— Miałam zaledwie dziewięć lat, kiedy świat znieruchomiał wokół Chicago. Większą część mego życia pochłaniał „wielki program przetrwania” — jak to określa burmistrz Rice. Stale jesteśmy zajęci. Więc można zapomnieć o wielkiej tajemnicy, dlaczego się wszyscy tutaj znaleźliśmy, pojmujesz? Podobnie jak człowiek woli nie rozmyślać o własnej nieuchronnej śmierci. Ale teraz ty jesteś tutaj…
— Jestem aniołem śmierci — ponuro powiedziała Bisesa.
— Nie sądzę, chociaż nie przyniosłaś nam dobrych wieści. Ale mogę ci powiedzieć, że będę rada, kiedy dotrzemy do Chicago i będę mogła powrócić do normalnego życia!
Telefon prosił Bisesę, by nocą wynosiła go na pokład, żeby mógł widzieć niebo. Zrobiła w tym celu mały drewniany stojak, przywiązując go tak, aby się nie przewrócił wskutek kołysania statku.
Mir stanowił wciąż niespokojny świat, którego klimat był równie burzliwy jak jego geologia. Jakość obrazu, jaki uzyskiwali astronomowie, była na ogół marna. Ale na środku oceanu niebo było pozbawione chmur i pyłu wulkanicznego w stopniu, jakiego Bisesa nie widziała nigdy dotąd. Cierpliwie towarzyszyła telefonowi w obserwacjach nieba, które uzupełniały obserwacje przezeń przeprowadzone, kiedy Mir został utworzony, oraz obserwacje babilońskich astronomów. Otrzymane obrazy przesyłał do starych radioodbiorników z Małego Ptaka znajdujących się w Babilonie, a stamtąd — taką mieli nadzieję — obrazy te za pośrednictwem Oka docierały do prawdziwego wszechświata.
Zachęcona przez telefon Bisesa próbowała odszukać mgliste pasmo Drogi Mlecznej, zastanawiając się, czy nie jest bledsze i rzadsze, niż pamiętała.
Zgromadziwszy obserwacje przeprowadzone przez Abdiego i przez sam telefon, ten ostatni wspomagany przez trust mózgów na Marsie zdołał stwierdzić, że wszechświat, w którym znajdował się Mir, szybko się rozszerza. Na przykład galaktyka Andromedy, najbliższa wielka galaktyka, szybko oddalała się od Drogi Mlecznej. Kosmologowie porównywali to do ekspansji ziemskiego wszechświata napędzanej przez obecność pewnego rodzaju ciemnej energii, pola antygrawitacyjnego zwanego kwintesencją. Owa kwintesencja rozdymała także wszechświat Bisesy. Ale tutaj działo się to znacznie wcześniej.
Na tej podstawie oparto przewidywanie o stosunkowo bliskim końcu tego świata, choć liczby były wciąż obarczone znaczną niepewnością. Telefon był zdania, że owo rozszerzanie się może obejmować strukturę samej galaktyki i dlatego światło dalekich gwiazd wykazuje przesunięcie ku czerwieni. Koniec świata mógłby być już widoczny, gdyby było wiadomo, gdzie patrzeć.
Telefon zwrócił uwagę Bisesy na planety: wieczorem na Marsa, a rankiem na gwiazdę poranną Wenus.
— Ostatnim razem w ogóle ich nie było widać — szepnął. — To znaczy kiedy obserwowałem niebo, próbując określić wiek Mira.
— Pamiętam.
— Widoczność zawsze była zbyt słaba. Nigdy nie zauważyłem, jak bardzo są różne…
I Mars i Wenus, bliźniacze światy Ziemi, wyglądały jak odpryski błękitu.
36. Hubble
Unoszący się nad Ziemią teleskop stanowił gruby podwójny cylinder o długości trzynastu metrów, którego dwa wielkie płaskie panele baterii słonecznych były zwrócone w stronę Słońca.
Cieńszy cylinder, poprawnie zwany przednim płaszczem, był otwarty na drugim końcu i zaopatrzony w pokrywę. U podstawy przedniego płaszcza — wewnątrz krótkiego, pękatego cylindra zwanego tarczą ogonową — znajdowało się zwierciadło o średnicy powyżej dwóch metrów. Było wykonane ze szkła tytanowego o małym współczynniku rozszerzalności cieplnej, dokładnie wyszlifowane i pokryte powłoką z fluorku aluminiowo-magnezowego. Światło odbite od wspomnianego zwierciadła głównego było ogniskowane przez mniejsze zwierciadło wtórne, a następnie kierowane przez otwór w zwierciadle głównym do zestawu instrumentów badawczych. Instrumenty te obejmowały kamery, urządzenia do analizy spektralnej oraz urządzenia do kalibracji natężenia i polaryzacji światła.
Zewnętrzna część kadłuba była zaopatrzona w poręcze. Teleskop był tak pomyślany, aby się mieścił w przedziale ładunkowym wahadłowca i dzięki swej modułowej budowie, która zapewniała łatwość dostępu, mógł być poddawany regularnej konserwacji.
Ponieważ teleskop stanowił konstrukcję zawieszoną w przestrzeni kosmicznej, jego budowie towarzyszyły opóźnienia i przekroczenie budżetu związane ze stale pogarszającą się sytuacją ekonomiczną NASA. Umieszczenie teleskopu na orbicie opóźniło się o wiele lat z powodu katastrofy Challengera. Kiedy go ostatecznie uruchomiono, pierwsze obrazy, jakie przesłał na Ziemię, były zniekształcone przez aberrację sferyczną będącą wynikiem niezwykle drobnej wady zwierciadła, która umknęła uwadze inżynierów podczas przeprowadzania testów. Minęło jeszcze kilka lat, zanim kolejny wahadłowiec wyniósł na orbitę soczewkę korekcyjną, by skompensować efekt aberracji sferycznej.
Stanowiło to ukoronowanie dawnego marzenia pierwszych wizjonerów, aby umieścić teleskop w kosmosie, ponad atmosferą ziemską. Teleskop był w stanie rozróżnić szczegóły o rozmiarach dwustu kilometrów w chmurach pokrywających powierzchnię Jowisza.
Mówiono, że od czasu lądowania na Księżycu teleskop jest najbardziej spektakularną misją NASA. Dziesiątki lat po jego wystrzeleniu uzyskane przezeń obrazy wciąż ozdabiały ścienne ekrany i były tematem tatuaży.
Ale misje wahadłowców poświęcone konserwacji tego urządzenia zawsze były ogromnie kosztowne, a po katastrofie Columbii stały się wręcz nierealne. I teleskop stopniowo starzał się. Astronauci wymieniali zużyte żyroskopy, uszkodzone płytki ogniw słonecznych i zniszczoną izolację, ale powierzchnie optyczne ulegały zużyciu w wyniku działania światła słonecznego, uderzeń mikrometeorytów i szczątków statków kosmicznych oraz korozji spowodowanej działaniem rozrzedzonych, lecz wysoce reaktywnych gazów w górnych warstwach atmosfery ziemskiej.
W końcu teleskop stał się zbędny wobec pojawienia się młodszego, tańszego i skuteczniejszego rywala. Zmieniono jego położenie tak, aby zmniejszyć do minimum opór aerodynamiczny atmosfery; zawieszony na orbicie czekał, dopóki w przyszłości nie pojawią się bardziej sprzyjające warunki. Wszystkie jego systemy przestawiono w stan spoczynku. Zasłonięto otwór szczelinowy w przednim płaszczu, cyklopowe oko teleskopu zostało zamknięte.
Minęły dziesięciolecia.
Teleskop miał szczęście: przetrwał burzę słoneczną.
A po burzy nastała nowa era, pojawiły się nowe potrzeby i oczy na niebie były na wagę złota.
W końcu, pięć lat po burzy słonecznej, z Ziemi wyruszył statek kosmiczny, aby jeszcze raz odwiedzić teleskop; nie był to już wahadłowiec, lecz jego technologiczny potomek. Samolot kosmiczny był zaopatrzony w manipulator i zestaw staroświeckich części zamiennych. Astronauci wymienili zniszczone elementy, zmodernizowali systemy teleskopu i powrócili na Ziemię.
Teleskop jeszcze raz otworzył swe oko.
Znowu minęły lata. I wtedy teleskop coś zobaczył.
Wielu ludzi uznało, że najstarszy z ziemskich teleskopów kosmicznych powinien być pierwszym, który wypatrzy zbliżającą się bombę Q.
W swym gabinecie na Mount Weather Bella Fingal przyglądała się obrazom przesłanym przez teleskop Hubble’a, wpatrując się w maleńkie zniekształcenie przesuwające się przez obszar wypełniony gwiazdami. Mniej niż rok dzieliło Ziemię od chwili, gdy bomba dosięgnie jej powierzchni. Przerażenie ścisnęło jej żołądek.