— A mimo to, jeżeli masz rację, uczynili to. — Myra gniewnie spojrzała na uwięzione Oko. — Może powinniśmy się byli tego spodziewać. W końcu świadczy o tym wyraźnie sama obecność Oka. Patrzcie, co zrobiliśmy. Nie daliśmy się. Odcięliśmy ramię tego potwora… Nie sądzę, że…
— Nie, w ogóle tego nie rozszyfrowałam. Cokolwiek by to było, jest bardzo złożone; to nie liniowy układ symboli, jak litery w wierszu, lecz macierz w przestrzeni trójwymiarowej, a może nawet w przestrzeni o większej liczbie wymiarów. Jeżeli te glify są rzeczywiste, z pewnością ich znaczenie jest zawarte zarówno w ich położeniu, jak i w samej postaci.
— Musi istnieć jakiś punkt wyjścia — powiedziała Myra. — Jakiś elementarz.
Ellie kiwnęła głową.
— Próbuję wydobyć jakieś powszechnie występujące łańcuchy symboli.
Myra przyjrzała się jej uważnie. Oczy Ellie były ukryte za wizjerem jej skafandra i przesłonięte okularami, twarz miała bez wyrazu. Myra zdała sobie sprawę, że nie wie prawie nic o tej kobiecie, która być może właśnie dokonywała wiekopomnego odkrycia. W ciągu długich miesięcy spędzonych na stacji, Myra prawie z nią nie rozmawiała.
Podała jej i sobie kawę, która znajdowała się w torebkach tkwiących w uchwycie przytwierdzonym do bocznych ścianek hełmu i zapytała:
— Skąd pochodzisz, Ellie? Z Niderlandów?
— Faktycznie z Holandii. Z Delft. Jestem obywatelką Eurazji. Tak jak i ty, prawda?
— Wybacz, ale nie wiem, ile masz lat.
— Miałam dwa lata, kiedy zaatakowała burza słoneczna — warknęła Ellie. A więc teraz miała dwadzieścia dziewięć lat. — Nie pamiętam jej. Pamiętam za to obozy dla uchodźców, gdzie razem z rodzicami spędziłam następne trzy lata życia. Rodzice próbowali mnie odwieść od zamiaru pójścia za moim powołaniem, czyli poświęcenia się karierze naukowej. Mówili, że po burzy jest wiele do odbudowania. Powinnam tym właśnie się zająć, zostać architektem albo inżynierem, a nie fizykiem. Mówili, że to mój obowiązek.
— I jak widać, postawiłaś na swoim.
— Ale utraciłam rodziców. Myślę, że pragnęli, żebym cierpiała tak jak oni, bo burza słoneczna zniszczyła ich dom, wszystko, co zdołali zbudować, zniweczyła wszystkie ich plany. Czasami myślę, że pragnęli, by im się nie udało, by burza rozwaliła wszystko, bo wtedy nie wychowaliby niewdzięcznych dzieci, które niczego nie rozumiały.
Ten potok słów zaskoczył Myrę.
— Kiedy się otwierasz, to całkowicie, prawda, Ellie? I właśnie dlatego jesteś tutaj i zajmujesz się tym Okiem? Z powodu tego, co burza słoneczna uczyniła twojej rodzinie?
— Nie. Jestem tutaj, ponieważ fizyka jest rzeczą fascynującą.
— Jasne. Ellie, nikomu innemu nie mówiłaś o tych symbolach w jaskini, prawda? Żadnemu z członków załogi. Więc dlaczego mnie?
Ellie nieoczekiwanie uśmiechnęła się.
— Komuś musiałam powiedzieć. Po prostu po to, żeby się przekonać, czy to jest zupełnie bez sensu. Mimo że nie jesteś kompetentna do oceniania mojej pracy czy jej wyników.
— Oczywiście — oschle powiedziała Myra. — Cieszę się, że mi to powiedziałaś, Ellie. — Wewnątrz jej hełmu rozległ się cichy sygnał alarmowy i skafander poinformował ją, że powinna dołączyć do Hanse’a, żeby wrócić na powierzchnię. — Daj mi znać, kiedy dowiesz się czegoś więcej.
— Dobrze. — I Ellie powróciła do pracy, do jaskini pełnej instrumentów i niewidzialnych ścierających się ze sobą artefaktów grawitacyjnych.
35. Koń Posejdona
Bisesa, Emeline White i młody Abdikadir Omar mieli przebyć Ocean Atlantycki na pokładzie statku noszącego nazwę Koń Posejdona. W oczach Bisesy statek był zdumiewającą mieszaniną aleksandryjskiej tryremy i dziewiętnastowiecznego szkunera, coś jak Cutty Sark wyposażony w wiosła. Dowodził nim mówiący po angielsku Grek, który zaczął traktować pasażerów z najwyższym szacunkiem, kiedy Abdikadir wręczył mu list żelazny podpisany przez Eumenesa.
Oczekując na statek, musieli spędzić wiele tygodni w prymitywnym porcie na Gibraltarze. W tym świecie podróże transatlantyckie jeszcze nie były powszechne. Poczuli ulgę, kiedy w końcu wyruszyli w drogę.
Statek chyżo pruł szare wody Atlantyku. Załoga uwijała się ochoczo, czemu towarzyszył dźwięk rozmów będących mieszaniną dziewiętnastowiecznej angielszczyzny i archaicznej greki.
Bisesa spędzała jak najwięcej czasu na pokładzie. Kiedyś latała helikopterem i morze nie dokuczało jej zbytnio. Podobnie było z Emeline, ale biedny szczur lądowy Abdikadir przez większość czasu trzymał się za brzuch i wymiotował.
Kiedy wyruszyli z Gibraltaru, Emeline nabrała większej pewności siebie. Statek był własnością babilońskiego konsorcjum, ale wykorzystywana na jego pokładzie technologia była co najmniej w połowie pochodzenia amerykańskiego i Emeline wydawała się zadowolona, że pozbyła się brudu tego dziwnego Starego Świata.
— Poznaliśmy się na statku — powiedziała Bisesie. — My, mieszkańcy Chicago, docieramy do morza rzekami, pokonując całą deltę Mississippi, podczas gdy Grecy płyną przez ocean w wielkich łodziach wiosłowych, opływając wschodnie wybrzeże i zatokę. Pokazaliśmy im, jak budować maszty, które oprą się morskim szkwałom, oraz jak lepiej wykorzystywać takielunek, a my z kolei korzystamy z ich wielkich łodzi wiosłowych, które kursują po Mississippi. Josh nazywał to przenikaniem się kultur.
— Nie ma statków parowych — zauważyła Bisesa.
— Jeszcze nie. Mamy kilka parowców na jeziorze Michigan, które przetrwały Znieruchomienie wraz z nami. Ale nie jesteśmy gotowi, by zmierzyć się z oceanem. Możemy potrzebować pary, jeżeli lód będzie nadal napierał na południe. — I pokazała na północ.
Zgodnie z obserwacjami gwiazd, które przeprowadził telefon — zrzędząc przy tym na brak satelitów GPS — znajdowali się gdzieś na południe od Bermudów, zapewne na południe od trzydziestego równoleżnika. Ale mimo że byli tak daleko na południu, palec Emeline nieomylnie wskazał charakterystyczną białą poświatę.
Podczas podróży, na neutralnym terytorium morza, Bisesa próbowała lepiej poznać swych towarzyszy.
Abdi był młody, bystry, jeszcze nieukształtowany i wszystkiego ciekaw. Stanowił jedyny w swoim rodzaju przykład chłopca, którego nauczono myśleć zarówno na wzór swego nowoczesnego ojca, jak i Greków, którzy swą wiedzę posiedli od Arystotelesa. Ale miał w sobie na tyle dużo z ojca, że Bisesa czuła się przy nim bezpiecznie, tak jak zawsze się czuła w obecności pierwszego Abdiego.
Emeline stanowiła bardziej złożony przypadek. Duch Josha stale unosił się między nimi, o czym obie rzadko mówiły. I chociaż coś zdawało się pchać Emeline do owej podróży przez ocean, aby zbadać sprawę telefonów w Babilonie, co z pewnością uczyniłby także jej mąż, wyznała Bisesie, że w całej tej sytuacji czuła się nieswojo.