Po kilku godzinach jazdy dotarli do krawędzi spiralnego kanionu.
Ściana zerodowanego lodu była niska i kanion nie był szczególnie głęboki. Myra myślała, że łazik z łatwością ześlizgnie się na jego dno. Pożłobiona koleinami droga, którą jechali, rzeczywiście schodziła serpentynami w dół. Ale widziała, że dalej kanion się rozszerzał i robił coraz głębszy, zakręcając łukiem i ginąc w oddali, niczym ogromna naturalna autostrada.
Jednak nie zjechali do kanionu od razu. Jurij postukał w deskę rozdzielczą i łazik potoczył się ciężko wzdłuż krawędzi do miejsca, gdzie wyłonił się przed nimi z mroku dziwny owadzi kształt. Była to pełna rozmaitych instrumentów platforma o średnicy około pięćdziesięciu centymetrów, stojąca na trzech patykowatych nogach. Łazik był zaopatrzony w manipulator, który teraz się rozłożył, sięgając w stronę trójnogu.
— To naziemne instrumentarium — powiedział Jurij. — Rodzaj stacji meteorologicznej wyposażonej w sejsmometr, zwierciadła laserowe oraz inne przyrządy. Na czapie polarnej umieściliśmy całą sieć takich urządzeń. — Powiedział to z uczuciem niejakiej dumy.
Dla podtrzymania rozmowy zapytała:
— Po co te nogi?
— Ażeby utrzymać tę konstrukcję ponad powierzchnią suchego lodu, którego warstwa pod koniec zimy może mieć głębokość kilku metrów. Istnieją też efekty powierzchniowe, na przestrzeni pierwszych kilku metrów nad powierzchnią ziemi występują znaczne wahania temperatury i ciśnienia. Stąd te czujniki zamontowane na nogach.
— Są takie cienkie. Jakby całe to urządzenie miało się przewrócić przy pierwszym podmuchu wiatru.
— No cóż, Mars to osobliwa planeta. Obliczyłem obciążenie wiatrem. To cudo tak łatwo się nie przewróci.
— Zaprojektowałeś je?
— Tak — powiedziała Grendel — i jest z niego cholernie dumny. I oczywiście wszelkie podobieństwo tych miniaturowych stacji meteorologicznych do marsjańskich machin wojennych, znanych z niektórych książek i filmów, jest czysto przypadkowe.
— To moje dzieci. — Jurij odrzucił głowę do tyłu i wybuchnął śmiechem.
Teraz łazik wyrzucił na zewnątrz inne, bardziej egzotyczne urządzenia: kulistą klatkę o średnicy około metra, która potoczyła się po śniegu, oraz „inteligentny pył”, czarny, przypominający sadzę proszek, który został porwany przez wiatr. Każda drobinka tego pyłu stanowiła czujnik o rozmiarach jednego milimetra, składający się z maleńkich instrumentów zasilanych energią promieniowania płynącą z nieba bądź wstrząsami wywołanymi przez wiatr.
— Nie mamy kontroli nad kierunkiem, w którym się poruszają — powiedział Jurij. — Po prostu są niesione wiatrem i znaczna część tego pyłu zostanie zasypana śniegiem. Ale idea polega na tym, żeby czapę lodową tak nafaszerować czujnikami, żeby zyskała — by tak rzec — samoświadomość. Uzyskany w ten sposób strumień danych jest ogromny.
Kiedy opuścili to naziemne instrumentarium, łazik zaczął zjeżdżać w głąb kanionu. Lodowa ściana była uwarstwiona jak skała osadowa; co kilka metrów widać było grube, ciemne smugi, rozdzielone znacznie cieńszymi warstwami — jak strony książki, tak cienkie, że Myra ledwie była w stanie je rozróżnić. Łazik posuwał się w dół powoli i ostrożnie, jego ruch został najwyraźniej uprzednio zaprogramowany. Od czasu do czasu Jurij, a rzadziej Grendel stukali w deskę rozdzielczą i łazik zatrzymywał się, po czym wysuwał manipulator, którym badał powierzchnię ściany. Zeskrobywał próbki lodowych warstw albo przyciskał do lodu pojemnik z instrumentami, albo wreszcie umieszczał w nim mały zestaw przyrządów.
Grendel powiedziała do Myry:
— To jest bardzo podobne do wiercenia. Pobieramy próbki warstw. Szukamy śladów życia lub jego pozostałości z minionych epok. Jurij próbuje określić globalną stratygrafię, sporządzić mapę wszystkich warstw w czapie lodowej, porównując rezultaty odwiertów z wynikami wypraw do kanionu. Nie jest to, jak sądzę, zbyt pasjonujące. Jeśli zobaczymy coś naprawdę interesującego, wychodzimy na zewnątrz i dokładniej się temu przyglądamy. Ale zakładanie skafandrów jest męczące i robimy to tylko w szczególnych wypadkach.
Jurij znowu się roześmiał. Łazik potoczył się dalej.
— Rozmawiałam z Ellie — niepewnie powiedziała Myra. — Tam, w Jamie. Opowiedziała mi coś niecoś na temat swoich przeżyć podczas burzy słonecznej.
Grendel obróciła się, uniósłszy brwi.
— Spotkał cię wielki zaszczyt. Mnie zabrało to trzy miesiące. A jestem jej psychologiem.
— To brzmi, jakby przeżyła ciężkie chwile.
— Ja sama miałam wtedy dziesięć lat — powiedziała Grendel. — Dorastałam w Ohio. Pochodzę z rodziny rolniczej, mieszkaliśmy z dala od którejkolwiek z kopuł. Tata zbudował nam schron, jak przed burzą. Straciliśmy wszystko, a potem mieszkaliśmy w obozach dla uchodźców. Ojciec zmarł parę lat później. Dopadł go rak skóry. W tych obozach pracowałam jako pielęgniarka. Myślę, że dlatego zasmakowałam w medycynie. Nie chciałam już nigdy czuć się tak bezradna wobec cierpiącego człowieka. A po burzy słonecznej, po opuszczeniu obozów, uczestniczyłam w programach odbudowy systemu ekologicznego na Środkowym Zachodzie. W ten sposób wciągnęła mnie biologia.
Jurij powiedział wesoło:
— Jeśli o mnie chodzi, urodziłem się po burzy słonecznej. Na Księżycu, z matki Rosjanki i ojca Irlandczyka. Jednak jakiś czas spędziłem na Ziemi. Jako nastolatek pracowałem w programie ekologicznym w strefie arktycznej na terenie Kanady.
— I w ten sposób zasmakowałeś w lodzie.
— Tak sądzę.
— A teraz jesteście tutaj — powiedziała Myra. — Teraz jesteście Kosmitami.
— Marsjanami — powiedzieli Grendel i Jurij chórem.
Jurij powiedział:
— Kosmici siedzą na swych skałach na niebie. A Mars to Mars. I niekoniecznie mamy takie same ambicje jak oni.
— Ale zajmujecie się Okiem w Jamie.
Jurij powiedział:
— Tak, oczywiście. Ale wolałbym zajmować się tym. — Machnął ręką w stronę lodowych rzeźb widocznych za przednią szybą. — Marsem. To mi wystarcza.
— Zazdroszczę ci — impulsywnie powiedziała Myra. — Celu w życiu. Postanowienia zbudowania tu czegoś trwałego.
Grendel odwróciła się zaciekawiona.
— Zazdrość to niedobre uczucie, Myro. Masz przecież własne życie.
— Tak. Ale mam wrażenie, jakbym żyła życiem kogoś innego.
Grendel chrząknęła.
— To zrozumiałe, biorąc pod uwagę, kim jest twoja matka. Jeśli masz ochotę, możemy później o tym porozmawiać.
Jurij powiedział:
— Albo o mojej matce, która nauczyła mnie, jak pić wódkę. To niezły sposób, żeby doprowadzić świat do porządku.
Odezwał się cichy sygnał alarmowy i na desce rozdzielczej zapaliło się zielone światło. Jurij postukał w nią. Na ekranie pojawiła się twarz Aleksieja Carela.
— Lepiej już wracajcie. Przepraszam, że przerywam wam zabawę.
— Mów — powiedział Jurij.
— Mam dwie wiadomości. Po pierwsze, Myro, zostaliśmy wezwani do stacji Cyklopa.
— Do stacji poszukiwania planet? Po co?
— Żeby spotkać się z Ateną.
Jurij i Grendel wymienili spojrzenia. Jurij powiedział:
— A druga wiadomość?
Aleksiej wyszczerzył zęby w uśmiechu.
— Ellie von Devender coś wyszperała w Jamie. Całkiem pospolity zestaw glifów. Myro, ona powiedziała, że ty to zrozumiesz. Kiedy wrócicie, wyjaśni to wszystkim pozostałym.