— Wielkie nieba! — powiedziała Emeline, pokazując palcem. — Małpoludy. Biseso, popatrz!
Patrząc przed siebie, na tle porannego nieba Bisesa ujrzała na niewysokiej wydmie zgarbione postacie. Abdi powiedział:
— Czasami atakują pociągi, żeby zdobyć pożywienie. I stają się coraz bardziej zuchwałe. Posuwają się wzdłuż torów w stronę miasta.
Małpoludy powoli schodziły z wydmy. Szły przygarbione na swych nogach przypominających ludzkie, z potężnymi tułowiami goryli. Ich ruchy były pełne determinacji i czaiła się w nich wyraźna groźba.
Bisesa obserwowała je niespokojnie z powoli jadącego rzężącego pociągu. I wtedy pomyślała, że rozpoznaje małpoluda, który szedł na czele grupy. Było to zwierzę o twarzy, którą trudno było wymazać z pamięci, twarzy jednego z dwóch małpoludów, matki i dziecka, schwytanych przez żołnierzy Grove’a w pierwszych dniach po pojawieniu się Nieciągłości. Czy to było to samo dziecko? Jak ją ludzie nazywali — Chwytaczką? No tak, jeśli to była ona, teraz była starsza, pokryta bliznami i odmieniona. Bisesa pamiętała, jak uwięzione małpoludy, pozostawione sam na sam z Okiem, stały się obiektem eksperymentu Pierworodnych. Może właśnie miała przed sobą wynik tego eksperymentu.
Teraz Chwytaczka uniosła ręce wysoko w górę, odsłaniając to, co dotąd zakrywało jej włochate ciało. Trzymała grubą gałąź, na którą była nadziana pokryta krwią głowa człowieka. W jego szeroko rozwartych ustach tkwił patyk, a połamane zęby lśniły bielą w promieniach wschodzącego słońca.
Bisesa poczuła nagłe ukłucie lęku.
— Chyba prosiłam o uwolnienie tego małpoluda, kiedy znalazłam się w Oku. To był błąd.
Kiedy pociąg się do nich zbliżył, małpoludy zaatakowały. Przywitał je grad strzał, ale ruchome cele trudno było dosięgnąć i niewiele małpoludów padło. Jednak wybrały nieodpowiedni moment. Kiedy rozległ się gwizd lokomotywy, włochate ciała rzuciły się na drewniane wagony, ale napotkały las pięści i pałek, nie znajdując punktu oparcia. Małpoludy odpadały jeden po drugim, podskakując i rycząc z rozczarowania.
Abdi powiedział:
— No cóż, tak jest codziennie…
Kiedy pociąg zostawił gromadę małpoludów za sobą, telefon Bisesy cicho zapiszczał. Wyjęła go z kieszeni, a pozostali obserwowali ją z zaciekawieniem.
— Dzień dobry, Biseso.
— Więc znowu ze mną rozmawiasz.
— Mam dwie wiadomości, dobrą i złą.
Zastanawiała się przez chwilę.
— Najpierw ta zła.
— Analizowałem dane astronomiczne zebrane w Babilonie przez Abdikadira i jego poprzedników. Nawiasem mówiąc, byłbym wdzięczny, gdybym mógł sam poobserwować niebo.
— I?
— Ten wszechświat umiera.
Spojrzała na pokrytą pyłem równinę, wschodzące Słońce i małpoludy podskakujące koło torów.
— A dobra wiadomość?
— Odebrałem telefon. Z Marsa, ze Stacji Wellsa. To do ciebie — dodał lakonicznie.
34. Ellie
Na biegunie północnym Marsa, podczas niekończącej się zimowej nocy, czas płynął powoli. Myra czytała, gotowała, sprzątała, przekopywała się przez bibliotekę wirtualnych danych i ściągała filmy z Ziemi.
Oraz penetrowała Stację Wellsa.
Faktycznie znajdowało się tam siedem modułów. Każdy z nich stanowił przestronne pomieszczenie rozdzielone ażurową podłogą, otaczające centralny cylinder. Wszystkie moduły zostały przetransportowane przy użyciu rakiet i spadochronów, złożone, a następnie przeciągnięte na właściwe miejsce za pomocą łazików i nadmuchane. Wszystkie urządzenia były zasilane przez wielki reaktor jądrowy, chłodzony marsjańskim dwutlenkiem węgla i zatopiony w lodzie w odległości jednego kilometra, a ciepło odpadowe powoli powiększało jaskinię, w której się znajdował.
Wędrowała przez kolejne „puszki” aż do części kuchennej i mieszkalnej, którą wszyscy nazywali po prostu „domem”. W Puszce nr Cztery, stanowiącej centralną część stacji, znajdował się ogród wypełniony pojemnikami z zielonymi roślinami, które rosły w świetle lamp fluoroscencyjnych. Puszka nr Siedem mieściła główny system podtrzymujący życie. W tym miejscu Hanse pokazał jej z dumą bioreaktor, wielką półprzezroczystą rurę zawierającą zielonkawy, szlamowaty płyn, w którym niebiesko-zielone algi, spirulaplantensis, pracowicie wytwarzały tlen. Pokazano jej także urządzenie do odzyskiwania wody; brudny marsjański lód topiono, po czym otrzymaną wodę przepuszczano przez szereg filtrów, aby usunąć pył, który stanowił do czterdziestu procent jej objętości.
Jedynka i Trójka stanowiły pomieszczenia sypialne, które mogły pomieścić do dziesięciu osób. Oba te moduły były opuszczone, ale pozostały tam niektóre elementy wyposażenia. Wszystko było nadmuchiwane, łóżka, krzesła, a przegrody wypełniała marsjańska woda, zapewniając tłumienie dźwięków. Na ścianach znajdowały się panele oświetleniowe, które można było po prostu odlepić i złożyć. Myra zabrała kilka z nich, by rozświetlić swoją lodową jaskinię.
Pod panelami znajdowały się elementy dekoracyjne modułów: Dwójkę ozdabiał krajobraz miejski, Piątkę góry, Szóstkę morze, Jedynkę sosnowy las, a Trójkę preria. Trochę eksperymentując, przekonała się, że owe wirtualne krajobrazy można ożywić. Ale najwyraźniej o tych wymyślnych możliwościach szybko zapomniano, gdy załoga przeniosła się do Dwójki, gdzie mieszkali razem.
Kiedy o tym rozmawiali, Jurij wyszczerzył zęby w uśmiechu.
— Rozmaite ziemskie rządy i organizacje wydały na to mnóstwo pieniędzy — powiedział — po burzy słonecznej, gdy fundusze płynęły w przestrzeń kosmiczną szeroką strugą. Myślę, że wynikło to z jakiegoś poczucia winy. Zdawano sobie sprawę, że jest to środowisko ekstremalne. Próbowano więc uczynić je możliwie podobnym do Ziemi. Można być „turystą wewnętrznym”. Tak właśnie powiedziano mi podczas szkolenia. Ha!
— I to nie zadziałało?
— Słuchaj, musisz mieć parę zdjęć swojej rodziny i trochę działających uspokajająco niebiesko-zielonych powierzchni, przypomnij mi, żebym ci kiedyś pokazał Marsa przez filtr powodujący przesunięcie długości fali. Są tutaj barwy, głębokie odcienie czerwieni, dla jakich w ogóle nie mamy nazw. Ale wszystkie te obrazy miejsc, w których nigdy nie byłem, wypełnione miastami, których tu prawdopodobnie nigdy nie było — no nie. Możecie to sobie zatrzymać.
Pomyślała, że wszystko to układa się w pewien wzór, obejmujący stacje Lowella i Wellsa: kosztowne, nieprzemyślane urządzenia, teraz na poły porzucone przez kolejne pokolenia Kosmitów, które musiały ich używać.
Jednakże Myra podejrzewała, że w fakcie, iż cała załoga zajmowała pozbawione przegród wnętrze Dwójki, kryło się coś głębszego. Kilka krótkich pytań do sztucznej inteligencji zawiadującej stacją wywołało obrazy okrągłych domów, konstrukcji z epoki żelaza, które kiedyś były powszechne na obszarze Europy i Wielkiej Brytanii: wielkie budowle, stożki z drewna, zbudowane wokół centralnego słupa, z gołą, kolistą podłogą, pozbawione wewnętrznych ścian. Tu, na biegunie Marsa, mieszkańcy Stacji Wellsa całkiem nieświadomie porzucili miejskie uprzedzenia i powrócili do znacznie starszego sposobu bytowania. Doszła do wniosku, że jest to całkiem sympatyczne.
Oczywiście ta składająca się z siedmiu modułów konstrukcja służyła jednemu wyraźnemu celowi, który wiązał się z psychologią stanu odosobnienia. Zawsze istniały co najmniej dwie drogi przedostania się z jednego punktu stacji do drugiego. Więc gdyby Ellie miała na przykład ochotę udusić Jurija, istniały sposoby, aby uniknąć spotkania go, dopóki nie zapanuje nad swymi uczuciami. Ludzie zamknięci razem w ten sposób, pozostając w ciemności przez okrągły ziemski rok, nie mogąc nawet wyjść na zewnątrz, zawsze w końcu zwracali się przeciw sobie. Wszystko, co można było uczynić, to zaplanować otoczenie w taki sposób, aby rozładowywało napięcie.