— Powinniśmy to pchnąć do przodu, Abdi. Pomyśl, jak przydatna byłaby w tej chwili łączność radiowa dla Babilonu. Może kiedy dotrzemy do Chicago, spróbujemy razem uruchomić warsztat radiowy.
Abdi robił wrażenie podekscytowanego.
— Bardzo bym chciał…
Emeline warknęła:
— Może powinniście powściągnąć wasze plany pomocy dla biednych mieszkańców Chicago, dopóki nie zobaczycie, jak wiele sami zdołaliśmy zdziałać.
Bisesa powiedziała szybko:
— Przepraszam, Emeline. To było bezmyślne.
Sztywność Emeline ustąpiła.
— W porządku. Tylko nie chwal się swoimi wymyślnymi gadżetami przed burmistrzem Rice’em i Komitetem Kryzysowym, bo naprawdę poczują się obrażeni. Zresztą — dodała ponuro — nie sprawi to najmniejszej różnicy, jeżeli ta twoja zabawka ma rację w sprawie końca świata. Czy może określić, ile czasu nam jeszcze zostało?
— Dane są niepewne — szepnął telefon. — Pisemne relacje z obserwacji gołym okiem, instrumenty wygrzebane z rozbitego helikoptera wojskowego…
Bisesa powiedziała:
— Wiem. Po prostu podaj nam najlepsze oszacowanie, jakie masz.
— Pięć stuleci. Może nieco mniej.
Zaczęli się nad tym zastanawiać. W końcu Emeline roześmiała się, ale był to śmiech wymuszony.
— Naprawdę przynosisz nam tylko złe wieści, Biseso.
Ale Abdikadir wydawał się niewzruszony.
— Pięć stuleci to długi okres czasu. Znajdziemy wyjście z sytuacji na długo przedtem.
Zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią noc spędzili w pociągu.
Mroźne nocne powietrze, zapach dymu z palonego drewna i miarowe stukanie pociągu jadącego po nierówno ułożonych torach ukołysały Bisesę do snu. Ale co jakiś czas budziły ją silniejsze wstrząsy.
Raz usłyszała w oddali głosy zwierząt, jakby wycie wilków, ale niższe, bardziej gardłowe. Przypomniała sobie, że to nie jest zrekonstruowany park rozrywki. To się działo naprawdę i Ameryka ery plejstocenu nie była światem, który człowiek już zdołał ujarzmić. Ale te wydawane przez zwierzęta odgłosy były dziwnie fascynujące. Przez dwa miliony lat ludzie rozwijali się w krainie pełnej takich zwierząt. Może poczuli brak wielkich zwierząt, kiedy znikły, nawet o tym nie wiedząc. Może więc ten pomysł z parkiem Jeffersona w jej własnym świecie nie był taki zły.
Jednak słuchanie krzyków tych zwierząt dobiegających z ciemności budziło lęk. Widziała, jak Emeline wpatruje się w mrok szeroko otwartymi oczami. Za to Abdikadir cicho pochrapywał otulony niefrasobliwą obojętnością swej młodości.
38. Odkrycie
Jurij i Grendel zaprosili Myrę na wycieczkę.
— Rutynowa inspekcja kontrolna i zbieranie próbek — powiedział Jurij. — Ale może chciałabyś skorzystać z okazji, żeby wyjść na zewnątrz.
Na zewnątrz. Po miesiącach zamknięcia w lodowym pudle, w krainie tak płaskiej i mrocznej, że nawet gdy Słońce było na niebie, otoczenie przypominało pojemnik do badania deprywacji sensorycznej, słowo to podziałało na Myrę jak magiczne zaklęcie.
Ale kiedy dołączyła do Jurija i Grendel, wgramoliwszy się do wnętrza łazika przez miękką rurę łączącą kopułę mieszkalną z kabiną ciśnieniową łazika, poniewczasie zdała sobie sprawę, że tylko zamieniła jedno zamknięcie na inne.
Wydawało się, że Grendel Speth zdaje sobie sprawę, co czuje Myra.
— Przyzwyczaisz się. Przynajmniej podczas tej wyprawy będziesz miała za oknem inny krajobraz.
Jurij i Grendel usiedli z przodu, a Myra za nimi. Jurij zawołał:
— Czy wszyscy się przypięli? — Wcisnął guzik i oparł się. Pokrywa włazu zamknęła się z trzaskiem, rygle zaskoczyły, tunel łączący ich z kopułą odłączył się z mlaśnięciem i łazik skoczył do przodu.
Było północne lato. Wiosna przyszła około świąt Bożego Narodzenia, znacząc swe nadejście gwałtowną sublimacją suchego lodu, który zamieniał się w parę, jak tylko padły nań promienie słoneczne, i przez jakiś czas widoczność była jeszcze gorsza niż w czasie zimy. Ale teraz, choć cienka warstwa lodu wciąż pokrywała ziemię, największa wiosenna odwilż minęła, zima ustąpiła, a Słońce toczyło się nisko po czystym pomarańczowo-brązowym niebie.
W rzeczywistości Myra po raz pierwszy brała udział w wyprawie łazikiem należącym do bazy. Był znacznie mniejszy od owego kolosa, którym przyjechała z Portu Lowella, jego ciasne wnętrze mieściło miniaturowe laboratorium, kuchenkę i toaletę zaopatrzoną w umywalkę, gdzie mogła się umyć gąbką. Łazik miał przyczepę, która jednak nie zawierała przenośnego reaktora jądrowego, jak Discovery z Portu Libella, lecz turbinę opalaną metanem.
— Produkujemy metan z marsjańskiego dwutlenku węgla — powiedział Jurij. — Wykorzystanie miejscowych surowców. Ale to powolny proces i musimy długo czekać, aż zbiornik będzie pełny. Dlatego możemy sobie pozwolić zaledwie na klika takich wypadów rocznie.
— Potrzebujecie energii jądrowej — powiedziała Myra.
Jurij chrząknął.
— Lowell dostał najlepszy sprzęt. Nam zostały tylko jakieś śmiecie. Ale to wystarcza do naszych celów. — I jakby przepraszając, walnął w deskę rozdzielczą pojazdu.
— Ta wycieczka nie będzie zbyt ciekawa — powiedziała Grendel.
— Ale dla mnie to coś nowego — odparła Myra.
— W każdym razie wyświadczasz nam przysługę — powiedział Jurij. — Zgodnie z przepisami w każdej wyprawie dłuższej niż jeden dzień powinny uczestniczyć trzy osoby. Jednak możemy robić, co nam się podoba, i mamy to w nosie. Czasami nawet pokonujemy tę trasę samotnie, ja albo Grendel. Ale sztuczna inteligencja jest bardzo uczulona na przestrzeganie przepisów, wiesz?
— Brakuje nam rąk do pracy — powiedziała Grendel. — Teoretycznie w stacji powinno przebywać dziesięć osób. A na Marsie jest po prostu zbyt wiele do zrobienia.
— I jak sądzę, Ellie jest praktycznie unieruchomiona, pracując w Jamie.
Grendel skrzywiła się.
— No tak. Ale ona i tak nie jest jedną z nas. Nie jest Marsjanką.
— A Hanse?
— Hanse to zapracowany facet — powiedział Jurij. — Kiedy nie jest zajęty kierowaniem stacją albo wierceniem dziur w lodzie, prowadzi swoje eksperymenty nad wykorzystaniem miejscowych surowców. Można powiedzieć, że tu na Marsie żyje z pracy na roli. Można by pomyśleć, że północny biegun Marsa to osobliwe miejsce, żeby się czymś takim zajmować. Ale posłuchaj, Myro, tutaj jest woda, tkwi tuż pod powierzchnią w postaci lodu. A w pobliżu nie ma jej nigdzie więcej, jeśli nie liczyć tych resztek na biegunach Księżyca.
— I Hanse — powiedziała Grendel — ma wielkie plany.
Jurij powiedział:
— Myro, jest wiele podobieństw między życiem tu na czapie lodowej Marsa i na księżycach Jowisza czy Saturna, które w zasadzie stanowią jedynie wielkie kule lodu otaczającego skaliste jądro. Dlatego Hanse wypróbowuje technologie, które mogą nam umożliwić przetrwanie tam, w tych nieprzyjaznych światach.
— Ambitny program.
— Jasne — powiedział Jurij. — No cóż, jego matka pochodziła z południowej Afryki. Wiesz, jacy są dzisiaj ci Afrykanie. Z politycznego i ekonomicznego punktu widzenia wyszli z burzy słonecznej obronną ręką. Myślę, że Hanse jest oddany pracy na Marsie. Ale to afrykański Marsjanin i przyświecają mu głębsze cele…