— Rhesie, śmiałeś się, kiedy powiedziałem ci, co mi mówili ludzie z miasta o handlu z wami, że dają wam za żywność różne świecidełka. Co ani wam naprawdę dają?
— Wszystko, oczywiście, do pewnych granic — odparł Rhes. — Drobne produkty, jak na przykład części elektroniczne do naszych komunikatorów. Ale również stopy nierdzewne, jakich nie możemy wyprodukować w naszych kuźniach, narzędzia skrawające, przetworniki elektryczne-atomowe, które pozwalają na uzyskanie energii elektrycznej z każdego pierwiastka radioaktywnego. Takie rzepy. Dają nam wszystko, z wyjątkiem tego, o co prosimy. Bardzo potrzebują żywności.
— A co jest na liście towarów zakazanych?
— Oczywiście broń i to, co można wykorzystać do jej wyprodukowania. Wiedzą, na przykład, że wyrabiamy proch, więc nie dają nam żadnych wielkich odlewów ani rur bezspojeniowych, abyśmy nie mogli wyrabiać z nich luf. Wiercimy więc lufy karabinowe ręcznie, choć kusza jest w dżungli bronią cichszą i szybszą. Nie chcą też, abyśmy zbyt wiele wiedzieli, więc jedyne książki, jakie do nas docierają, to podręczniki obsługi i konserwacji, wyzute z podstawowych teorii.
Ostatnią z zakazanych kategorii znasz.. to leki. Tego jednego nie mogę pojąć, to jedno napawa mnie nienawiścią do nich, ilekroć umiera ktoś, kogo można było uratować.
— Wiem, jaki jest powód — rzekł Jason. — Więc powiedz mi, bo ja nie wiem.
— Całkiem prosty… wasze utrzymywanie się przy życiu. Wątpię, czy zdajesz sobie sprawę, że panuje u nich stały spadek liczby ludności. Podczas gdy u was ta liczba musi utrzymywać się na tym samym poziomie… albo nawet lekko wzrastać… chociaż nie macie tych wszystkich mechanicznych zabezpieczeń. Stąd ich nienawiść, a zarazem zazdrość. Gdyby wam dali lekarstwa, a tym samym spowodowali wasz rozkwit, wygralibyście bitwę, w której oni ponieśli klęskę. Podejrzewam, że tolerują was jako zło konieczne, bo dostarczacie im żywności, poza tym moglibyście dla nich nie istnieć.
— To ma sens — warknął Rhes uderzając pięścią w łóżko. — Po tych śmieciarzach można oczekiwać tego rodzaju logiki. Wykorzystują nas jako swoich żywicieli, dają nam za to absolutne minimum tego, co powinni, a jednocześnie odcinają nas od wszelkiej wiedzy, która mogłaby nas wyrwać z tej lichej egzystencji. Co gorsze, dalece gorsze, trzymają nas w izolacji od gwiazd i reszty ludzkości. — Na jego twarzy malowała się tak silna nienawiść, że Jason aż się cofnął. — Czy sądzisz, że jesteśmy dzikusami? Zachowujemy się i wyglądamy jak zwierzęta, ponieważ musimy walczyć o byt na płaszczyźnie zwierzęcej. Jednakże wiemy trochę o gwiazdach. W tamtym kufrze znajduje się ponad trzydzieści książek, wszystkie, jakie posiadamy. W większości z literatury pięknej, ale także historii i wiedzy ogólnej. Dość, abyśmy posiadali nieco wiedzy o dziejach naszego osadnictwa i reszcie wszechświata. Widujemy, jak w mieście lądują statki międzyplanetarne, i wiemy, że gdzieś w górze są światy, o których możemy jedynie marzyć. Czy dziwisz się więc, że nienawidzimy tych bestii, które zwą się ludźmi, i gdybyśmy tylko mogli, wytłuklibyśmy je w jednej chwili? Mają rację, że nie dają nam broni… bo niechybnie wybilibyśmy wszystkich co do nogi i zabrali rzeczy, których nam wzbraniają.
Było to surowe potępienie, ale zasadniczo słuszne. Przynajmniej z ich punktu widzenia. Jason nie próbował nawet tłumaczyć temu rozgniewanemu człowiekowi, że miejscy Pyrrusanie uważają swoje stanowisko za jedyne możliwe i logiczne.
— Jak w ogóle doszło do tej wojny pomiędzy dwiema stronami? — spytał.
— Nie wiem — odparł Rhes. — Wiele razy o tym myślałem, ale nie mamy żadnych zapisów z tego okresu. Wiemy, że wszyscy pochodzili od kolonistów, którzy przybyli na tę planetę. Dopiero później doszło do podziału na dwie grupy. Może to była wojna, czytywałem w książkach o wojnach. Mam jednak swoją teorię, chociaż nie mogę jej udowodnić, że powodem była lokalizacja miasta.
— Lokalizacja… nie rozumiem.
— Znasz przecie śmieciarzy, wiesz, gdzie jest ich miasto. Zrobili, co mogli, aby je wznieść w możliwie najdzikszym miejscu na planecie. Wiesz, że nie dbają o żadne żywe istoty, prócz siebie samych. Ich celem jest strzelanie i zabijanie. Nie chcieli się zastanowić, gdzie zbudować miasto, i zbudowali je w najgłupszym miejscu. Jestem przekonany, że moi przodkowie dostrzegli głupotę takiej decyzji i próbowali im to uzmysłowić. A to mógł przecież być dostateczny powód wybuchu wojny, prawda?
— Mógł… jeżeli tak było naprawdę — odrzekł Jason. — Ale sądzę, że problem polega na czymś innym. Mamy do czynienia a wojną pomiędzy rodzimymi formami życia planety a ludźmi i każda ze stron pragnie zniszczyć drugą. Formy tutejszego życia stale się zmieniają, pragnąc ostatecznego zniszczenia najeźdźców.
— Twoja teoria jest jeszcze bardziej karkołomna od mojej powiedział Rhes. — Ale prawda jest inna. Przyznaję, że życie na naszej planecie nie należy do łatwych… jeżeli to prawda, co czytałem o innych planetach… Tylko że ona się nie zmienia. Trzeba mieć szybkie nogi i oczy szeroko otwarte, ale żyć tu można. Tak czy owak nie jest ważne, czemu jest, jak jest. Śmieciarze zawsze szukają nieszczęścia i cieszą się, że wreszcie mają go pod dostatkiem.
Jason nie starał się go przekonywać. Zmuszanie Rhesa do zmiany jego zasadniczego stanowiska wymagało zbyt wielkiego wysiłku… o ile w ogóle było możliwe. Nie udało mu się przecież nikogo w mieście przekonać o zgubnych zmianach, choć mieli przed oczyma wszystkie fakty. Rhes mógł mu jednak udzielić cennych informacji.
— Myślę, że nieważne, kto rozpoczął wojnę — rzekł Jason, aby udobruchać Rhesa, choć uważał inaczej. — Lecz musisz się ze mną zgodzić, że mieszkańcy miasta wiodą nieustanne boje z formami tutejszego życia. Waszym ludziom jednak udało się zjednać co najmniej dwa gatunki zwierząt, które widziałem. Czy wiesz, w jaki sposób tego dokonali?
— Zaraz tu przyjdzie Naxa — odparł Rhes wskazując drzwi — jak tylko obrządzi zwierzęta. Zapytaj go, on jest naszym najlepszym „mówcą”.
— Mówcą? — zdziwił się Jason. — Miałem go za kogoś całkiem innego. Jest dosyć mrukliwy, a jeśli coś mówi, to… często trudno go zrozumieć.
— Nie chodzi o takie zwykłe rozmowy — przerwał mu Rhes ze zniecierpliwieniem. — Mówcy doglądają zwierząt. Szkolą psy i dorymy, a co zdolniejsi z nich, jak Naxa, próbują też obłaskawiać inne zwierzęta. Ubierają się prymitywnie, ale są ku temu powody. Podobno zwierzęta nie lubią chemikaliów, metalu i garbowanych skór, więc mówcy noszą ubrania z niewyprawionych futer zwierzęcych. Lecz niech cię ich brudny wygląd nie zwiedzie, nie ma nic wspólnego z inteligencją.
Dorymy? Czy to zwierzęta pod wierzch… na których tu przyjechaliśmy?
Rhes skinął głową.
— Dorymy to coś więcej niż zwierzęta juczne, one są wszystkim po trochu. Duże samce ciągną pługi i inne maszyny, a młodsze sztuki idą na rzeź. Jeżeli chcesz wiedzieć coś więcej, zapytaj Naxę, znajdziesz go w stodole.
— Chętnie bym to zrobił — rzekł Jason wstając. — Ale bez pistoletu czuję się jak nagi…
— Ależ weź go sobie, jest w tej skrzyni przy drzwiach. Tylko uważaj, do czego tu strzelasz.
Naxa był w głębi stodoły i przypiłowywał łopatowate kopyto doryma. Była to dziwna scena. Odziany w futra człowiek i wielka bestia stanowiły ostry kontrast z pilnikiem wykonanym ze stopu berylu i miedzi i oświetlającymi pracę płytkami elektroluminiscencyjnymi. Dorym rozszerzył chrapy i szarpnął się do tyłu, gdy Jason wszedł. Naxa poklepał zwierzę po szyi i cichutko do niego zagadał, a wtedy uspokoiło się i stało nieruchomo dygocząc lekko.