Emeline dotknęła ramienia Bisesy.
— Gdzie jest twój telefon? Bisesa westchnęła.
— Nalegał, by go zabrać z powrotem do świątyni, żeby Abdi mógł załadować do niego tyle informacji astronomicznych, ile będzie w stanie. Jest ciekawy.
Emeline zmarszczyła brwi.
— Przyznaję, że mam trudności ze zrozumieniem tego, co mówisz. Najdziwniejsza ze wszystkiego jest twoja wyraźna sympatia, jaką czujesz do tego telefonu. Przecież to jest tylko urządzenie. Rzecz!
Kapitan Grove się uśmiechnął.
— Och, to nie jest takie niezwykłe. Wielu moich ludzi kocha swoją broń.
— A w moich czasach — powiedziała Bisesa — istnieje wiele urządzeń obdarzonych swoistą wrażliwością jak ten telefon. Mających świadomość jak ty lub ja. Trudno nie odczuwać do nich sympatii.
Odpychając dworzan, zbliżył się do nich Eumenes, budząca lęk postać, choć ubrana tak samo krzykliwie, jak cała reszta.
— Rozmawiacie o astronomii. Mam nadzieję, że astronomia, jaką tutaj uprawiamy, jest dobrej jakości i może być dla was przydatna — powiedział. — Babilońscy kapłani obserwowali niebo na długo przed naszym pojawieniem się tutaj. A teleskopy opracowane przez inżynierów ze Szkoły Othica zostały przez nas wykonane możliwie najstaranniej. Ale kto wie, co można odczytać na niebie, co jest uczynione równie zmyślnie jak ziemia, po której stąpamy.
Emeline powiedziała:
— Mamy swoich astronomów w Chicago. A także teleskopy, które przetrwały Znieruchomienie, to znaczy Nieciągłość. Wiem, że prowadzą obserwacje planet. I mówią, że wszystko uległo zmianie w stosunku do tego, co było przedtem. Światła na Marsie. Miasta! Niewiele wiem na ten temat. Tylko to, co przeczytałam w gazetach.
Bisesa i Grove wpatrywali się w nią osłupiali. Bisesa powiedziała:
— Miasta na Marsie?
A kapitan Grove dodał:
— Macie gazety? Chiliarcha zastanowił się.
— Są też inni… — szukał odpowiedniego słowa -…naukowcy. Czy są inni naukowcy w Chicago?
— Och, najprzeróżniejsi — powiedziała Emeline radośnie. — Fizycy, chemicy, lekarze, filozofowie. Uniwersytet nadal jako tako funkcjonuje i teraz zakładają nowy campus w Nowym Chicago, na południe od lodu, więc będą mogli działać po likwidacji starego miasta.
Eumenes zwrócił się do Bisesy.
— Wydaje mi się, że musisz się udać do tego Chicago, które jest siedliskiem wiedzy i edukacji, oddalonej w czasie od epoki Aleksandra o ponad dwadzieścia stuleci. Być może właśnie tam będziesz miała największą szansę znalezienia odpowiedzi na wielkie pytanie, które cię tutaj przywiodło.
Grove ostrzegł:
— Dotarcie tam zabierze piekielnie dużo czasu. Całe miesiące…
— Niemniej jednak jest to najwyraźniej konieczne. Zorganizuję ci transport.
Emeline uniosła brwi.
— Wygląda na to, że będziemy miały mnóstwo czasu, żeby się wzajemnie poznać, Biseso.
Bisesa była oszołomiona nagłością decyzji Eumenesa.
— Zawsze rozumiałeś — powiedziała — więcej niż którykolwiek z ludzi Aleksandra, zawsze byłeś świadom, że kluczem do całej sytuacji są Pierworodni, Oczy. Wszystko inne, imperia i wojny, to tylko odmiana.
Chrząknął.
— Gdyby mi brakowało przenikliwości, nie przetrwałbym długo na dworze Aleksandra, Biseso. Zobaczysz bardzo niewielu z tych, których pamiętasz z tamtych czasów, trzydzieści lat temu. W wyniku czystek wszystkich zlikwidowano.
— Wszystkich oprócz ciebie.
— Zwłaszcza że sam dopilnowałem, że to ja przeprowadzę te czystki…
Rozległ się dźwięk trąbek i głośne okrzyki.
Do komnaty wmaszerował oddział żołnierzy z wysoko uniesionymi sarisami. Za nimi pojawiła się groteskowa postać w przezroczystej todze, chuda jak tyka, lekko drżąca, z jaskrawo wymalowaną twarzą i ustami wykrzywionymi uśmiechem. Bisesa przypomniała sobie: był to Bagoas, perski eunuch i ulubieniec Aleksandra.
— Nie jest już tak piękny jak niegdyś — twardo powiedział Eumenes. — A mimo to żyje, podobnie jak ja. — Uniósł kubek z winem gestem udawanego pozdrowienia.
Teraz pojawił się sam Król. Otaczała go grupa mocno zbudowanych młodzieńców w drogich fioletowych szatach.
Kołysząc się, jakby był pijany, potknął się i byłby upadł, gdyby się nie oparł o krępego, małego pazia, którzy szedł obok. Miał na sobie jaskrawofioletowe szaty, a na głowie baranie rogi osadzone na diademie ze złota. Jego twarz nosiła ślady urody, którą pamiętała Bisesa: pełne usta i silnie zarysowany nos, wyrastający z wypukłego czoła, pukle włosów opadały do tyłu. Jego skórę, rumianą jak zawsze, pokrywały plamy i blizny, policzki obwisły, a potężne ciało obrosło tłuszczem. Bisesa była zaszokowana zmianami, jakie w nim zaszły.
Składając mu hołd, dworzanie padli na ziemię. Żołnierze i niektórzy urzędnicy wyżsi rangą nie poruszyli się, żywo gestykulując. Mały paź, który go podtrzymał, był neandertalskim chłopcem, jego prymitywna twarz lśniła od kremu, gęste włosy były zwinięte w loki. Kiedy król ją mijał, Bisesa poczuła zapach moczu.
— Oto władca świata — szepnęła Emeline, kiedy ją mijał, co w uszach Bisesy zabrzmiało lodowato.
— Ale on nim jest — powiedział Grove.
— Nie miał wyboru, musiał znowu podbić świat — mruknął Eumenes. — Aleksander wierzy, że jest bogiem — synem Zeusa pod postacią Ammona i dlatego nosi szaty Ammona oraz te rogi. Ale urodził się jako człowiek i boskość osiągnął dopiero dzięki swoim podbojom. Po pojawieniu się Nieciągłości wszystko to utracił i czymże wtedy był? To było nie do przyjęcia. Więc zaczął wszystko od nowa, musiał to uczynić.
Bisesa powiedziała:
— Ale teraz nie jest tak jak przedtem. Mówisz, że są tutaj pociągi parowe. Może to nowy początek cywilizacji. Zjednoczone imperium, pod panowaniem Aleksandra i jego następców, wspierane nowoczesną techniką.
Grove uśmiechnął się smutno.
— Pamiętasz, że biedny Ruddy Kipling zwykł był mówić to samo?
— Nie sądzę, aby Aleksander podzielał twoje „nowoczesne” marzenia — powiedział Eumenes. — Dlaczego miałby tak myśleć? Nas jest więcej niż was, znacznie więcej, może nasze przekonania wyprą wasze i to one ukształtują nową rzeczywistość.
— Zgodnie z moimi książkami historycznymi — powiedziała Emeline półgębkiem — w starym świecie Aleksander zmarł w wieku trzydziestu kilku lat. To nie po chrześcijańsku tak mówić, ale może byłoby lepiej, gdyby umarł tutaj zamiast dalej żyć.