Wezwała Paxtona.
— Przyjdź tutaj, Bob. Nie możemy tylko tak siedzieć i czekać. Potrzebuję jakichś nowych propozycji.
37. Nowy Nowy Orlean
Ostatniego dnia podróży Koń Posejdona powoli przepłynął przez deltę rzeki. Nawet Abdikadir wyszedł na pokład, żeby popatrzeć. Znajdowali się u ujścia Mississippi, ale poziom morza w tym świecie nadchodzącej epoki lodowcowej był o tyle niższy, że delta wrzynała się głęboko w Zatokę. W tej wersji świata na pewno nie było Nowego Orleanu. Zalękniona załoga patrzyła na aligatory rozmiarów małej ciężarówki, które leniwie poruszały się na porośniętych gęstą trzciną brzegach.
Statek zawinął ostrożnie do niewielkiego portu. Bisesa dostrzegła nabrzeża i magazyny; na molo stał drewniany dźwig. Za portowymi zabudowaniami rozsiadło się miasteczko pełne stłoczonych drewnianych chałup.
— Witamy w nowym Nowym Orleanie — sucho powiedziała Emeline. — Nie ma tu tego wiele. Ale robimy, co w naszej mocy.
Abdikadir szeptał coś, co brzmiało w gardłowej grece jak modlitwa.
— Biseso. Zastanawiałem się, jakich maszyn używali ci Amerykanie przy bagrowaniu portów. Popatrz tam.
Poprzez unoszącą się nad wodą mgłę Bisesa dojrzała coś, co wyglądało jak powoli kroczące słonie. Powiązane grubymi linami w czwórki ciągnęły jakąś ogromną lokomotywę. Ale sylwetki zwierząt były jakieś dziwne, miały małe wypukłe czaszki, a na grzbietach garby. Ludzie, którzy je poganiali, używając ościeni i batów, wyglądali przy nich jak karły, a potężne zwierzęta były z pewnością znacznie wyższe niż słonie afrykańskie z czasów Bisesy. Nagle jeden z nich uniósł łeb i zatrąbił; powietrze wypełnił wysoki dźwięk i Bisesa ujrzała wyjątkowo długie, spiralnie zakrzywione kły.
— To nie są słonie, prawda?
— Witamy w Ameryce — oschle powiedziała Emeline. — Nazywamy je mamutami Jeffersona. Niektórzy mówią o nich „cesarskie” albo „kolumbijskie”, ale my w Chicago jesteśmy patriotami i stąd Jefferson.
Abdikadir był zaintrygowany.
— Łatwo je oswoić?
— Nie tak, jak piszą w gazetach — powiedziała Emeline. — Sprowadziliśmy kilku treserów słoni z Indii, tutejsi mieszkańcy to prości ludzie, którzy ze wszystkim się godzą. Indianie narzekali, że tysiące lat, które poświęcili na ujarzmienie własnej odmiany słoni, poszły na marne. Chodźcie. Musimy złapać pociąg…
Pasażerowie wysiedli, niosąc swe skąpe bagaże. Robotnicy portowi nie okazywali wielkiego zainteresowania nowo przybyłymi, mimo ich macedońskich strojów.
Było lato i znajdowali się gdzieś na południe od starego Nowego Orleanu. Ale wiatr wiejący z północy był zimny.
Nie było tam żadnej stacji kolejowej, tylko po prostu miejsce, gdzie wśród sterty podkładów i zardzewiałych szyn kończyły się niedbale ułożone tory. Ale za syczącą, staromodną lokomotywą i przyczepą pełną drewnianych polan ciągnął się rząd wagonów.
Emeline od razu zaczęła pertraktować z maszynistą i banknotami dolarowymi zapłaciła za przejazd. Udało jej się też w małym miejskim barze kupić bochenek chleba, nieco suszonej wołowiny i dzbanek kawy. Banknoty, którymi płaciła, były zupełnie nowe, najwyraźniej Chicago miało własną mennicę.
Znalazłszy się w dobrze sobie znanym otoczeniu, Emeline tryskała radością i zdecydowaniem. Bisesa musiała przyznać, że nawet w tym porośniętym krzakami miejscu czuło się powiew nowoczesności, którego brakowało w aleksandryjskiej Europie, która wydawała się tonąć w przeszłości.
W pociągu mieli dla siebie cały przedział; pozostałe wagony były wypełnione rozmaitymi towarami, tarcicą, futrami i soloną rybą. Okna nie były oszklone, ale miały rolety ze skóry, które zapobiegały przeciągom, a wewnątrz leżały sterty koców z grubej, śmierdzącej, pomarańczowo-brązowej wełny. Emeline zapewniła ich, że to wystarczy, aby było im ciepło, dopóki nie dotrą do Nowego Chicago.
— Potem będą wam potrzebne cieplejsze ubrania — powiedziała. — Kupimy coś niecoś w mieście.
Kilka godzin po ich przybyciu — było około południa — lokomotywa wyrzuciła z siebie kłąb białego dymu i pociąg ciężko potoczył się naprzód. Słychać było głośne gdakanie, gdy kury umykały na boki z torów. Kilkoro wychudzonych dzieci wybiegło z prymitywnych domów, żeby im pomachać, a Abdi i Bisesa odpowiedzieli im tym samym. Wiatr zmienił kierunek i dym z komina lokomotywy wleciał do kabiny. Poczuli znajomy zapach palonego drewna.
Emeline powiedziała, że będą jechali doliną Mississippi przez całą drogę do Nowego Chicago, które leżało w pobliżu miejsca, gdzie w dawnym świecie znajdowało się Memphis. Podróż licząca kilkaset mil miała potrwać około dwudziestu czterech godzin, w pociągu będą mogli się przespać.
Bisesa z zaciekawieniem wyglądała przez okno. Na rzece panował ruch. Zobaczyła aleksandryjską tryremę, która wyglądała jak wiosłowy parowiec, który osiadł na mieliźnie i kilka kanu, które mogłyby być rodzimego pochodzenia, tylko że żadni rodowici mieszkańcy Ameryki nie znaleźli się na Mirze.
Emeline powiedziała:
— Z miejskiego muzeum i wystawy targowej wydobyli parę kanu wojennych. Po czym rozebrali je, żeby zobaczyć, jak są zbudowane. Z Cyrku Dzikiego Zachodu zabrali łuki, strzały, tipi i Bóg wie co jeszcze. Ładne te kanu, prawda? Raz dla hecy wsiadłam do takiego razem z Joshem. Ale woda jest diabelnie zimna, nawet tutaj, na południu. To woda z topniejącego lodu. Nie chcielibyście w nią wpaść, co?
— Wielbłądy — powiedział Abdikadir, wskazując drogę.
Bisesa ujrzała pociąg towarowy, który powoli jechał na południe, w stronę portu. Widziała mężczyzn i kobiety siedzących na dziwnych koniach, które miały skłonność do wierzgania i gryzienia swych jeźdźców. A nad nimi wszystkimi górowały wielbłądy, silnie objuczone, wyglądające władczo.
— Kolejny import?
— Och, nie — powiedziała Emeline. — Wielbłądy już tutaj były. Te konie także, faktycznie jest ich wiele ras, ale nie wszystkie nadają się do wykorzystania. Mówiłam wam, że mamy tu całą menażerię. Mamuty i mastodonty, wielbłądy i tygrysy szablastozębne, miejmy nadzieję, że ich nie napotkamy.
— Wszystkie te zwierzęta — zamruczał telefon Bisesy spoczywający w jej kieszeni — wymarły w czasie, gdy pojawili się pierwsi osadnicy. Oni jedli nawet miejscowe konie. Szkolny błąd.
— Cicho! Pamiętaj, że jesteśmy tu gośćmi.
— W pewnym sensie mieszkańcy Chicago również…
Zdała sobie sprawę, że Emeline jest nieco urażona. Najwyraźniej uznała, że mówienie do jakiegoś pudełka w obecności istot ludzkich z krwi i kości jest objawem złego wychowania.
Jednakże Abdikadir, który wychował się pod okiem ojca, bardzo się zainteresował.
— Nadal jest w stanie odbierać sygnały z Ziemi?
Bisesa wypróbowała przerywaną łączność telefoniczną za pośrednictwem Oka w ciągu całej podróży przez Atlantyk.
— Na to wygląda.
— Ale szybkość przesyłania danych jest mała — szepnął telefon. — I jest sporo przekłamań…
Bisesę uderzyła pewna myśl.
— Telefonie, zastanawiam się, jaki okres czasu dzieli mieszkańców Chicago od wprowadzenia radia.
Zamiast odpowiedzi telefon wyświetlił tekst. Zaledwie jedno pokolenie przed chicagowskim plastrem czasu James Clerk Maxwell, szkocki fizyk, tak bardzo podziwiany przez Aleksieja Carela, przewidział, że energia elektromagnetyczna może rozchodzić się w przestrzeni. Sam plaster czasu obejmował kilka lat między pierwszym pokazem Heinricha Hertza, dowodzącym prawdziwości tego wniosku, przy wykorzystaniu oddalonych od siebie o kilka stóp nadajników i odbiorników, a transmisją radiową Guglielma Marconiego przez Atlantyk.