Ale pomyślała, że Oker jest bliski zrozumienia całej sytuacji.
Powiedziała:
— Panie burmistrzu, on ma rację. Wszechświat się rozszerza. Jego nieustanna ekspansja powoduje, że gwiazdy i galaktyki oddalają się od siebie. Ale ta ekspansja dotyczy także mniejszej skali.
Abdi powiedział:
— Ona rozerwie świat, zostaniemy rozrzuceni we wszystkich kierunkach. Potem rozpadną się nasze ciała. A jeszcze później rozpadną się same atomy, z których składają się nasze ciała. — Uśmiechnął się. — W taki sposób świat dobiegnie końca. Ekspansja, którą obecnie można wykryć tylko przy pomocy teleskopów, w końcu rozerwie wszystko na kawałki.
Rice patrzył na niego.
— Taki mały, pozbawiony uczuć, typek, co? — Popatrzył ponownie na list Emeline. — No dobrze, obudziła pani moje zainteresowanie. Pani Dutt, mówi pani, że rozmawiała pani o tym z ludźmi u siebie. Tak? Więc kiedy ta wielka bańka ma pęknąć? Ile czasu nam jeszcze zostało?
— Około pięciuset lat — powiedziała Bisesa. — Obliczenia są niełatwe, trudno mieć pewność.
Rice patrzył na nią.
— Pięć pieprzonych stuleci, bardzo przepraszam. A my nie mamy zapasów żywności nawet na pięć tygodni. No cóż, myślę, że na razie potraktuję to jako „sprawę do załatwienia”. Potarł oczy, pełen energii, lecz wyraźnie zestresowany. — Pięć stuleci. Jezu Chryste! Dobrze, co teraz?
Teraz przyszła kolej na układ słoneczny. Gifford Oker szepnął:
— Czytałem pani list, pani Dutt. Odbyła pani podróż statkiem kosmicznym na Marsa. Jakże cudowne musi być pani stulecie! — Otrząsnął się. — Wie pani, kiedy byłem małym chłopcem, spotkałem Juliusza Verne’a. Wielki człowiek. On by wiedział, jak się dostać na Marsa!
— Możemy się trzymać tematu? — warknął Rice. — Juliusz Verne, Jezu Chryste! Po prostu pokaż pani swoje rysunki, profesorze, widzę, że nie możesz się tego doczekać.
— Tak. Oto wyniki naszych badań układu słonecznego, pani Dutt. — Oker otworzył teczkę i rozłożył swoje materiały na biurku burmistrza. Były tam zdjęcia planet, kilka zamazanych czarno-białych fotografii, ale głównie kolorowe obrazy pracowicie naszkicowane ołówkiem. I coś, co wyglądało jak spektrogram, jak rozmazane kody kreskowe.
Bisesa pochyliła się do przodu. Prawie niedosłyszalnie mruknęła:
— Widzisz?
Jej telefon szepnął w odpowiedzi:
— Całkiem dobrze, Biseso.
Oker pchnął w jej stronę zestaw obrazów.
— To jest Wenus — powiedział.
W świecie Bisesy Wenus była kulą pokrytą oponą chmur. Sondy kosmiczne wykryły na niej atmosferę grubą jak ocean i ląd tak gorący, że topił się na nim ołów. Ale ta Wenus była inna. Na pierwszy rzut oka przypominała obraz Ziemi widzianej z przestrzeni kosmicznej: pasma chmur, szaroniebieski ocean, małe czapy lodowe na biegunach.
Oker powiedział:
— Całą planetę pokrywa ocean. Ocean i lód. Nie wykryliśmy ani śladu lądu. Ocean zawiera wodę. — Po omacku odszukał spektrogram. — Powietrze zawiera azot, trochę tlenu — ale mniej niż na Ziemi — i sporo dwutlenku węgla, który musi przenikać do wody. Oceany Wenus muszą musować jak coca cola! — Był to oklepany żart profesora. Ale teraz pochylił się do przodu. — I tam jest życie, na Wenus jest życie.
— Skąd pan to wie?
Wskazał zielone plamy widoczne na niektórych rysunkach.
— Nie widać żadnych szczegółów, ale w tych bezkresnych morzach muszą żyć zwierzęta, może ryby, ogromne wieloryby, które żywią się planktonem. Spodziewamy się, że występują tam jakieś ziemskie odpowiedniki, na skutek konwergencji — powiedział śmiało.
Oker przedstawił dalsze wyniki. Na nagiej tarczy Księżyca można było dostrzec nietrwałą atmosferę, a w głębi kraterów i bruzd migotała woda; miejscowi astronomowie uważali, że i tam dostrzegają ślady życia.
Było też kilka niezwykłych obrazów Merkurego. Zamazane szkice przedstawiały kształty przypominające utkaną ze światła sieć ciśniętą w sam środek ciemnej strony planety, na samej granicy widoczności. Oker powiedział, że kiedyś nastąpiło częściowe zaćmienie Słońca i niektórzy jego studenci donieśli, że widzieli podobne „pajęczyny plazmy” czy „plazmoidy” w atmosferze Słońca. Może to także była jakaś forma życia, znacznie dziwniejsza, istniejąca w niezwykle gorących gazach, które uchodziły ze Słońca w kierunku tarczy jego najbliższego dziecka.
Pod pretekstem ataku kaszlu Bisesa cofnęła się i szepnęła do telefonu:
— Myślisz, że to możliwe?
— Życie w plazmie nie jest niemożliwe — szepnął telefon. — W atmosferze słonecznej istnieją struktury powiązane ze sobą strumieniem magnetycznym.
Bisesa powiedziała ponuro:
— Tak. W czasie burzy wszyscy staliśmy się ekspertami w sprawach Słońca. Jak myślisz, co się tutaj dzieje?
— Mir stanowi próbkę życia na Ziemi, pobraną w czasie, gdy pojawiła się inteligencja, ludzie. Planetologowie uważają, że kiedy Wenus była bardzo młoda, była gorąca i wilgotna. Więc może Wenus była podobnie „próbkowana”. Sprawia to wrażenie zoptymalizowanej wersji układu słonecznego, każdego ze światów i być może plastry czasu w tych światach zostały wybrane w taki sposób, aby maksymalnie zwiększyć szanse istnienia życia. Zastanawiam się, co się dzieje w tym wszechświecie na Europie czy Tytanie, poza zasięgiem tutejszych teleskopów…
Teraz profesor Oker, wykazując instynkt showmana, przeszedł do punktu kulminacyjnego swojej prezentacji: Marsa.
Ale to nie był Mars, z obrazem którego Bisesa dorastała, a potem odwiedziła. Ten niebiesko-szary Mars nawet bardziej przypominał Ziemię niż pokryta wodą Wenus, ponieważ było na nim mnóstwo suchego lądu, liczne kontynenty i oceany, czapy lodowe na biegunach, a wszędzie snuły się strzępiaste chmury. Wydawał się jakiś swojski. Ten zielony pas to zapewne Valles Marineris; błękitna rysa na półkuli południowej mogła być ogromną niecką Helias. Większa część półkuli północnej wydawała się sucha.
Telefon szepnął:
— Coś jest nie tak, Biseso. Gdyby Mars, nasz Mars, był zalany wodą, cała półkula północna znalazłaby się pod powierzchnią morza.
— Vastitas Borealis.
— Tak. Coś dramatycznego musi się przytrafić temu Marsowi w przyszłości, coś, co zmieni kształt całej planety.
Rice słuchał Okera z rosnącym zniecierpliwieniem i w końcu mu przerwał.
— Daj spokój, Giffordzie. Przejdź do czegoś weselszego. Powiedz jej to, co powiedziałeś mnie, opowiedz jej o Marsjanach.
Oker wyszczerzył zęby w uśmiechu.
— Widać prostoliniowe ślady przecinające równiny Marsa. Te linie muszą być długie na setki mil.
— Kanały — natychmiast powiedział Abdi.
— A czymże innym mogłyby być? I kilku z nas uważa, że na lądzie zdołali dostrzec jakieś konstrukcje. Być może niesamowicie długie mury. Ale to jest kontrowersyjne, jest na granicy widzialności. Jednak co do tego — powiedział Oker — nie ma żadnych kontrowersji. Wyciągnął wykonaną w świetle spolaryzowanym fotografię, na której widać było jasne światła, jak gwiazdy, rozsiane na powierzchni Marsa. — Miasta — wyszeptał profesor Oker.
Emeline pochyliła się do przodu, dotykając zdjęcia.
— Mówiłam jej o tym — powiedziała.
Rice usiadł wygodnie.
— Więc to jest to, co mamy, pani Dutt — powiedział. — Pytanie brzmi, czy cokolwiek z tego może być dla pani użyteczne.