— To było ryzykowne — powiedziała Myra. — W końcu gdyby Cyklopa nie zbudowano…
— Nie mieliśmy wyboru — musieliśmy podjąć ryzyko.
Jurij spytał:
— A dlaczego z waszej trójki właśnie ty?
Atena zastanowiła się.
— Można powiedzieć, że ciągnęliśmy losy. — A tamci…
— Sygnał pochłonął całą moc, jaką dysponowaliśmy, jaką mógł zapewnić nam Świadek. Chociaż Świadek żył, nie pozostało nic, aby podtrzymać istnienie tamtych. Poświęcili się dla mnie.
Myra zastanawiała się, jak Atena, sztuczna inteligencja o tak skomplikowanej biografii, się z tym czuła. Jako „najmłodsza” z tej trójki, musiała mieć wrażenie, jak gdyby jej rodzice poświęcili się, żeby ją uratować.
— Nie uczynili tego tylko dla ciebie — powiedziała łagodnie. — Uczynili to dla nas wszystkich.
— Tak — powiedziała Atena. — Teraz rozumiecie, dlaczego musiano mnie wysłać z powrotem.
Myra spojrzała na Aleksieja.
— I to właśnie trzymałeś przede mną w tajemnicy przez tyle tygodni.
Aleksiej wyglądał nieswojo.
— Ja o to prosiłam — powiedziała Atena bez zająknienia.
Jurij wpatrywał się w swoje dłonie, które rozłożył na stole. Sprawiał wrażenie równie zaszokowanego jak Myra.
Zapytała:
— O czym myślisz, Jurij?
— Myślę, że dzisiaj pokonaliśmy pewną barierę pojęciową. Od czasu burzy słonecznej, myśląc o Pierworodnych, zawsze koncentrowaliśmy się na naszym, ludzkim punkcie widzenia. Jak gdybyśmy milcząco zakładali, że stanowią zagrożenie wymierzone jedynie w nas — nasze własne nemezis. Teraz dowiadujemy się, że postępowali równie brutalnie wobec innych. — Podniósł ręce i rozpostarł je szeroko w powietrzu. — Nagle musimy zacząć traktować Pierworodnych jako obecnych w czasie i przestrzeni. Cholera, muszę się jeszcze napić kawy. — Wstał i powlókł się do ekspresu.
Aleksiej wydął policzki.
— Więc teraz wiesz już wszystko, Myro. Co teraz?
Myra powiedziała:
— Tymi informacjami powinniśmy się podzielić z Ziemią. Rada Kosmiczna…
Aleksiej zrobił minę.
— Dlaczego? Żeby mogli zrzucić więcej bomb atomowych, a nas aresztować? Myro, mają zbyt zawężoną perspektywę.
Myra popatrzyła na niego.
— Czy podczas burzy słonecznej nie działaliśmy wspólnie? A teraz, tutaj, wracamy do starych zwyczajów: oni kłamią wam, a wy im. Czy tak właśnie mamy wszyscy działać, w ciemno?
— Bądź sprawiedliwa, Myro — mruknął Jurij. — Kosmici robią, ile w ich mocy. I prawdopodobnie mają rację co do tego, jak zareaguje Ziemia.
— Więc jak uważasz, co powinniśmy zrobić?
Jurij powiedział:
— Idźmy za przykładem Marsjan. Uwięzili Oko — odpowiedzieli atakiem na atak. — Zaśmiał się gorzko. — I w rezultacie w tej chwili jedyny element technologii Pierworodnych, jakim dysponujemy, znajduje się na Marsie, pod moją czapą lodową.
— Tak — powiedziała Atena. — Wygląda na to, że ogniskiem tego kryzysu jest biegun Marsa. Chcę, żebyś tam wróciła, Myro.
Myra zastanowiła się.
— A kiedy tam dotrzemy?
— Wtedy będziemy musieli czekać, tak jak przedtem — powiedziała Atena. — Następny krok nie należy do nas.
— A do kogo?
— Do Bisesy Dutt — mruknęła Atena.
Rozległ się sygnał alarmowy i ściany pokoju zaczęły błyskać na czerwono.
Lyla dotknęła swego znaczka identyfikacyjnego i zaczęła słuchać.
— To gliny z Astropolu, są na ziemskim pokładzie — powiedziała. — Musiał być jakiś przeciek. Idą po ciebie, Myra. — Wstała.
Myra ruszyła za nią. Była oszołomiona.
— Szukają mnie? Dlaczego?
— Ponieważ myślą, że doprowadzisz ich do matki. Wynośmy się stąd. Nie mamy zbyt wiele czasu.
Szybko opuścili pokój. Aleksiej wymruczał jakieś instrukcje dla Maxwella.
45. Burmistrz
Zakupy w Chicago okazały się dokładnie tym, czym miały być. Niezwykły był fakt, że można było spacerować po Michigan Avenue i innych głównych ulicach, oglądając wystawy takich sklepów jak Marshall Field’s, gdzie zgromadzono liczne towary, a na manekinach wisiały garnitury, suknie i płaszcze. Można było kupić futra, buty i inne rzeczy niezbędne w zimnym klimacie, ale Emeline była zainteresowana tylko „krzykiem mody”; jak się okazało, rozumiała przez to resztki zapasów z lat dziewięćdziesiątych, kiedyś sprowadzonych z nieistniejącego już Nowego Jorku czy Bostonu, które były pieczołowicie przechowywane, choć gęsto połatane. Bisesa pomyślała, że Emeline byłaby oszołomiona nowoczesną modą z lat dwudziestych następnego stulecia.
Zrobiły zakupy. Ale ulica przed domem towarowym była częściowo zatarasowana przez martwego konia, zamarzniętego w miejscu, gdzie padł. W oknach płonęły dymiące świece, sporządzone z foczego bądź końskiego tłuszczu. I chociaż tu i ówdzie widać było młodych ludzi, głównie byli zatrudnieni w sklepach. Z tego co Bisesa zdołała dostrzec, wszyscy kupujący byli starzy, w wieku Emeline albo jeszcze starsi; byli to ludzie, którzy przeżyli Nieciągłość i teraz przetrząsali te sfatygowane, zniszczone relikty utraconej przeszłości.
Biuro burmistrza Rice’a znajdowało się we wnętrzu ratusza.
Przed biurkiem ustawiono krzesła z twardym oparciem. Bisesa, Emeline i Abdi usiedli rzędem i czekali.
Pokój nie był ocieplany, tak jak mieszkanie Emeline. Ściany były pokryte tapetą z wypukłym wzorem i portretami dawnych dygnitarzy. Na kominku płonął ogień, a poza tym włączono centralne ogrzewanie i ciężkie żelazne kaloryfery promieniowały ciepłem, bez wątpienia były zasilane z jakiegoś potężnego pieca ulokowanego w piwnicy. Na ścianie wisiał prymitywny telefon tubowy z trąbką akustyczną, którą trzeba było przykładać do ucha. Na kominku tykał zegar, od trzydziestu dwóch lat wskazujący standardowy czas kolejowy Chicago, czyli czwartą po południu, pomimo rozbieżności z rachubą czasu w świecie zewnętrznym.
Bisesa była dziwnie rada, że zdecydowała się włożyć fioletowy babiloński strój, podobnie jak Abdi, mimo że Emeline proponowała bardziej oficjalny „kostium”. Czuła, że powinna zachować tutaj swoją tożsamość.
Powiedziała szeptem do pozostałych:
— Więc to jest Chicago z lat dwudziestych. Chyba zaraz zobaczę Ala Capone.
Jej telefon wymruczał:
— W roku 1894 Al Capone był w Nowym Jorku. Nie może być teraz tutaj…
— Och, zamknij się. — Powiedziała do Emeline: — Powiedz mi coś o burmistrzu Jacobie Risie.
— Ma tylko około trzydziestu lat, urodził się po Znieruchomieniu.
— A syn burmistrza?
Emeline pokręciła głową.
— Niezupełnie…
Nieciągłość była dla mieszkańców Chicago prawdziwym szokiem. Nagle w lipcu zaczął padać śnieg. Podnieceni dokerzy donieśli o pojawieniu się gór lodowych na jeziorze Michigan. Z biur znajdujących się na górnych piętrach Rookery i Montauk biznesmeni ujrzeli na północnym horyzoncie linię bieli. Burmistrza nie było wtedy w mieście. Jego zastępca rozpaczliwie próbował połączyć się z Nowym Jorkiem i Waszyngtonem, ale nadaremnie; nawet jeśli prezydent Cleveland wciąż żył, gdzieś tam, za barierą lodu, nie był w stanie zapewnić żadnej pomocy mieszkańcom Chicago.