— Pokaż — powiedziała Myra.
Twarz Aleksieja znikła i ekran wypełniły cztery proste symbole: trójkąt, czworokąt, pięciokąt i sześciokąt.
39. Nowe Chicago
Do Nowego Chicago dotarli około południa.
Była tam prawdziwa stacja kolejowa z peronem i małym budynkiem, gdzie można było poczekać na przyjazd pociągu i kupić bilety. Ale tory się tu kończyły; do starego Chicago będą się musieli dostać w jakiś inny sposób.
Emeline poprowadziła ich ze stacji do miasta. Powiedziała, że zorganizowanie dalszej podróży może im zabrać kilka dni. Miała nadzieję, że w jednym z dwóch małych hoteli miejskich znajdzie się dla nich miejsce. Jeśli to się nie uda, będą musieli chodzić od drzwi do drzwi.
Nowe Chicago znajdowało się w miejscu dawnego Memphis, ale po owym mieście nie został żaden ślad. Kiedy Bisesa patrzyła na drewniane domy, jaskrawo wymalowane znaki, barierki do uwiązywania koni i drogi gruntowe, przypomniały się jej hollywoodzkie obrazy miast z Dzikiego Zachodu. Na ulicach panował rozgardiasz, dorośli gonili za swoimi sprawami, a dzieci wałęsały się przed szkołą. Niektórzy dorośli poruszali się na rowerach — rowerach, które nazywali „kółkami”, stanowiącymi całkiem świeży wynalazek w chwili pojawienia się Nieciągłości. Ale wielu mieszkańców było okutanych w futra, jak polarni łowcy fok, a przed knajpami obok koni stały uwiązane wielbłądy.
Zdołali wynająć kilka pokojów w małym hotelu Michigan, choć Emeline i Bisesa musiały zamieszkać w jednym. W holu wisiała oprawiona w ramki pierwsza strona gazety. Było to ostatnie wydanie Chicago Tribune, noszące datę 21 lipca 1894 roku, a wielki nagłówek oznajmiał: ŚWIAT ODCIĘTY OD CHICAGO.
Zostawili swoje torby w hotelu. Emeline kupiła im po kanapce z pieczenia wołową. Po południu poszli na spacer, obejrzeć nowe miasto.
Nowe Chicago przecinała droga gruntowa, przy której stały drewniane domy, tylko jeden z większych kościołów był wykonany z kamienia. Był naprawdę duży. Bisesa doszła do wniosku, że miasto musi liczyć kilka tysięcy mieszkańców.
Na wieży ratusza zainstalowano okazały zegar, który jak powiedziała Emeline, wskazywał „standardowy czas kolejowy Chicago”, którego trzymali się mieszkańcy miasta, pomimo wielkich zakłóceń spowodowanych przez Nieciągłość, chociaż biorąc pod uwagę położenie Słońca na niebie, późnił się o około trzy godziny. Widać było także inne oznaki miejscowej kultury. Zawiadomienie na kawałku postrzępionego papieru, przypiętego do drzwi ratusza, oznajmiało:
ŚWIAT BEZ PAPIEŻA?
JAKA DROGA CZEKA CHRZEŚCIJAN?
ŚRODA, GODZINA ÓSMA
ZAKAZ WNOSZENIA ALKOHOLU I BRONI
Na małym domu widniał napis: POMNIK EDISONA. Bisesa schyliła się i na plakacie przeczytała, co następuje:
LOS CHICAGO
OWEJ NOCY
GDY CAŁY ŚWIAT ZNIERUCHOMIAŁ
LIPIEC 1894
Zrealizowano dla Kinetoskopu Edisona-Dixona
Zgłoszono do Urzędu Patentowego USA
PRAWDZIWY CUD
DZIESIĘĆ CENTÓW
Bisesa zerknęła na Emeline.
— Edison?
— Tak się złożyło, że był w mieście tamtej nocy. Rok czy dwa przedtem doradzał nam w sprawie targów światowych. Teraz jest już starym i ubogim człowiekiem, ale nadal żyje, a przynajmniej żył, kiedy wyruszałam do Babilonu.
Poszli dalej, przemierzając pokryte pyłem ulice.
Dotarli do małego parku, nad którym górował ogromny posąg spoczywający na betonowej podstawie. Przypominający trochę Statuę Wolności posąg musiał mieć co najmniej sto stóp wysokości. Miał pozłacaną powierzchnię, jednak złoto było pokryte plamami i porysowane.
— To Wielka Mary — powiedziała Emeline, a w jej głosie słychać było jakby cień dumy. — Albo Statua Republiki. Największa atrakcja targów światowych, to znaczy Wystawy Światowej z 1893 roku, którą zorganizowaliśmy na rok przed Znieruchomieniem. Kiedy to miejsce wybraliśmy jako lokalizację Nowego Chicago, Mary była jednym z pierwszych elementów, jakie tu przetransportowaliśmy, chociaż nie dysponowaliśmy prawie żadnymi możliwościami.
— Jest wspaniała — powiedział Abdikadir i zabrzmiało to naprawdę szczerze. — Nawet Aleksander byłby pod wrażeniem.
— No cóż, to dopiero początek — powiedziała Emeline, nie ukrywając zadowolenia. — Trzeba określić cel działania. Tutaj jesteśmy i tutaj pozostaniemy.
Nie mieli żadnego wyboru, musieli opuścić Stare Chicago.
Mieszkańcom Chicago zabrało wiele miesięcy zrozumienie tego, czego Bisesa dowiedziała się na podstawie fotografii, które Sojuz wykonał z orbity okołoziemskiej. Ten kryzys nie był jedynie jakąś lokalną katastrofą klimatyczną, jak początkowo myślano, wydarzyło się coś znacznie bardziej niezwykłego. Chicago było wysepką ludzkiego ciepła na zamarzniętym, pozbawionym życia kontynencie, okruchem dziewiętnastego wieku pośród wiecznych lodów. A jeśli chodzi o czapę lodową, Chicago stanowiło jak gdyby ranę, która musiała się zagoić.
Emeline powiedziała, że pierwsi emigranci z właściwego Chicago udali się na południe pięć lat po Znieruchomieniu. Nowe Chicago było owocem trzydziestu lat ciężkiej pracy Amerykanów, którzy przez wiele lat musieli liczyć tylko na siebie w całkowicie odmienionym świecie.
Ale nawet w sercu tego nowego miasta z północy wiał nieustannie zimny wiatr.
Dotarli do ziemi uprawnej na skraju miasta. Jak okiem sięgnąć, na zielono-brązowej prerii widać było rozproszone owce i bydło oraz małe, nędzne zabudowania gospodarskie.
Emeline zaprowadziła ich do czegoś w rodzaju fabryki na wolnym powietrzu, którą nazywała Składnicą Bydła. Miejsce to cuchnęło krwią, łajnem i gnijącym mięsem, a dziwny kwaśny zapach pochodził od spalonej sierści.
— Główna część tego, co tutaj się znajduje, pochodzi ze starego Chicago. Przed Znieruchomieniem zarzynaliśmy czternaście milionów zwierząt dziennie i pracowało tutaj dwadzieścia pięć tysięcy osób. Oczywiście teraz jesteśmy w stanie przerobić tylko drobny ułamek. Faktycznie mamy szczęście, że zakłady zawsze pracowały pełną parą, bo gdybyśmy nie byli w stanie rozmnażać zwierząt trzymanych w zagrodach, w ciągu roku czy dwóch umarlibyśmy z głodu. Teraz wysyłają stąd mięso, by wyżywić stare miasto. Nie musimy się martwić zamrażaniem, robi to za nas sama natura…
Kiedy Emeline mówiła, Bisesa popatrzyła na horyzont. Ujrzała w oddali coś, co wyglądało jak stado słoni, mamutów lub mastodontów, które dumnie kroczyły przed siebie. Dziwnie było pomyśleć, że gdyby je minęła, mogłaby dojść do brzegu oceanu, nie napotykając po drodze żadnych śladów rodzaju ludzkiego, poza odciśniętymi w śniegu śladami stóp.
Tej nocy Bisesa, wyczerpana podróżą, wcześnie udała się na spoczynek we wspólnym pokoju hotelowym. Ale miała kłopoty z zaśnięciem.
— Przede mną kolejny dzień i znów nie wiem, co mnie, u diabła, czeka — szepnęła do telefonu. — Jestem na to wszystko za stara.
Telefon szepnął:
— Wiesz, gdzie jesteśmy? To znaczy co to za miejsce. Wiesz, czym by się stało, gdyby nie Nieciągłość?
— No powiedz.
— To Graceland. Rezydencja.
— Żartujesz.
— Ale teraz Memphis w ogóle nie będzie istnieć.
— Cholera. Więc utknęłam w świecie bez Myry, bez dietetycznej coli i tamponów, i mam ruszyć na wyprawę przez czapę lodową do zrujnowanego dziewiętnastowiecznego miasta.