Выбрать главу

No, może raczej powłóczył nogami z królami.

* * *

Nastał kolejny piękny dzień na pustyni. Dni zawsze tu były piękne, jeśli pod tym określeniem rozumieć temperaturę jak w piekarniku i piasek, w którym można by piec kasztany.

Ty Draniu biegł szybko, głównie po to, żeby jak najkrócej dotykać stopami ziemi. Przez moment, kiedy wspinali się na wzgórza poza pociętą ścieżkami, porośniętą drzewami oliwkowymi oazą wokół Efebu, Teppic miał wrażenie, że widzi „Nienazwaną” jako maleńki punkcik na lazurowym morzu. Ale mógł to być tylko odbłysk słońca na fali.

A potem przekroczyli grzbiet i znaleźli się w krainie żółci i ochry. Przez chwilę jeszcze karłowate drzewka broniły się przed piaskiem, ale piasek zwyciężył i pomaszerował tryumfalnie naprzód, wydma za wydmą.

Pustynia była nie tylko gorąca, ale i cicha. Nie latały tu ptaki, nie słyszało się szelestu zajętych życiem stworzeń organicznych. Nocą brzęczały może owady, ale teraz tkwiły zakopane w piasku dla ochrony przed żarem. Żółte niebo i żółty piasek stały się komorą bezechową, w której dyszenie Ty Drania rozbrzmiewało jak odgłos machiny parowej.

Teppic wiele się nauczył od dnia, gdy po raz pierwszy opuścił Stare Państwo, a właśnie miał się nauczyć czegoś jeszcze. Wszyscy specjaliści zgadzają się, że kiedy przekracza się rozpaloną pustynię, bardzo ważne jest noszenie kapelusza.

Ty Draniu wszedł w rozkołysany kłus, który dobry wielbłąd wyścigowy potrafi utrzymywać godzinami.

Po kilku milach Teppic zobaczył kolumnę pyłu za najbliższą wydmą. W chwilę później znalazł się na tyłach głównych sił armii efebiańskiej; żołnierze otaczali pół tuzina bojowych słoni, a ich pióropusze powiewały w gorącym podmuchu. Dla zasady głośnymi okrzykami pozdrowili przejeżdżającego Teppica.

Słonie bojowe! Teppic jęknął. Tsort także używał słoni bojowych. Słonie bojowe były ostatnio w modzie. Nie nadawały się właściwie do niczego prócz rozdeptywania własnych żołnierzy, kiedy nieodmiennie wpadały w panikę, więc wojskowe umysły po obu stronach zareagowały na to hodowlą większych słoni. Słonie robiły wrażenie.

Z niewiadomych powodów większość słoni ciągnęła wielkie wozy wyładowane drewnem.

Jechali dalej, a słońce wznosiło się coraz wyżej, aż — i to było niezwykłe — nad horyzontem zaczęły wirować niebieskie i fioletowe plamki.

Zdarzyło się jeszcze coś dziwnego: wielbłąd zdawał się biec po niebie. Być może zjawisko to miało związek z głośnym dzwonieniem w uszach Teppica.

Powinien się zatrzymać? Ale wtedy wielbłąd może spaść…

Dawno minęło południe, gdy wreszcie Ty Draniu wbiegł chwiejnie w gorący cień skalnej przewieszki, jaka kiedyś znaczyła granicę doliny, i bardzo powoli osunął się na piasek. Teppic stoczył się z grzbietu.

Oddział Efebian spoglądał ponad wąskim pasem gruntu na podobny liczebnie oddział Tsortian po drugiej stronie. Od czasu do czasu, dla zachowania pozorów, któryś z nich wymachiwał włócznią.

Kiedy Teppic otworzył oczy, zobaczył nad sobą przerażające spiżowe maski pochylonych żołnierzy Efebu. Ich metalowe wargi zaciskały się w grymasie straszliwej pogardy. Lśniące brwi marszczyły się w śmiertelnym gniewie.

— Dochodzi do siebie, sierżancie — odezwał się któryś. Metalowa twarz, przywodząca na myśl wściekłość żywiołów, zbliżyła się i przesłoniła pole widzenia.

— Wyjechaliśmy sobie bez kapelusza. Zgadza się, synu? — zapytała serdecznym głosem, głucho rezonującym w metalowej puszce. — Żeby jak najszybciej zmierzyć się z wrogiem, co?

Niebo kręciło się wokół Teppica, ale jedna myśl wypłynęła na patelnię umysłu, przechwyciła kontrolę nad strunami głosowymi i wychrypiała:

— Wielbłąd!

— Powinni cię zwolnić za takie traktowanie zwierzęcia. — Sierżant pogroził chłopcu palcem. — Nie widziałem jeszcze żadnego w takim stanie…

— Nie dawajcie mu pić!

Teppic usiadł gwałtownie; wielkie dzwony biły głośno, a gorące i ciężkie fajerwerki wybuchały pod czaszką. Głowy w hełmach zwróciły się ku sobie.

— Bogowie… Wielbłądy musiały mu zrobić coś strasznego — mruknęła jedna z nich.

Teppic wstał chwiejnie i zataczając się, poczłapał po piasku do Ty Drania, który usiłował rozwiązać skomplikowane równania, jakie pozwolą mu stanąć na nogach. Wywiesił język i nie czuł się dobrze.

Nieszczęśliwy wielbłąd nie jest wstydliwą istotą. Nie wysiaduje samotnie w barach nad drinkami. Nie dzwoni do starych przyjaciół, żeby się im wypłakać. Nie wpada w depresję, nie pisuje długich, smętnych poematów o Życiu i jakie jest okrutne, kiedy ogląda sieje z pustego mieszkania. Nie wie nawet, co to jest zgryzota.

Wielbłąd ma tylko parę płuc jak miechy i głos jak stado osłów rżniętych piłą łańcuchową.

Teppic szedł mimo ryku. Ty Draniu podniósł głowę i kręcił nią w jedną i w drugą stronę, wykonując triangulację. Przewracał dziko oczami, aż zdawało się, że patrzy na Teppica przez nozdrza.

Splunął.

Próbował splunąć.

Teppic chwycił uprząż i szarpnął mocno.

— No już, ty draniu — powiedział. — Tam jest woda. Czujesz ją. Musisz tylko wymyślić, jak się tam dostać.

Odwrócił się do żołnierzy. Przyglądali mu się z wyrazem zdumienia, z wyjątkiem tych, którzy nie zdjęli hełmów i przyglądali mu się z wyrazem metalicznego szału bojowego.

Teppic wyrwał któremuś bukłak, wyjął korek i wylał wodę na piasek, tuż przed drgającym nosem wielbłąda.

— Tam jest rzeka — syknął. — Wiesz, gdzie to jest, musisz tylko tam dojść.

Żołnierze rozejrzeli się nerwowo. Podobnie jak kilku Tsortian, którzy podeszli, żeby zobaczyć, co się dzieje.

Ty Draniu stanął na drżących nogach i zaczął obracać się wkoło. Teppic ściskał uprząż.

…niech d równe 4, myślał desperacko Ty Draniu. Niech a-d równe 90. Niech nie-d równe 45…

— Potrzebny mi kij! — zawołał Teppic, mijając sierżanta. — One nigdy niczego nie rozumieją, dopóki nie przyłoży im się kijem! Dla wielbłąda to jak interpunkcja!

— Miecz może być?

— Nie!

Sierżant zawahał się i podał Teppicowi włócznię.

Chłopiec chwycił ją za grot, odzyskał równowagę, po czym z rozmachu uderzył w bok wielbłąda, wznosząc chmurę kurzu i sierści.

Ty Draniu znieruchomiał. Uszy obróciły mu się jak anteny radarowe. Potem, gdy Teppic chwycił go za sierść i podciągnął się na grzbiet, ruszył truchtem.

…Myśl fraktalami…

— Hej, jedziesz prosto na… — zaczai sierżant.

Zapadła cisza. I trwała bardzo długo.

Sierżant poruszył się niepewnie. Potem spojrzał za skałę, na Tsortian, i pochwycił wzrok ich dowódcy. Z tym niepotrzebującym słów zrozumieniem, cechującym wszystkich centurionów i sierżantów, ruszyli ku sobie wzdłuż skały, aż zatrzymali się przy ledwie widocznym pęknięciu.

Tsortiański sierżant przejechał po nim dłonią.

— Można by przypuszczać, że zostanie tu, no wiecie, wielbłądzia sierść albo co… — powiedział.

— Albo krew — dodał Efebianin.

— To pewnie jedno z tych, no, niewytłumaczalnych zdarzeń.

— Aha. No tak, to by się zgadzało. Obaj wpatrywali się w kamień.

— Jak miraż — podpowiedział uprzejmie Tsortianin.