Выбрать главу

— Mam nadzieję, że nie mówisz tego poważnie — odparł Jason. — Musisz zdawać sobie sprawę, że jest całkiem przeciwnie. Bardzo bym chciał, żeby ta wojna domowa się skończyła i żebyście wy też mogli korzystać ze wszystkich dobrodziejstw nauki i medycyny. Zrobię wszystko, żeby do tego doprowadzić.

— Oni się nie zmienią — rzekł Rhes posępnie — więc nie marnuj czasu. Ale musisz zrobić jedno dla własnego i naszego dobra. Nie przyznawaj się, że zamieniłeś choćby kilka słów z którymkolwiek z karczowników!

— Czemu?

— Czemu!… Czyżbyś, do nagłej śmierci, był taki tępy? Oni są gotowi na wszystko, żeby nie dać nam się za wysoko wznieść, i dużo bardziej woleliby zobaczyć nas martwych. Czy sądzisz, że zawahaliby się przed zabiciem ciebie, gdyby mieli choć cień podejrzenia, że skontaktowałeś się z nami? Oni zdają sobie sprawę, że możesz sam, w pojedynkę, zmienić cały układ sił na tej planecie. Przeciętny śmieciarz uważa nas za istoty stojące tylko o stopień wyżej od zwierząt, ale ich przywódcy nie są tacy głupi. Wiedzą, czego chcemy i czego nam trzeba. Zapewne mogliby nawet odgadnąć, o co zamierzam cię teraz poprosić. Pomóż nam, Jasonie dinAlt. Wróć między te ludzkie świnie i kłam. Mów, że nigdy z nami nie rozmawiałeś, że ukrywałeś się w lesie i my cię zaatakowaliśmy, a wtedy ty musiałeś strzelać do nas, żeby się uratować. Aby poprzeć twoje słowa, dostarczymy zwłok kogoś, kto niedawno zmarł. Postaraj się, żeby ci uwierzyli, a kiedy uznasz, że ich przekonałeś, mniej się nadal na baczności, bo będą cię obserwowali. Później powiedz, że skończyłeś pracę i możesz wracać. Wydostań się bezpiecznie z Pyrrusa na inną planetę, a mogę ci obiecać, co tylko chcesz we wszechświecie. Będziesz miał, co tylko zechcesz. Pieniądze, władzę…w s z y s t k o. To jest zasobna planeta. Śmieciarze wydobywają kruszec i sprzedają, ale my moglibyśmy to robić znacznie lepiej. Sprowadź tu pojazd kosmiczny i wylądujcie byle gdzie na kontynencie. My nie mamy miast, ale nasi ludzie wszędzie mają farmy, znajdą cię. Stworzymy własny handel… bez pośrednictwa. Tego właśnie pragniemy wszyscy i gotowi jesteśmy podjąć wszelki trud, aby to osiągnąć. I ty zrealizujesz nasze pragnienia. Damy ci, co tylko zechcesz. To nasza obietnica, a my nie łamiemy obietnic.

Wielkość i znaczenie sprawy, którą Rhes przedstawił, wstrząsnęły Jasonem. Wiedział, że Rhes mówi prawdę i że wszystkie zasoby mineralne planety stałyby się jego własnością, gdyby tylko poprosił. Przez chwilę czuł pokusę, aby to uczynić, delektując się myślą, jak by to było wspaniale. I zaraz zdał sobie sprawę, że byłby to tylko półśrodek, w dodatku lichy. Gdyby ci ludzie mieli siłę, jakiej pragną, usiłowaliby przede wszystkim zniszczyć mieszkańców miasta. Wynikłaby krwawa wojna domowa, która prawdopodobnie skończyłaby się zgubnie dla obu stron. Rozwiązanie, które proponował Rhes, było dobre… ale tylko połowiczne.

Jason musiał znaleźć lepsze. Takie, które zakończy wszelkie wojny na planecie i pozwoli obu grupom żyć w pokoju.

— Nie zrobię nic, co mogłoby zaszkodzić twoim ludziom, Rhesie… i postaram się uczynić, co tylko w mojej mocy, żeby im dopomóc — przyobiecał Jason.

Ta połowiczna odpowiedź zadowoliła Rhesa, który potrafił ją zinterpretować w jeden tylko sposób. Resztę ranka spędził przy komunikatorze, wydając różne dyspozycje w związku ze zwożeniem żywności na punkt wymiany handlowej.

— Żywność jest na miejscu i daliśmy sygnał — rzekł w końcu. — Ciężarówki przyjadą tam jutro i ty będziesz na nie czekał. Wszystko jest ułożone tak, jak ci mówiłem. Wyruszysz zaraz z Naxą. Musisz tam zdążyć przed ciężarówkami.

19

— Ciężarówek tylko patrzeć. Wiesz, co masz robić? — upewniał się Naxa.

Jason kiwnął głową i jeszcze raz popatrzył na umarłego. Jakieś zwierzę urwało mu rękę i biedak wykrwawił się na śmierć. Urwaną rękę przywiązano do rękawa koszuli, więc z daleka wyglądała normalnie. Z bliska, zwisająca dłoń, biel skóry i wyraz przerażenia na twarzy trupa sprawiały niemiłe wrażenie. Jason wolałby, żeby ten człowiek leżał sobie w grobie. Pojmował jednak całą doniosłość jego dzisiejszej roli.

— Są. Zaczekaj, aż on się odwróci — szepnął Naxa. Opancerzona ciężarówka holowała tym razem trzy przyczepy z własnym napędem. Cały ten pociąg wpełzł na skalną pochyłość i stanął z wyciem silników. Krannon wysiadł z kabiny i pilnie się rozejrzał, nim zaczął otwierać przyczepy. Miał z sobą robota dźwigowego do ładowania towaru.

— Teraz! — syknął Naxa.

Jason wypadł na odsłonięty teren biegnąc i wołając do Krannona. Usłyszał trzask gałęzi za swymi plecami, gdy dwaj ukryci ludzie cisnęli za nim z krzaków trupa. Odwrócił się i strzelił w trupa, który zajął się płomieniem będąc jeszcze w powietrzu.

Huknął pistolet Krannona i jego strzał zwęglił dwakroć uśmiercone zwłoki, jeszcze nim dotknęły ziemi. Następnie Krannon padł i zaczął strzelać w gęstwinę za biegnącym Jasonem.

Jason był tuż-tuż przy ciężarówce, gdy coś gwizdnęło w powietrzu i ostry ból przeszył mu plecy, rzucając go na ziemię. Spojrzał przez ramię, kiedy Krannon wciągał go do kabiny, i zobaczył metalowy trzpień strzały tkwiącej w łopatce.

— Masz szczęście — rzekł Pyrrusanin. — Parę centymetrów niżej i już byś nie żył. Ostrzegałem cię przed karczownikami. Masz szczęście, że na tym się skończyło. — Leżał tuż przy drzwiach i raz po raz strzelał w cichy już teraz las.

Wyjmowanie strzały bolało dużo bardziej niż samo zranienie. Gdy Krannon zakładał mu opatrunek, Jason klął z bólu, a zarazem podziwiał zdecydowanie ludzi, którzy go postrzelili. Ryzykowali jego życie, aby tylko ucieczka miała wszelkie pozory prawdopodobieństwa. Ryzykowali też, że może się przeciwko nim obrócić, kiedy go zranią. Wykonali w pełni, co do nich należało, i Jason klął ich za tę rzetelność.

Po opatrzeniu Jasona Krannon wysiadł zmęczony z kabiny. Ukończywszy szybko ładowanie, skierował ciężarówkę z przyczepami z powrotem do miasta. Jason otrzymał zastrzyk przeciwbólowy i natychmiast zasnął.

Podczas snu Jasona Krannon musiał się porozumieć drogą radiową z miastem, bo Kerk już czekał, kiedy przybyli na miejsce. Gdy tylko ciężarówka znalazła się wewnątrz obwodu, otworzył drzwi i wywlókł Jasona na zewnątrz. Szarpnięty za bandaże Jason czuł, że rana mu się otworzyła. Zacisnął zęby — postanowił nie dać Kerkowi satysfakcji usłyszenia krzyku bólu.

— Mówiłem ci, żebyś nie opuszczał budynków przed odlotem. Dlaczego je opuściłeś? Po co wyszedłeś? Rozmawiałeś z karczownikami, tak? — Przy każdym zdaniu potrząsał fasonem.

— Nie rozmawiałem z… nikim — zdołał wydusić fason. — Oni chcieli mnie pochwycić. Zabiłem dwóch… ukrywałem się do powrotu ciężarówki.

— A wtedy zabił jeszcze jednego — wtrącił się Krannon. Sam widziałem. Dobry strzał. Ja, zdaje się, też jednego trafiłem.

Puść go, Kerku. Postrzelili go w plecy, zanim zdążył dobiec do ciężarówki.

Dosyć tych wyjaśnień — pomyślał Jason. — Nie wolno przesadzić. Niech sam wyciągnie odpowiednie wnioski. Teraz czas zmienić temat. Jest tylko jedna rzecz, która może odwrócić jego uwagę od karczowników.

— Prowadziłem za ciebie twoją wojnę, Kerku, kiedy ty siedziałeś sobie bezpiecznie wewnątrz obwodu. — Zwolniony z żelaznego uchwytu oparł się plecami o bok ciężarówki. — Odkryłem, o co naprawdę toczy się ta wojna z planetą… i jak możecie ją wygrać. Daj mi tylko gdzieś usiąść, a zaraz ci powiem…