Bisesa była teraz ubrana jak Eskimoska, założywszy na cienkie babilońskie odzienie kilka warstw wełny i futer, pod którymi, gdzieś w głębi, ukryty był jej telefon. Emeline powiedziała jej, że rudobrunatna wełna pochodzi od mamutów. Bisesa nie była pewna, czy ma w to wierzyć, bo z pewnością łatwiej byłoby ostrzyc owcę niż mamuta. Jednak brzmiało to przekonująco.
Pomimo futer zimno szczypało ją w odsłonięte policzki, jak dotyk kościstych palców. Oczy jej łzawiły i czuła, jak zamarzają jej łzy. Stopy marzły, mimo grubych futrzanych butów i obawiając się odmrożeń, dłonie w rękawiczkach wsunęła pod pachy.
— Tutaj jest jak na Marsie — powiedziała do towarzyszy.
Abdi skrzywił się dygocząc.
— Żałujesz, że tu jesteś?
— Żałuję, że już nie mam swojego skafandra kosmicznego.
Telefon przyciśnięty do jej ciepłego brzucha coś wymruczał, ale nie usłyszała go.
Chicago było czarnym miastem zagubionym wśród białego krajobrazu.
Nieużywane tory kolejowe prowadziły do Union Station. Ze stacji było niedaleko do mieszkania Emeline. Na ulicach płonęły ogromne ogniska, ułożone pod nieczynnymi lampami gazowymi i mozolnie uzupełniane przez grupy ludzi, których głowy osłonięte hełmami otaczały kłęby pary. Z ognisk unosiły się w powietrze smugi dymu, który wisiał nad miastem jak czarna kurtyna, a fasady budynków pokrywała sadza. Wszyscy ludzie byli okutani w futra i wyglądali jak kule, kiedy gnali od jednej wyspy ciepła do drugiej.
Na drogach panował niewielki ruch, widać było wozy ciągnięte przez konie, a kilku ludzi jechało nawet na rowerach. Bisesa uświadomiła sobie, że w tej wersji Chicago z lat dwudziestych nie ma miejsca na samochody. Koński nawóz widać było wszędzie wokół, zamarznięty na popękanym asfalcie.
Był to niezwykły, zastygły trup miasta. Ale to miasto jakoś funkcjonowało. Widać było kościół z otwartymi drzwiami i oświetlonym świecami wnętrzem i kilka sklepów z wywieszkami „otwarte”, a jakieś dziecko nawet sprzedawało gazety, cienkie, pojedyncze arkusiki papieru z dumnym napisem Chicago Tribune.
Idąc Bisesa dojrzała na wschodzie jezioro Michigan. Jak okiem sięgnąć, było pokryte skrzącą się biało, idealnie płaską taflą lodu. Tylko na samym brzegu lód był popękany i widać było pasma czarnej wody, a w pobliżu ujścia rzeki ludzie mozolili się, aby utrzymać rury doprowadzające wodę pitną wolne od lodu; musieli to robić od pierwszych dni po Znieruchomieniu.
Po jeziorze poruszali się ludzie. Łowili ryby w przeręblach wyrąbanych w lodzie, płonęły ogniska, a dym cienkimi smugami wznosił się ku niebu. Można było odnieść wrażenie, że ci ludzie nie mają w ogóle nic wspólnego z wrakiem wielkiego miasta.
Emeline powiedziała urywanym głosem:
— Miasto nie jest już takie jak niegdyś. Musieliśmy opuścić wiele dzielnic podmiejskich. Miasto skurczyło się do obszaru wokół Pętli — jakieś pół mili do mili w każdą stronę. Liczba mieszkańców znacznie spadła w wyniku głodu i chorób, a teraz coraz więcej ludzi przenosi się do Nowego Chicago. Ale nadal wykorzystujemy przedmieścia jako, można powiedzieć, kopalnie. Wysyłamy tam grupy ludzi, żeby odzyskać, co się da, odzież, meble i inne artykuły oraz drewno do podtrzymywania ognisk. Oczywiście od czasu Znieruchomienia nie było żadnych dostaw węgla ani ropy.
Okazało się, że zadaniem Emeline było dostarczanie tarcicy. Pracowała w małym dziale przy biurze burmistrza, odpowiedzialnym za wyszukiwanie nowych źródeł drewna i organizację jego transportu, dzięki czemu drewno docierało do zamieszkanych części miasta.
— Takie miasto nie może przetrwać w podobnych warunkach — powiedział Abdi. — Może jedynie istnieć, dopóki samo się nie unicestwi, podobnie jak głodujące ciało w końcu pochłania własne organy.
— Robimy, co się da — ostro powiedziała Emeline.
Telefon wymruczał:
— Ruddy raz odwiedził Chicago — na Ziemi, po dniu Nieciągłości. Nazwał je „prawdziwym miastem”. Ale powiedział, że nigdy go już nie chce oglądać.
— Siedź cicho — powiedziała Bisesa.
Mieszkanie Emeline okazało się przerobionym biurem na drugim piętrze drapacza chmur o nazwie Montauk. Budynek wydał się Bisesie nędzny, ale przypuszczała, że i tak jest cudem w świecie z lat dziewięćdziesiątych.
Pokoje były jak gniazda, ściany, podłogi i sufity wyłożono kocami i futrami. Prowizoryczne żelazne kominy odprowadzały dym na zewnątrz, ale mimo to wszystkie powierzchnie były pokryte sadzą. Jednak w salonie stały krzesła z oparciem, małe stoliki i delikatne meble, wyraźnie zniszczone, lecz pieczołowicie odnowione.
Emeline podała herbatę. Była z indyjskich liści, pochodzących z liczących trzydzieści lat zapasów. Bisesa pomyślała, że w ten sposób mieszkańcy Chicago zachowują swoją tożsamość.
Nie upłynęło wiele czasu, gdy pojawił się jeden z dwóch synów Emeline. Miał około dwudziestu lat i był młodszy od brata o rok; na imię miał Joshua, po ojcu. Przyniósł sieć pełną ryb, ciężko dysząc, czerwony na twarzy, wracał z jeziora Michigan. Kiedy zrzucił z siebie futra, okazało się, że jest wysokim młodzieńcem, wyższym od ojca. Bisesa pomyślała, że ma w sobie coś z otwartości Josha, jego ciekawości świata i zapału. Chociaż był bardzo szczupły, wyglądał na zdrowego. Na prawym policzku widać było odbarwienie, które mogło stanowić ślad po odmrożeniu, a twarz lśniła od oleju, którym okazał się wyciąg z foczego tłuszczu.
Emeline wyniosła ryby, żeby je oprawić. Wróciła z filiżanką herbaty dla syna. Grzecznie wziął filiżankę i jednym haustem połknął gorącą herbatę.
— Ojciec opowiadał mi o pani, pani Dutt — niepewnie powiedział Joshua. — O tym, co się działo w Indiach.
— Pochodziliśmy z różnych światów.
— Ojciec mówił, że pani jest z przyszłości.
— No tak. W każdym razie z jego przyszłości. Ojciec Abdikadira także przybył tam ze mną. Byliśmy z roku 2037, mniej więcej sto pięćdziesiąt lat po plastrze czasu twego ojca.
Patrzył przed siebie szklanym wzrokiem.
— Przypuszczam, że wszystko to jest dla ciebie dosyć zamierzchłe.
Wzruszył ramionami.
— To nie ma żadnego znaczenia. Cała historia teraz się nie powtórzy, prawda? Nie będziemy musieli walczyć w waszych wojnach światowych i tak dalej. Znaleźliśmy się w takim świecie i jesteśmy na niego skazani. Ale mnie to odpowiada.
Emeline zagryzła wargi.
— Joshua kocha życie, Biseso.
Okazało się, że Joshua pracuje jako inżynier na kolei koło Nowego Chicago. Ale jego namiętnością było łowienie ryb w przerębli i ilekroć miał trochę wolnego czasu, wracał do starego miasta, odziewał się w futra i zmierzał prosto na zamarznięte jezioro.
— Nawet pisze na ten temat wiersze — powiedziała Emeline. — To znaczy o łowieniu ryb.
Młodzieniec zaczerwienił się.
— Mamo…
— Odziedziczył to po ojcu. Dar słowa. Ale oczywiście ciągle nam brakuje papieru.
Bisesa zapytała:
— A jego brat — twój starszy syn, Emeline? Gdzie on jest?
Twarz jej stężała.
— Harry odszedł kilka lat temu. — Było to dla niej wyraźnie przygnębiające, nigdy nie wspominała o tym przedtem. — Powiedział, że się odezwie, ale oczywiście tego nie zrobił, oni nigdy tego nie robią.