobiety z dala od domu wobec innej sprawił, że Bisesa miała ochotę się rozpłakać.
Trochę się przespała. Ciążył jej nagły powrót ziemskiej siły ciążenia, trzykrotnie większej od marsjańskiej. Jej zegar biologiczny był rozregulowany; jak poprzednio ta nowa nieciągłość, jej własna podróż w czasie, wywołała zmęczenie jak po długiej podróży samolotem.
A potem rzeczywiście się rozpłakała nad sobą i nad utratą Myry. Ale te ostatnie niezwykłe tygodnie, kiedy podróżowały razem w przestrzeni kosmicznej, prawdopodobnie trwały tak samo długo jak czas spędzony z Myrą od dnia burzy słonecznej. Stanowiło to pewną pociechę — tak sobie mówiła — mimo że prawie ze sobą nie rozmawiały, prawie nie poznały się nawzajem.
Marzyła o tym, żeby dowiedzieć się czegoś więcej o Charlie. Nawet nie widziała fotografii swojej wnuczki.
Spróbowała zasnąć znowu.
Obudziła ją nieśmiała służąca czy może niewolnica. Był wczesny wieczór. Pora audiencji u Eumenesa, być może z udziałem Aleksandra.
Wykąpała się i ubrała; nosiła już przedtem babilońskie szaty, ale wciąż czuła się głupio w tym przebraniu.
Okazała komnata, do której ją wprowadzono, była pełna nieprzyzwoitego wręcz przepychu, obwieszona gobelinami i pięknymi dywanami i pełna wyszukanych mebli. Nawet cynowy kubek, w którym służący podał jej wino, był wysadzany drogimi kamieniami. Wszędzie widać było strażników, stali w drzwiach i chodzili po korytarzu, uzbrojeni w długie sarisy i krótkie miecze. Nie mieli na sobie pełnej zbroi, tylko hełmy z wołowej skóry, lniane pancerze i skórzane buty. Wyglądali jak żołnierze piechoty, których Bisesa pamiętała z okresu, jaki spędziła tu poprzednio.
Pośród okrywającego żołnierzy żelaza oraz srebrnych i złotych dekoracji przechadzali się obojętnie pogrążeni w rozmowie dworzanie. Mieli na sobie egzotyczne stroje, głównie fioletowe i białe. Zarówno kobiety, jak i mężczyźni mieli twarze pokryte tak grubą warstwą farby, że trudno było określić, w jakim są wieku. Zauważyli Bisesę, która wprawdzie wzbudziła ich ciekawość, ale byli znacznie bardziej zainteresowani sobą oraz własnymi intrygami.
Wśród tego tłumu byli także neandertalczycy. Bisesa rozpoznała ich, przypomniawszy sobie, jak mignęli jej w oddali na lodowym pustkowiu podczas poprzedniego pobytu na Mirze. Teraz byli na dworze. Głównie bardzo młodzi, chodzili z pochylonymi wielkimi głowami i bezmyślnym spojrzeniem, trzymając w swych potężnych dłoniach delikatne tace. Mieli na sobie fioletowe szaty, równie piękne jak dworzanie, jak gdyby dla żartu.
Bisesa stanęła przed niezwykłym gobelinem. Pokrywał całą ścianę i przedstawiał mapę świata, ale odwróconą, z południem u góry. Wielki obszar południowej Europy, północna Afryka i środkowa Azja, sięgające aż do Indii, były pomalowane na czerwono i otoczone złotą wstęgą.
— Yeh-lu Ch’u-ts’ai — powiedział kapitan Grove.
Towarzyszył Emeline i był ubrany w brytyjski mundur, ona zaś miała na sobie praktyczną białą bluzkę, długą spódnicę i czarne pantofle. Oboje wyglądali jak prawdziwi ludzie z dziewiętnastego wieku pośród tych dworzan w krzykliwych strojach.
— Zazdroszczę ci tego stroju — powiedziała Bisesa do Emeline, czując się skrępowana swym babilońskim ubiorem.
— Wożę ze sobą żelazko — półgębkiem powiedziała Emeline.
Grove spytał Bisesę:
— Dobrze to wymówiłem?
— Nie mam pojęcia — powiedziała Bisesa. — Yeh-lu…?
Grove popijał wino, odgarniając swe bujne wąsy.
— Może nigdy go nie spotkałaś. Przed wojną Aleksandra z Mongołami był najważniejszym doradcą Czyngis-chana. Będąc chińskim jeńcem wojennym, wylądował całkiem dobrze. Po wojnie — jak pamiętasz, Czyngis-chan został zamordowany — jego gwiazda przybladła. Ale przybył tutaj, do Babilonu, aby pracować razem z uczonymi Aleksandra. Wynikiem tej pracy są mapy takie jak ta. — Gestem wskazał wielki gobelin. — Trochę przesadnie kosztowna, ale jak się wydaje, całkiem dokładna. Ogromnie pomógł Aleksandrowi w planowaniu zwycięskich podbojów, a potem w określaniu rozmiarów jego zdobyczy. Kampanie Aleksandra były niezwykłe, Biseso — jako zdumiewające osiągnięcie logistyki i motywacji. Zbudował całą flotę w wielkim porcie tu, w Babilonie, a potem Eufrat musiał uczynić żeglownym na całej jego długości. Wraz ze swą flotą opłynął Afrykę, robiąc wypady na brzeg dla zdobycia pożywienia. W międzyczasie jego wojska posuwały się na wschód i na zachód, kładąc tory kolejowe i budując drogi, i wszędzie zakładając miasta. Zabrało mu to pięć lat, po czym przez kolejne dziesięć lat toczył kampanię, dopóki ostatecznie nie zawojował wszystkiego, od Hiszpanii po Indie. Oczywiście w trakcie tych wypraw siły jego ludzi uległy wyczerpaniu…